Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 5 из 56

– Wynajmujecie to pomieszczenie? – policjant dopytywał się surowo. – Ile płacicie? Stać was na to? Wie o tym financ?

– Ja za bezdurnu [8], pani władzuchnu. – Soliwoda przestąpił z nogi na nogę. – Pan Gasthalter ta oszczędny, ta i stróża ni ma. Cóś zreperować, węgil zrzucić – to ja, zawszy ja. Pod chajrem [9]! A za to mogi te ptaszki tu trzymać.

I gołębiarz, i posterunkowy Socha byli zdenerwowani. To szybkie przesłuchanie napawało pierwszego strachem, drugiego zaś irytacją, ponieważ nie mógł nadążyć ze sporządzaniem protokołu. Ślinił ogryzek ołówka i drapał nim nerwowo po kartkach notesu. Zaremba machnął ręką, odwrócił się od nich i wyszedł ze strychu na klatkę schodową.

Ponieważ pora była przedpołudniowa, kłębił się tutaj tłumek tylko kilkunastu osób, składający się ze służących i emerytów. Ludzie buczeli i falowali, jednak nie ośmielili się wstąpić na ostatnie półpiętro, gdzie rozpierał się swym imponującym brzuchem drugi posterunkowy z komisariatu IV, niejaki Janiszewski, i skutecznie zagradzał ciekawskim dostęp do miejsca zbrodni. Kilku ciekawskich robotników w fartuchach pobliskiej Drukarni Mieszczańskiej stało też na galeryjkach, które wisiały nad małym podwórkiem, i usiłowało zajrzeć przez szybkę na strych.

– Co to za hałasy!? – rozsierdzony Zaremba wrzasnął w stronę ludzi na schodach. – Proszę cicho mi tu być, wchodzić na górę i identyfikować zwłoki. – Ujrzawszy konsternację na twarzach ludzi, krzyknął, akcentując każde słowo: – Patrzeć, czy ktoś zna zabitą kobietę! Kto słaby na żołądku, niech nie wchodzi! Zrozumiano?

Ludzie kiwali ze zrozumieniem głowami, a Zaremba spojrzał na posterunkowego Janiszewskiego.

– Proszę ich pojedynczo wpuszczać, panie posterunkowy. Mogą stanąć tylko w progu, nie dalej, aby niczego nie zadeptać. Jak ktoś zakaszle i zechce rzygać, to go natychmiast za łeb i na schody! Niech nikt mi tego gołębnika nie zarzyga! No co się pan tak patrzy? Nie ma pan ochoty tam wchodzić? Rozumiem pana. – Pozwolił sobie na nikły uśmiech. – Ja też nie widziałem nigdy podobnej ohydy Ale tak trzeba. Ta kobieta nie ma przy sobie dowodu osobistego, wygląda na zaniedbaną pijaczkę. Jakiś jej kompan zgłosi zaginięcie, kiedy wytrzeźwieje i zobaczy brak koleżanki. A to może potrwać… A my musimy ją zidentyfikować jak najszybciej, rozumie pan? No to do dzieła, panie posterunkowy!

Wszedł z powrotem na strych. Tam, wśród prześcieradeł, wciąż stali Socha i gołębiarz Soliwoda. Obaj spojrzeli na Zarembę, a w ich oczach widniało to samo pytanie.

– Do domu, Soliwoda! – zaordynował aspirant, odczekał, aż gołębiarz skwapliwie wykona rozkaz i odejdzie w ukłonach, po czym zwrócił się do Sochy: – A pana, panie posterunkowy, poproszę o obejrzenie strychu, dachu i wszystkich drzwi. Musimy sobie odpowiedzieć na pytanie: jeśli zbrodniarz tu nie mieszkał, to jak mógł dostać się na strych i do gołębnika? Tylko niczego proszę nie dotykać!

Socha przystawił drabinę do włazu na dach i zaczął się ostrożnie po niej gramolić. „Same belbasy [10] w tym komisariacie IV” – pomyślał Zaremba, patrząc na jego pękatą sylwetę, i zaraz się zawstydził. Poklepał się ze smutkiem po własnym, też niemałym, bandziochu. Wyzywa w myślach i

Poszedł do trzecich drzwi – pomiędzy strychem a gołębnikiem – i ukucnął, zaglądając przez szparę. Obserwował twarze ludzi, którzy stawali w progu i z obrzydzeniem spoglądali na zmasakrowanego trupa. Z tych obserwacyj, które czynił bardzo niechętnie na rozkaz naczelnika Urzędu Śledczego podinspektora Hieronima Kocowskiego, nic jednak nie mogło wyniknąć.

