Страница 1 из 56
Marek Krajewski
Liczby Charona
Tam, dokąd nie umiemy wejść sami, dostajemy się matematyką.
Sporządzamy z niej wózki do poruszania się w nieludzkich obszarach świata.
Stanisław Lem, Fiasko
PROLOG
TELEWIZYJNY PREZENTER SVERRE ÅSLAND patrzył z lekceważeniem na swojego niechlujnego rozmówcę w sztruksowym garniturze i w zbyt krótkich, postrzępionych skarpetkach. Nie był wcale pewien, czy właśnie dzisiejszy występ jest naprawdę, jak go usilnie o tym zapewniano, jego życiową szansą. Po cichu marzył o prowadzeniu drapieżnych wywiadów w programie Twarzą w twarz, emitowanym w niedziele w niedawno powstałej prywatnej stacji TVNorge, albo o zapowiadaniu sobotniego wieczoru w swojej NRKl. Po kilku wdechach konopnego dymu nachodziły go często oszałamiające wizje sławy, nisko opodatkowanych szwajcarskich kont oraz śniadych egzotycznych kobiet – lubieżnych, rozpustnych i czekających z gotowością niewolnic na seksualne poniżenie. Był niecierpliwy i jak zło konieczne traktował wszystkie służbowe polecenia, których wykonanie nie zagwarantowałoby mu dostępu do ekspresowej windy na najwyższe piętra sukcesu. Prychał pogardliwie, kiedy zlecano mu prowadzenie pora
Po kilku tygodniach od powrotu zaczął tęsknić do rozmów z dziećmi i emerytami. Zlecenia, które teraz dostawał, a mianowicie rozmowy na żywo z naukowcami przed wtorkowymi filmami popularnonaukowymi, nie były już nudne. Były niebezpieczne. Miały go skompromitować i zniszczyć, choć jego nowy szef zapewniał z fałszywym uśmiechem, że są niepowtarzalną szansą rehabilitacji po niedawnej wpadce. Prezenter odczuwał dotkliwe poniżenie, kiedy musiał dziękować z grzecznym uśmiechem, a potem tracić całe dni na przygotowanie się do nudnych dyskusji z jakimś ekonomistą, biologiem albo filozofem, które wraz z następującymi po nich filmami popularnonaukowymi były wątpliwą konkurencją dla serialu kryminalnego na państwowym kanale drugim. Z dobrze maskowaną irytacją tłumił marzenia o rozwiązłych niewolnicach i o hollywoodzkiej sławie, kiedy wpatrywał się w grube okulary naukowców, których niechlujstwo było wprost proporcjonalne do ich rozrośniętego ego. Coraz częściej popełniał pomyłki i coraz pobieżniej przygotowywał się do rozmów, lekceważąc trud dyżurnych reporterów dostarczających mu stosy fachowych materiałów. W telewizyjnych kuluarach zaczęto szeptać o rychłym końcu Sverrego Åslanda i o jego młodym następcy, który został niedawno wyłowiony przez szefa w pewnym gejowskim klubie.
Te szepty rozrastały się w potężną kakofonię właśnie teraz, kiedy patrzył na swojego rozmówcę. Był to matematyk, który siedem lat wcześniej wyemigrował z Polski, pracował na uniwersytecie w Trondheim i właśnie otrzymał prestiżową nagrodę Norweskiego Towarzystwa Matematycznego.
O ile poprzednie rozmowy były zaplanowanymi przez szefa zasadzkami, o tyle dzisiejszy wywiad stanowił jawną zapowiedź nokautu. Po pierwsze, matematyk nie najlepiej mówił po norwesku, a za nic nie chciał się zgodzić na rozmowę po angielsku, ponieważ twierdził, że nieużywanie języka gości
Najpierw postanowił usunąć zagrożenia natury językowej i już na początku wywiadu zadał polskiemu profesorowi skomplikowane pytanie. Zapytał mianowicie z radosnym uśmiechem, czy laureat nie uważa, że przyznanie norweskiej nagrody uczonemu pracującemu na norweskim uniwersytecie nie jest przypadkiem przejawem kumoterstwa. Rozmówca – zgodnie z planem pytającego – nie zrozumiał tego ostatniego, a przecież kluczowego wyrazu i odpowiadał tak mętnie i niezrozumiale, że zniecierpliwiony dzie
– Szanowni państwo! – nieoczekiwanie gość programu zwrócił się wprost do kamery. – Mówię po norwesku, bo chcę okazać szacunek mojej nowej ojczyźnie, ale już dłużej nie wytrzymam – zrobił przy tym komiczną minę i uderzył się dłonią w udo – takich idiotycznych pytań! Umówmy się, Sverre – wycelował w dzie
– No to musimy zatrudnić tłumacza, który będzie symultanicznie przekładał z angielskiego – uśmiechnął się Åsland. – Bo obawiam się, że jako matematyczny analfabeta będę panu zadawał wyłącznie głupie pytania.
– No, nie musi pan przecież pytać o matematykę.
– Nasz rozmówca – nasz pan i musimy słuchać jego życzeń. – Åsland z radością odnotował swój pierwszy mały triumf. – Nie będziemy zatem mówili o matematyce, choć jest ona istotą filmu dokumentalnego, który zaraz państwo obejrzą. Będziemy mówić o Polsce, pańskiej pierwszej ojczyźnie. I o pańskiej małej ojczyźnie, o mieście Wrocławiu.
– Ja nie pochodzę z Wrocławia – odparł matematyk. – Powinien się pan lepiej przygotować.
Åsland poczuł, że żar wytwarzany przez lampy telewizyjne staje się nie do wytrzymania. Pocił się obficie. Za chwilę pot wypłynie na jego upudrowaną twarz, na jasną, doskonale skrojoną marynarkę. „Tak, to jest nokaut – pomyślał. – Asystenci podali mi fałszywe informacje o tym polskim skurwysynu”.
– A skąd? – zapytał spokojnie.
– Urodziłem się we wspaniałym europejskim mieście. We Lwowie – sapnął matematyk i otarł pot z czoła.
Cios był celny. Nie do odparcia. Dzie
[1] Przez ciernie do gwiazd.