Страница 6 из 56
– Tak, macie rację. A zatem albo był ze staruchą umówiony, albo ona tu w jakimś celu regularnie przychodziła i się na nią zaczaił. W takim razie ktoś z mieszkańców musiałby ją zidentyfikować.
– Melduję, że nikt nie zidentyfikował zmarłej! – wrzasnął posterunkowy Janiszewski, który od dłuższej chwili stał w drzwiach na strych i przysłuchiwał się rozmowie.
– Ja ją zidentyfikowałem – powiedział znany Zarembie głos. – Doktór Iwan Pidhimy wszedł, najwyraźniej nie zauważony, do gołębnika i teraz, przedostając się na strych, wychylił głowę spod niskiej futryny. – Zidentyfikowałem ją. Może nie jestem geniuszem psychologii, jak to pan raczył zauważyć w swoim monologu przed chwilą, aspirancie Zaremba, może i jestem konowałem, ale… – medyk wynurzył się całkiem z małego otworu i stanął wyprostowany przed policjantem – ale syhlityków w tym mieście to ja znałem kiedyś wszystkich.
4
NAD OGRODEM JEZUICKIM ZAPADAŁ WIECZORNY PÓŁMROK, który zamazywał kontury przedmiotów. Z okrytymi białym kwieciem krzewami całkiem by się zlały białe studenckie czapki, gdyby nie dym papierosów, który je otaczał. Cylindry dwóch starych Izraelitów grających w szachy na ławce przy rzeźbie alegorii żywotnych sił natury całkiem by znikły na czarnym tle potężnego dębu, gdyby nie gazowy płomień latarni, który nagle zasyczał i zajaśniał, zapalony przez sędziwego latarnika. Dwie młode dziewczyny, najwyraźniej czekające na swych kawalerów przy wejściu od ulicy Kraszewskiego, niewątpliwie przyciągnęłyby wzrok stojącego na balkonie Popielskiego, gdyby tenże był w swojej zwykłej jurnej formie i w swoim normalnym usposobieniu Tymczasem jego jurność zanikała w szybkim tempie, co zostało wczoraj boleśnie wyśmiane przez knajpianą dziwkę, a nastrój miał więcej niż podły, nie tylko zresztą z tego powodu. Palił papierosa skręconego z kiepskiego tytoniu i wpatrywał się w szczupłą postać znikającą na wysokości kawiarni zbudowanej w stylu zakopiańskim. Był to gimnazjalista Heniek Andru – syn, którego ojciec, majster tokarski, ostatkami ciężko zdobywanych pieniędzy podtrzymywał swoje nadzieje na utrzymanie potomka w IV Gimnazjum Klasycznym imienia Długosza. Heniek już po raz drugi repetował z łaciny i Popielskiemu przypadło w udziale trudne i, jak się po kilku lekcjach okazało, niewykonalne zadanie powtórzenia z chłopcem gramatyki łacińskiej na tyle, by był w stanie przetłumaczyć wyjątki z Cezara, Neposa i Fedrusa i otrzymać promocję do klasy piątej. Po każdych korepetycjach z Heńkiem jama ustna korepetytora zamieniała się w Saharę, a jego mózg w skostniałą Antarktydę. Niewielka suma lądowała w portfelu Leokadii, a Edward sięgał po pióro i papier, by napisać w końcu list do ojca chłopca, w którym miał wymówić to zlecenie, a same lekcje określić jako „podtrzymywanie agonii”. Jak dotąd wciąż tego nie uczynił. Przeliczał po raz nie wiadomo który, ile zarobi na ośmiu godzinach korepetycyj miesięcznie, i zamiast po papier listowy sięgał po papierosa, a potem wychodził na balkon, jednym uchem słuchając dziecięcego głosiku Rity, która bawiła się z Ha
Po zgaszeniu niedopałka zaczerpnął głęboko tchu. Teraz kolejny uczeń, syn dyrektora finansowego Zarządu Miejskiego, niejaki Bolek Szandrowski. Tego piętnastolatka już tak udręczył trygonometrią, że ów potrafił rozwiązywać nawet równania z tej dziedziny. Nauczyciel cieszył się z tego powodu niewymownie, bo dzisiaj mógł z czystym sumieniem przejść do ulubionych przez siebie zagadnień – do trójmianu kwadratowego z jego pięknymi parabolami i z precyzyjnymi wzorami Viéte’a. A potem, po tych wszystkich korepetycjach, zje z córką i kuzynką placki ziemniaczane, krótko podrzemie, a około dziesiątej usiądzie w ciszy gabinetu w łagodnym świetle lampy z zieloną umbrą, otworzy komedie Plauta i przygotuje się do wykładu, który miesiąc temu zleciło mu studenckie Koło Filologiczne, oferując wcale niemałe honorarium.