Zaremba nie był w stanie zaobserwować jakichkolwiek oznak radości lub chorobliwego zainteresowania, jakie mieli rzekomo okazywać sprawcy przestępstw, którzy, jak twierdził doktór Iwan Pidhimy, często przychodzą na miejsce zbrodni. Ten jeden z najwybitniejszych medyków sądowych i znawców psychologii przestępczej zapoznał się z tą i i

Edziu – pomyślał Zaremba – rzeczywiście miał niewyparzoną gębę już w gimnazjum, choć przyznać trzeba, że atakował jedynie w ostateczności i potrafił wiele znieść – jak choćby ciągłe upokorzenia od profesora biologii. Po raz pierwszy jednak w kłótni z Kocowskim postawił wszystko na jednej szali – i przegrał. Niepotrzebnie walił prosto z mostu temu ńrcykowi z odgórnego nadania, co o nim sądzi, niepotrzebnie drażnił go swoimi manierami profesora i najwyszukańszą elegancją, niepotrzebnie wciąż rzucał łacińskimi sentencjami i bez jego zgody pracował tylko wieczorami i nocami. Niepotrzebnie usprawiedliwiał swoje nieregulaminowe godziny pracy padaczką, która na dobrą sprawę według wszelkich przepisów wystarczała, by zwolnić go raz na zawsze z pracy w policji. A teraz Edziu jest wydalony ze służby, zawaleni robotą koledzy Kacnelson i Grabski gonią w piętkę, a on sam musi korzystać z pomocy takich głąbów jak te dwa pampuchy z komisariatu IV i – żaden przecież z niego psycholog! – zajmować się obserwacją potencjalnych sprawców, którzy zawsze niby wracają na miejsce zbrodni.

– Gdzie jest Pidhirny, ten geniusz psychologii!? – głośno powiedział do siebie Zaremba, obserwując przez szparę między futryną a drzwiami, jak z obrzydzenia czerwienieje twarz jakiegoś czeladnika. – Czemu on tu nie siedzi, w tych zasranych drzwiach, i nie wdycha tego smrodu? Już dawno powinien być! Zawiadomiłem go przecież dwie godziny temu, konowała jednego!

– Panie aspirancie, już sprawdziłem wszystkie drzwi i włazy na dach. – Socha nieoczekiwanie pojawił się za plecami Zaremby. – Jeśli nie był mieszkańcem tego domu i nie miał kluczy…

– Czekaj pan! – Zaremba patrzył na ostatniego identyfikującego, robotnika w brezentowej bluzie. – Już, już, posterunkowy No, mówcie, mówcie!

– Musiał mieć klucze na strych albo otworzyć drzwi wytrychem – ciągnął Socha. – Nie mógł się dostać przez dach, chyba że jakąś drabinką linową… Okoliczne kamienice są wyższe od tej… Ta ma tylko jedno piętro. Drzwi na strych są zamykane na łańcuch i kłódkę od strony klatki schodowej. – Wskazał na kawał żelaza wiszący u futryny. – Nie było na nich żadnego śladu włamania… Jeśli wytrychem, musiał być to dobry włamywacz… Może miał klucz dorobiony…

– A tędy? – Zaremba wymierzył palcem w stronę niskich drzwi prowadzących ze strychu do gołębnika. – Przelazł do sąsiedniego pomieszczenia, tak? Te drzwiczki są zamykane?

– Które?

– No, te małe! – ponownie wskazał na wejście do gołębnika.

– Nie – odparł posterunkowy. – Zawsze są otwarte, jak mówił ten Paliwoda…

– Soliwoda – poprawił go aspirant.

– Tak, zawsze są otwarte.

– A drugie drzwi z gołębnika, prowadzące na klatkę schodową?

– Są zamykane na zasuwę od środka. Może był wcześniej w gołębniku. I czekał na starą…

– Nikt by w gołębniku nie wytrzymał od smrodu. – Zaremba nabrał tchu. – Morderca mógł czekać i siedzieć tylko na strychu…

– Na przykład za tym – Socha wskazał wa

[8] Za darmo.

[9] Słowo honoru!

[10] Tłuściochy.

[11] Grubas.