Страница 10 из 53
Woda spływała z wa
Pater był, w nastroju, który doktor Kwieciński nazywał syndromem karawaniarza. Liryczna drapieżność muzyki zrobiła jednak swoje. Zadziałała. Pozbył się myśli, że kłopoty to jego specjalność i że ma na nie wyłączność. Pater miał tylko starą wykładzinę, koledzy mieli także starzejące się żony i wieczne problemy. Nagle zaczął myśleć o czymś i
Anonimowe esemesy do Czekańskiego. Nieumiejętnie udawany młodzieżowy slang. Anonimowy szantażysta. Może to on? Może on jest podwójnym mordercą. Zabił – nie zabił.
W se
– Pater.
– Dzień dobry – usłyszał znany sobie głos. – Mówi Wasylewski. Nie obudziłem pana?
– Nie – odparł Pater, próbując skojarzyć usłyszane pierwszy raz w życiu nazwisko. Nie udało się. Ślepe asocjacje. – Nie – powtórzył niepotrzebnie i bezradnie.
– Właśnie skończyliśmy nieoczekiwaną nocną partyjkę brydża – kontynuował nieznany rozmówca o znanym głosie. – Wie pan, jak to jest. Najczęściej gracze niewiele wiedzą o sobie. Tylko o mnie każda kelnerka, nawet dopiero co przyjęta do pracy w „Mandarynie", wie wszystko. A to dlatego, że mam charakterystyczną aparycję…
– No tak… – Pater przerwał rozmówcy. Przeżył olśnienie, gdy głos z nazwiskiem w końcu połączyły mu się w całość. To świetnie ze sobą koresponduje. Niezwykły człowiek o niezwykłym nazwisku. Jezus z Oliwy nazywał się Wasylewski. Profesor Wasylewski. Przez „y", a nie banalne i powszechne „i". Jak jakiś ukraiński watażka, wolny jak wiatr w stepie, nie jak androginiczna Wanda, sowiecki pionek ze Związku Patriotów Polskich. Za dużo profesorów. Jeden jest hazardzistą, drugi – podejrzanym.
– Mało o sobie wiemy – powiedział Pater. – Ma pan rację. A pan wie, jaki jest mój zawód?
– O tym też wie każda kelnerka w „Mandarynie" – roześmiał się Jezus z Oliwy. – A zwłaszcza każdy taksówkarz spod „Mandaryna". Niejeden odwoził pana do pracy po nocnym „holdemku". Proszę posłuchać. W brydża grałem z Dzięciołem przeciwko pewnemu Szwedowi i tłumaczowi Szweda. Nie lubię brydża. Dużo kombinowania, małe stawki… Tym razem stawki były bardzo wysokie. Pięć stów za jednego impa, wie pan z pewnością, co to jest. Tych dwóch widziałem po raz pierwszy w życiu. Widać, że grali ze sobą od dawna. Ten tłumacz – w odróżnieniu od nas, starych wyjadaczy – nie krył się specjalnie ze swoją tożsamością. Przedstawił się jako skandynawista z uniwersytetu. Doktor Przemysław Marciniec. Pamiętając o pana prośbie, zagadnąłem go, czy zna profesora Czekańskiego. Otóż zna go, nawet bardzo dobrze. Wie o nim sporo i nie przepada za nim. Zapytałem, czy mogę pana z nim skontaktować. Zgodził się chętnie. Dziś od rana egzaminuje studentów, a w południe wyjeżdża na stypendium do Uppsali. Powiedział, że może pan do niego przyjść na egzamin. I rozstaliśmy się koło siódmej.
– Dziękuję panu bardzo – powiedział Pater i nie odkładał słuchawki.
Niechcący uruchomił pilotem wieżę. Włączył się pierwszy utwór z płyty Hadena. Rozległa się muzyka czołówki firmy Warner Bros. Był to fragment filmu Wielki sen Hawksa z 1946 roku z Bogartem w roli głównej. Pater nacisnął klawisz „pauza". Przez chwilę milczał.
– Do widzenia – odezwał się w końcu Jezus z Oliwy.
– Proszę poczekać – powiedział cicho Pater – mam jeszcze jedno pytanie. O siódmej skończył pan całonocnego brydża. A dzwoni pan do mnie dwie godziny później. Dlaczego nie zadzwonił pan od razu? Mógł pan przecież zadzwonić o siódmej, pójść do swojego nieodległego apartamentu z widokiem na morze i od godziny odsypiać zwycięstwo przy okrzykach mew. A pan godzinę czuwał i zadzwonił do mnie dopiero teraz. Dlaczego?
– Czy ja wiem? – Po tym retorycznym pytaniu zapadła cisza, przerywana wrzaskiem mew. – Może nie chciałem pana zrywać tak wcześnie?
– Odczuł pan litość dla pokonanego przeciwnika, co? Chciał mi pan jakoś zrekompensować moją przegraną w poniedziałek? Nie chciał pan mnie zrywać tak wcześnie… Tak czy inaczej, bardzo panu dziękuję.
– Nie sądzę, żebym był zdolny do takiej rekompensaty – odparł chłodno matematyk. – Nie jest pan wcale taki przenikliwy. Po grze nie udałem się do mojego mieszkania. A te mewy nie krzyczą nad moim tarasem. Teraz spaceruję. Chciałem z kimś porozmawiać. Z kimkolwiek. I nadarzyła się okazja, by po brydżu z Marcińcem zadzwonić do pana.
– Gdzie pan jest? – Pater poczuł dziwny niepokój.
– W drodze do Wejherowa – odparł Wasylewski – nie lubię grać w brydża. Zwłaszcza przeciwko rezerwowemu zawodnikowi reprezentacji Szwecji.
Po tych słowach Jezus z Oliwy się rozłączył. Pater zwolnił klawisz „pauza".
– My name is Marlowe – powiedział Humphrey Bogart.
Gdańsk, 23.06.2006, 9:00
Egzamin z języka szwedzkiego, Swedex na poziomie B2, odbywał się w sali wykładowej katedry skandynawistyki w kompleksie uniwersyteckim przy ulicy Wita Stwosza. Uczestniczyło w nim kilkanaście studentek. Jedna z nich, Ewelina Kucaj, siedziała w pierwszej ławce, przed biurkiem doktora Przemysława Marcińca, i zupełnie nie mogła się skoncentrować. Wi
Dzisiejszego poranka Marciniec objawił bardzo dobry humor. Najpierw rzucał wątpliwymi dowcipami o egzaminach, wykładowcach i studentach, a potem – kiedy już rozdał arkusze egzaminacyjne i zaczął mierzyć czas – wdał się w cichą, przerywaną śmiechem rozmowę ze współegzaminatorem, doktorem Fredrikiem Fröglandem z Uppsali. Ponieważ rozmawiali po szwedzku, Ewelina Kucaj zwątpiła w swoją znajomość tego języka i popadła w chwilową depresję. Rozumiała bowiem słowa, ale nie rozumiała, o czym obaj wykładowcy rozmawiają. Wśród szwedzkich wyrazów niezmie