Страница 17 из 48
Rozwodzę się nad tymi opisami, by pokazać Czytelnikowi centralne postaci Projektu od mniej oficjalnej strony, a zarazem, żeby go wprowadzić w specyficzną atmosferę środowiska szczelnie odseparowanego od świata. Prawdziwie daje do myślenia – osobliwością swoją – czas, w którym istoty tak nieprawdopodobnie różne, jak choćby tylko Baloyne, Eeney, Rappaport i ja, zeszły się w jednym miejscu i to w misji „nawiązania Kontaktu”, stanowiąc tym samym substytut dyplomatycznego przedstawicielstwa ludzkości wobec Kosmosu.
Jakkolwiek różni, połączywszy się w organizm badający „gwiazdowy list”, utworzyliśmy zespół o własnej obyczajowości, tempie, formach ludzkich relacji, z ich subtelnymi niuansami oficjalnymi, półoficjalnymi i prywatnymi – co razem wytwarzało „ducha instytucji”, ale też i coś więcej, co socjolog nazwałby najchętniej „lokalną subkulturą”. Aura owa była wewnątrz Projektu – liczył przecież bez mała trzy tysiące ludzi w swojej fazie najbardziej dynamicznej – tyleż wyraźna i osobliwa, co, zwłaszcza na dłuższą metę, męcząca, dla mnie przynajmniej.
Jeden ze starszych uczestników Projektu, Lee Rainhorn, który jako zupełnie młody fizyk pracował ongiś w projekcie Manhattan, powiedział mi, że atmosfera obu tych przedsięwzięć była pod każdym względem nieporównywalna przez to, że „Manhattan Project” wysłał swych ludzi na eksplorację z natury typowo przyrodniczą, fizykalną, podczas kiedy nasz niejako cały tkwił we wnętrznościach kultury człowieka i nie mógł się z zależności od niej wyzwolić. Rainhorn nazywał MAVO eksperymentalnym testem kultury na jej kosmiczną inwariancję i denerwował zwłaszcza naszych kolegów-humanistów tym, że popisywał się przed nimi, tonem naiwnym i łagodnym, coraz to nowymi wiadomościami – z ich podwórka. Studiował bowiem, niezależnie od prac swego (fizycznego) zespołu, całą światową literaturę, głównie lingwistyczną, poświęcaną – od kilkunastu z górą lat – problemowi kosmicznych konwersacji, a zwłaszcza jego postaci zwanej „rozłamywaniem języków o zamkniętej semantyce”.
Otóż dokładna nieużyteczność piramidy owych prac – a bibliografia, z jaką też się zapoznałem, jeśli mnie pamięć nie myli, liczyła około pięć i pół tysiąca pozycji – była oczywista dla każdego człowieka Projektu. Najzabawniejsze było przy tym to, że podobne prace dalej, i to wcale gęsto, pojawiały się na świecie, który wszak o istnieniu „listu z gwiazd” nic nie wiedział – poza gronem wybrańców. Toteż na ciężkie próby narażona była zawodowa duma oraz poczucie solidarności tych lingwistów, którzy pracowali w Projekcie, kiedy Rainhorn – otrzymawszy pocztą kolejną porcję odpowiednich artykułów i dzieł – na półoficjalnych roboczych spotkaniach powiadamiał nas o nowościach z zakresu „semantyki gwiazdowej”. Bezprzydatność, jałowizna owych wszystkich, matematyką z lubością szpikowanych rozumowań była prawdziwie zabawna, jakkolwiek i zniechęcająca zarazem.
Dochodziło nawet do scysji, bo językoznawcy zarzucali Rainhornowi umyślną złośliwość. W ogóle tarcia między humanistami a przyrodnikami Projektu były na porządku dzie
Dość złożone czy
Bo też mieliśmy istny embarras de richesse, jako całkiem zbędny nadmiar fachowców – „Humów” – reprezentowanych nawet przez tak ezoteryczne dziedziny, jak psychoanaliza historii czy plejografia (dalibóg nie pamiętam, czym właściwie zajmują się plejografowie, chociaż jestem pewien, że w swoim czasie mi to powiedziano).
