Страница 18 из 48
Sporo ludzi wolało chodzić jednak od gmachu do gmachu ulicami, w nieznośnej spiekocie, aniżeli używać podziemnego środka lokomocji, bo też całe to życie kretów mogło tym bardziej dawać się we znaki, że na każdym niemal kroku znajdowało się ślady przeszłości osiedla. Chociażby w postaci gigantycznych pomarańczowych liter SS (skarżył mi się na nie, pamiętam, Rappaport), świecących nawet w dzień; oznaczały kierunek schronu – był nim „Supershelter”, a może „Special Shelter”, już nie wiem. Nie tylko w podziemiach, ale i w naszych roboczych pomieszczeniach paliły się tabliczki: EMERGENCY EXIT, ABSORPTION SHIELD, na tarczach zaś betonowych, przed wejściami do budynków, tu i tam wywiedziono BLAST LOADING, z cyframi wskazującymi, jakiej mocy czołowe uderzenie podmuchu wytrzymać może dana struktura. W załomach korytarzy, na podestach schodów stały wielkie, szkarłatne pojemniki dekontaminacyjne, a już w podręcznych Geigerach można było przebierać.
W hotelu znów wszystkie co lżejsze przepierzenia, paki, szyby, stanowiące rodzaj odgrodzeń w hallu, były odpowiednio poznaczone wielkimi płonącymi napisami, które powiadamiały o tym, że podczas testów niebezpiecznie jest przebywać w danym miejscu nie obliczonym na wytrzymanie udarowej fali. Wreszcie na ulicach było jeszcze trochę ogromnych strzał, które niby mementa pokazywały, w jakim kierunku najsilniej rozprzestrzenia się podmuch i jakie są danym miejscu współczy
iki odbicia jego fali. Wrażenie ogólne było takie, jakby człowiek przebywał w osławionym punkcie „zero” i jakby lada chwila niebo miało mu się rozłupać nad głową termojądrowym wybuchem. Niewiele tylko tych tabliczek z czasem zamalowano. Pytałem, czemu nie usunięto wszystkiego, ludzie zaś uśmiechali się i mówili, że usunięto mnóstwo tablic, syren, liczników, butli tlenu do przedmuchiwania, a tego, co zostało, prosiła nie tykać administracja osiedla.Jako świeżo przybyły miałem wyostrzony wzrok i owe rudymenty atomowej prehistorii osiedla raziły mnie, zresztą do czasu, potem bowiem, gdy pogrążyłem się w problematyce „listu”, przestałem je, jak wszyscy, dostrzegać.
Początkowo warunki te wydały mi się nieznośne – nie myślę o klimatyczno-geograficznych tylko. Gdyby mi Grotius powiedział w Hampshire, że lecę do miejsca, w którym każda łazienka i każdy telefon są na podsłuchu, gdybym mógł sobie z dala obejrzeć Wilhelma Eeneya, nie tylko teoretycznie bym pojął, ale odczułbym, że wszystkie nasze swobody mogą zniknąć w chwili, kiedy wyprodukujemy to, czego się po nas spodziewają, a wtedy, kto wie, czy wyraziłbym tak łatwo zgodę. Ale nawet konklawe można doprowadzić do ludożerstwa, byle tylko postępować cierpliwie i powoli. Mechanizm adaptacji psychicznej jest nieubłagany.
Gdyby ktoś powiedział pani Curie, że za pięćdziesiąt lat z jej radioaktywności powstaną gigatony i „overkill”, może by nie odważyła się pracować – a już na pewno nie powróciłaby do poprzedniego spokoju z przeżytej w owym zwiastowaniu grozy. Lecz my przyzwyczailiśmy się i ludzi, którzy wyliczają kilotrupy i megazwłoki, nikt nie uważa za wariatów. Nasza umiejętność przystosowania i powodowanej nim akceptacji wszystkiego jest jednym z naszych największych zagrożeń. Istoty, doskonale plastyczne przystosowawczo, nie mogą mieć nierozciągliwej moralności.