Ujrzawszy Bolka Szandrowskiego zbiegającego stromą ulicą wzdłuż parku, Popielski wszedł do mieszkania i zamknął drzwi balkonowe. Napawając się radosnym śmiechem córki dobiegającym ze służbówki, poprawił bonżurkę, sprawdził poziom atramentu w wiecznym watermanie i zasiadł w gabinecie. Po chwili rozległ się dzwonek u drzwi i Ha
Popielski, zdziwiwszy się tym ostatnim gestem, uśmiechnął się do dziecka, zamknął drzwi, skinął głową Szandrowskiemu i zażądał od niego zeszytu z zadaniami domowymi. Myślami był daleko – przy kolacji z rodziną i przy rozbieraniu metrycznym Plautowych wierszy, której to trudnej sztuki miał nauczyć przyszłych filologów na zebraniu koła studenckiego. Nic dziwnego, że nie dosłyszał słów ucznia.
– Proszę powtórzyć – Popielski otrząsnął się z zamyślenia.
Szandrowski podszedł bliżej i gwałtownie wypuścił powietrze z płuc. Cuchnący oddech wystrzelił z jego ust jak trująca chmura. „Woń gotujących się hormonów z dodatkiem spróchniałych zębów – pomyślał pobladły ze wstrętu Popielski – wyżartych dziur po dropsach i landrynkach w połączeniu z odorem ropy zamkniętej w kanałach zębowych”.
– Nie mam, panie profesorze. – Bolek przestąpił z nogi na nogę. – Nie odrobiłem.
– Dlaczego? – Korepetytor cofnął się z fotelem aż pod okno.
– Nie wiedziałem jak – odparł uczeń. – Zresztą nie miałem czasu. Wracam prosto z zajęć sportowych. Gramy mecz z trójką.
Smród dopadł nozdrzy Popielskiego mimo sporej odległości, o której sądził, że będzie skuteczną blokadą dla odoru. Nauczyciel wyobraził sobie, jak w czasie tej lekcji pochyla się nad Bolkiem i sprawdza podstawiane przez niego wzory. Do śmierdzącego oddechu dołączy się wówczas woń brudnego sportsmena – niemyte stopy, zapleśniałe pachy, sklejone włosy Wyobraźnia Popielskiego wyzwoliła silny skurcz żołądka, do ust napłynęła mu ślina.
Szybko wstał, otworzył okno i wyjrzał na podwórze. Odór smoły, kurzu i pomyj był cudownym zapachem z porównaniu z miazmatami, jakie wydzielał uczeń. Popielski nabrał powietrza i odwrócił się do chłopaka.
– Proszę stąd wyjść i nie przychodzić tu więcej w takim stanie! – powiedział powoli, aby jak najdłużej być na wydechu.
– A niby w jakim to stanie? – zapytał hardo Szandrowski.
– Po zajęciach sportowych.
– A to dlaczego? – chłopak podniósł głos.
– Bo śmierdzisz nieznośnie! Jak kloaka!
Uczeń schował zeszyty i spoglądał długo na nauczyciela. Ten nie mógł dobrze zinterpretować przeciągłego spojrzenia. Mogło oznaczać pokorę lub gniew.
– Ja też mam dość pana. – Oznaczało to drugie. – I widoku pańskiej łysej pały!
Ta dłuższa wypowiedź Szandrowskiego omal nie powaliła Popielskiego smrodem.
– Won!!! – ryknął.
Uczeń splunął na dywan i wybiegł szybko z mieszkania. Popielski nie gonił go. Po pierwsze, efekt jego pościgu za sportsmenem byłby marny, a po drugie – dogonienie wiązałoby się z osobistym kontaktem. A tego za wszelką cenę chciał uniknąć. Był szczęśliwy, że już nie musi obcować z Bolkiem Szandrowskim, że stoi w otwartym oknie gabinetu i wdycha aromaty przegrzanego podwórka.
Do gabinetu wbiegła Rita.
– Papo, czemu ten pan tak szybko od papy wyszedł?
– Bo był nieprzygotowany do lekcyj, moja mała, i nakrzyczałem na niego. Widzisz? Musisz być zawsze dobrze przygotowaną, bo inaczej pan profesor nakrzyczy na ciebie w szkole.
Popielski chwycił dziecko i przytulił je mocno. Wdychał z czułością zapach taniego szamponu bijący z mytych często włosów córki, delektował się jej czystym oddechem.
– Pójdziemy teraz na juraszki do Zalewskiego, kochanie?
– Nie zdążysz, Edwardzie. – Leokadia stanęła w drzwiach i kiwnęła głową ucze