Zdaje się, że Baloyne jednak niepotrzebnie uległ w tym względzie sugestiom Pentagonu: tamtejsi doradcy opanowali jedną tylko maksymę prakseologiczną i opanowali ją na zawsze. Powiada ona, że jeśli jeden człowiek wykopie dół o pojemności metra szeście
Jednakowoż na to, że Pentagon wierzył w prostą proporcję, panującą między inwestycjami a wynikami nie było żadnej rady. Myśl o tym, że opiekunami naszymi są osoby sądzące, iż problemowi, którego niej pokona pięciu specjalistów, da na pewno radę pięć tysięcy, mogła postawić włos na głowie. Biednym naszym „Humom” robiły się frustracje i kompleksy, ponieważ byli skazani, w istocie rzeczy, na kompletne, jakkolwiek przystrojone rozmaitymi pozorami bezrobocie i kiedy przybyłem do Projektu, Baloyne w cztery oczy wyznał mi, że jego marzeniem – marzeniem ściętej głowy – było pozbycie się tego uczonego balastu. Nie wolno było nawet o tym mówić dla całkiem trywialnej przyczyny: kto raz wszedł do Projektu, nie mógł, ot tak sobie, wyjść z niego, ponieważ groziło to „odhermetycznieniem”, czyli ucieczką Tajemnicy w szeroki, niczego na razie nie podejrzewający świat.
Toteż Baloyne musiał być geniuszem dyplomacji! i taktu, a nawet wymyślał od czasu do czasu zajęcia czy właściwie ich namiastki dla „Humów” i do pasji doprowadzały go prędzej aniżeli do śmiechu dowcipy lecące pod ich adresem, bo od nowa jątrzyły zabliźnione już zadrażnienia – kiedy na przykład w „skrzynce pomysłów” zjawił się projekt, by psychoanalitycy i psychologowie zostali „służbowo przeniesieni” ze stanowisk badaczy „listu gwiazdowego” na stanowiska lekarzy tych, co listu odczytać nie umieją i przez to cierpią od „stressów”.,
Doradcy waszyngtońscy bruździli Baloyne’owi również tym, że co jakiś czas wpadali na ową ideę – tak na przykład bardzo długo i uporczywie domagali się organizowania wielkich sesji mieszanych, wedle popularnej zasady „brainstorming”, która polega na tym, że umysł samotnego myśliciela z wytężeniem rozważającego problem chce się zastąpić wielkim gremium, chóralnie, zespołowo niejako „głośno myślącym” na zadany temat. Baloyne ze swej strony wypróbował różne taktyki „bierne”, „odwetowe” i „czy
Jako ciążący, siłą rzeczy, do partii „Fizów”, będę uznany za stro
Kiedy zaś pytałem, całkiem szczerze, odpowiednich ludzi, jak właściwie mogą pracować przy podobnym stanie rzeczy, owe naiwne pytania brano za dyktowane złośliwością docinki. Wszedłem bowiem – nie zdając sobie z tego w pierwszych dniach sprawy – między młoty i kowadła, myślałem, że należy drwa rąbać, nie zastanawiając się nad tym, jakie przy tym wióry lecą – i dopiero co życzliwsi, jak Rappaport czy Dill, prywatnie wtajemniczyli mnie w skomplikowaną psychosocjologię koegzystencji „Fizów” i „Humów”, zwaną też czasami „zimną wojną”.
Nie wszystko – muszę zauważyć – co robili „Humowie”, było bez wartości; tak na przykład ciekawie wypadły prace teoretyczne mieszanego zespołu Wayne’a i Traxlera, poświęcone teorii „automatów skończonych pozbawionych nieświadomości”, czyli zdolnych do „autodeskrypcji zupełnej” – a w ogóle sporo ce
Niezbyt sprzyjające – pod względem komfortu także cielesnego – były i warunki naszego bytowania. W osadzie nie mieliśmy wcale prawie samochodów, bo niegdyś zbudowane drogi zaniosło wydmami, a w samym osiedlu chodziło miniaturowe metro, przygotowane jeszcze wówczas, gdy miało służyć poligonowi atomowemu. Wszystkie gmachy stały na olbrzymich betonowych nogach, szare i ciężkie pudła z obłymi bokami, a pod nimi, na betonie pustych parkingów, hulał tylko gorący wiatr, mocny jak z hutniczego pieca w tak ściśniętej przestrzeni, przeganiając ów okropny, czerwonawy, niezwykle drobny piasek, który dostawał się wszędzie, ledwie opuściło się hermetyczne pomieszczenia. Nawet basen mieliśmy podziemny, inaczej kąpiel nie byłaby możliwa.