Страница 43 из 51
– Gdzie jesteś, Anwaldt?
– Na dworcu.
– Czekaj na mnie na pierwszym peronie. Zaraz po ciebie przyjadę. Powtórz – na którym peronie?
– Na… pieeerwszym.
Mock nie znalazł Anwaldta ani na pierwszym peronie, ani na żadnym i
– Ale się ugotował – roześmiał się jakiś przechodzący wyrostek.
Mock zdjął pijanemu zabrudzoną wymiocinami marynarkę, zwinął ją i wrzucił na przód samochodu. Następnie przełożył jego lewą rękę przez swój spocony kark, prawą objął go wpół i na oczach śmiejącej się gawiedzi wtaszczył do bramy. Stróża, jak na złość, nigdzie nie było. „Każdy może wejść do bramy, a ten idiota pewnie pije piwo u Kohla” – mruczał wściekły.
Posuwał się powoli, stopień po stopniu. Ocierał się policzkiem o brudną, przepoconą koszulę Anwaldta, wzdrygał się co chwilę owiany kwaśną chmurą oddechu, przystawał na półpiętrach i klął ordynarnie, nie przejmując się sąsiadami. Właśnie jeden z nich, adwokat doktor Fritz Patschkowsky, wychodził z psem na spacer. Przystanął zdziwiony, a duży szpic o mało nie zerwał się ze smyczy. Mock spojrzał na niego mało przyjaźnie i nie odpowiedział na wyniosłe „dzień dobry”. Dotarł w końcu do swoich drzwi i postawił przy nich Anwaldta. Jedną ręką go przytrzymywał, drugą mocował się z opornym zamkiem. Po minucie znalazł się w mieszkaniu. Anwaldt leżał na posadzce w przedpokoju. Mock oddychał ciężko siedząc na mahoniowej toaletce. Zamknął drzwi i wypalił spokojnie papierosa. Następnie chwycił Anwaldta za kołnierz koszuli i pociągnął w stronę bawialni. Ujął go pod pachy i umieścił na nieco pochyłym szezlongu. Przeszukał kieszenie. Nic. (Jakiś doliniarz już go obrobił). Poluzował mu krawat, rozpiął koszulę i zdjął buty.
Garderoba Anwaldta była w fatalnym stanie, pobrudzona tłuszczem i popiołem. Na chudych policzkach dwudniowy zarost kładł się cieniem. Mock przypatrywał się przez chwilę podwładnemu, po czym wyszedł do kuchni i rozejrzał się uważnie po zielonych słoikach stojących na najwyższej półce w spiżarni. Każdy z nich posiadał pergaminową czapę obwiązaną jasną gumką. Znalazł w końcu słoik z suszonymi liśćmi mięty. Wsypał dwie garście ziół do dzbanka, a następnie, nie bez trudności, rozpalił ogień pod kuchnią. Grzebał dłuższą chwilę wśród fajerek, aż znalazł odpowiednią. Postawił na niej błyszczący wypucowany czajnik. Z łazienki wyniósł blaszaną miednicę i postawił ją na wszelki wypadek koło posłania Anwaldta.
Wrócił do kuchni. Uniósł parujący czajnik i napełnił wrzącą wodą dzbanek z liśćmi. Nie wiedząc, jak zagasić ogień, zalał go po prostu wodą z kranu. Potem wziął chłodną kąpiel i przebrał się w szlafrok. Usiadł przy biurku i zapalił grube tureckie cygaro, jedno z tych, które trzymał na specjalne okazje. Spojrzał na szachownicę. Pat dalej paraliżował króla-Eberharda Mocka. Zagrażali mu dalej skoczek-von der Malten i hetman-Kraus. Ale oto na szachownicy pojawił się odzyskany skądś biały hetman-Anwaldt i przyszedł w sukurs królowi.
Anwaldt otworzył zapuchnięte oczy i od razu ujrzał stojący na stoliku dzbanek i szklankę. Trzęsącymi się dłońmi napełnił ją przecedzoną miętą i uniósł do ust.
– Co, może dać ci nóż, abyś rozdzielił jedną wargę od drugiej? – Mock wiązał krawat, rozsiewał korze
Anwaldt skinął. Pod sklepieniem czaszki rozpaliły się sztuczne ognie. Nalał sobie znowu mięty. Mock stał na szeroko rozstawionych nogach i obserwował skacowanego policjanta. Splótł dłonie na brzuchu i zakręcił kciukami młynek.
– Dobrze. Widzę, że chce ci się pić. To znaczy, że nie będziesz rzygał. Przygotowałem ci kąpiel. W łazience leży jedna z moich koszul i twoje wyczyszczone i odprasowane ubranie. Nieźle je wczoraj załatwiłeś. Słono zapłaciłem żonie stróża za jej starania. Siedziała nad tym pół nocy. Wyczyściła również twoje buty. Pieniądze oddasz mi, jak będziesz miał. Wczoraj ktoś cię okradł. Ogól się, bo wyglądasz jak pener. Użyj mojej brzytwy – Mock był szorstki i zdecydowany. – A teraz posłuchaj mnie uważnie. Za trzy kwadranse masz tu siedzieć naprzeciw mnie i opowiadać swoje przygody. Krótko i konkretnie. Potem pojedziemy do katedry Jana Chrzciciela. Tam ma na nas czekać o dziewiątej piętnaście doktor Leo Hartner.
Siedzieli w chłodnych ciemnościach. Impet słońca zatrzymywał się na kolorowym filtrze witraży, mury z ciosowego kamienia tłumiły huk i zamęt spoconego miasta, książęta śląscy spali w cichych niszach, a łacińskie napisy na ścianach wzywały do rozmyślań o wieczności. Zegarek Mocka wskazywał dziewiątą dwadzieścia. Zgodnie z umową siedzieli w pierwszej ławie i rozglądali się za Hartnerem. Zamiast niego podszedł do nich niewysoki i ostrzyżony na jeża ksiądz w srebrnooprawnych okularach. Bez słowa wręczył Mockowi kopertę i prędko odszedł.
Anwaldt chciał pójść za nim, ale Mock go powstrzymał. Wyjął z koperty napisany na maszynie list i podał go asystentowi.
– Czytaj ty. Ja tu słabo widzę, a nie będziemy wychodzić na ten przeklęty upał – po wygłoszeniu tej kwestii Mock zdał sobie sprawę, że mówi per ty synowi barona von der Maltena. (Jeżeli mówiłem ty Maltenowi, mogę i jemu).
Anwaldt spojrzał na kartkę sygnowaną złotym herbem Biblioteki Uniwersyteckiej, pod którym widniały eleganckie czcionki dyrektorskiej maszyny do pisania.
„Drogi ekscelencjo. Przepraszam, że nie mogę osobiście stawić się na umówione spotkanie, ale względy rodzi