Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 32 из 51

– Mamusiu!!! Mamusiu!!! – rozdarł się chłopiec i rzucił na ziemię waląc w nią rękami i nogami. Wzniecał przy tym tumany kurzu, który osiadał na jego świeżo odprasowanym marynarskim ubranku. Piastunka usiłowała podnieść go z ziemi. Skutek był taki, że Klaus wyrwał się i wbił zęby w jej pulchne przedramię.

Anwaldt wstał, złożył akta, zwinął pled i kuśtykając ruszył w stronę samochodu. Nie oglądał się, gdyż bał się, że wróci, chwyci Klausa za marynarski kołnierz i utopi w sadzawce. Morderczych myśli nie wywołał u policjanta krzyk dziecka, który jak lancet ciął poranioną głowę i sine ślady po użądleniach szerszeni; nie, to nie krzyk doprowadził go do furii, lecz bezmyślny głuchy upór, z jakim rozpieszczony bachor odrzucał nieoczekiwane szczęście: powrót rodzica, który zjawił się po latach. Nie wiedział nawet, że mówi sam do siebie:

– Jak wytłumaczyć takiemu uparciuchowi, że jego opory są idiotyczne? Należy mu przylać, a wtedy pozna swoją głupotę. Przecież niczego nie zrozumie, jeżeli podejdę do niego, wezmę na kolana i powiem: „Klaus, czy zdarzyło ci się kiedyś, że stałeś przy oknie z twarzą przyklejoną do szyby, obserwowałeś przechodzących mężczyzn i o każdym bez wyjątku mówiłeś: to jest mój tatuś, jest bardzo zajęty i dlatego oddał mnie do sierocińca, ale niedługo mnie stąd zabierze?”.

VIII

Kurt Smolorz siedział na skwerze na Rehdigerplatz, wypatrywał Mocka i coraz bardziej martwił się stanem swojego raportu. Miał w nim zawrzeć wyniki inwigilacji Konrada Schmidta, silnorękiego z gestapo, zwanego przez klawiszów i więźniów „grubym Konradem”. Wyniki te powi

Drugi zapis brzmiał: „łatwo daje się sprowokować do awantury”. Smolorz nie wyobrażał sobie, jak ten fakt można by wykorzystać przeciwko Schmidtowi, ale to w końcu nie on był od myślenia.

Z trzecią i ostatnią adnotacją: „jest chyba zboczeńcem seksualnym, sadystą” łączył nadzieję, że jego tygodniowa wytężona praca nie poszła na marne.

Był zły również na Mocka za zakaz zwykłej drogi służbowej, przez co on, Smolorz, zamiast popijać gdzieś teraz zimne piwo, zostawiwszy wcześniej raport na biurku swojego szefa, musiał warować pod jego domem, i to nie wiadomo, jak długo.

Okazało się, że niezbyt długo. Po kwadransie Smolorz siedział przy tak wymarzonym zapoconym kuflu w mieszkaniu Mocka i czekał z pewnym niepokojem na opinię szefa. Opinia była natury raczej stylistycznej.

– Co to, Smolorz, nie umiecie prawidłowo i urzędowo formułować myśli – śmiał się w głos Kriminaldirektor. – Przecież w piśmie urzędowym piszemy „skło

Nowo mianowany dyrektor Biblioteki Uniwersyteckiej doktor Leo Hartner przeciągnął swój kościsty korpus i po raz setny przeklął w myślach architekta, który zaprojektował barokowy klasztor augustianów, obecnie okazały gmach Biblioteki Uniwersyteckiej przy Neue Sandstrasse. Błąd architekta polegał – według Hartnera – na usytuowaniu reprezentacyjnego pomieszczenia służącego obecnie jako gabinet dyrektorski od północnej strony, dzięki czemu w pokoju panował chłód, przyjemny dla wszystkich oprócz gospodarza. Jego niechęć do temperatur niższych niż 20 stopni Celsjusza miała swoje uzasadnienie. Ten znakomity znawca języków orientalnych wrócił przed kilkoma tygodniami z Sahary, gdzie przebywał prawie trzy lata badając języki i zwyczaje pusty

Panujący w pomieszczeniu chłód zgoła odmie

Hartner spacerował nerwowo po pokoju. W rękach trzymał kawałek tapety z „wersetami śmierci”:

– Dziwne… Pismo podobne jest do tego, jakie widziałem w Kairze w arabskich rękopisach z XI lub XII wieku – jego inteligentna szczupła twarz zastygła w namyśle. Krótko obcięte, siwe włosy jeżyły się na ciemieniu. – Ale nie jest to język arabski, jaki ja znam. Prawdę mówiąc, ten zapis wcale mi nie wygląda na semicki. No cóż, proszę mi to zostawić na kilka dni; możliwe, że złamię ten szyfr, kiedy pod pismo arabskie podłożę jakiś i

– Anwaldt. Są to kopie zapisków doktora Georga Maassa, które zostały przez niego samego określone jako przekład kroniki arabskiej Ibn Sahima. Prosilibyśmy pana dyrektora o więcej informacji na temat tej kroniki, jej autora, a także na temat tego tłumaczenia.

Hartner szybko przebiegł oczami tekst Maassa. Po kilku minutach jego wargi wykrzywiły się w uśmiechu politowania.

– W tych kilku zdaniach widzę wiele cech charakterystycznych dla naukowego pisarstwa Maassa. Ale na razie wstrzymam się z uwagami na temat tego przekładu, dopóki nie poznam tekstu oryginalnego. Musicie wiedzieć, moi panowie, że Maass znany jest ze swego fantazjowania, tępego uporu i ze swoistej idee fixe, która w każdym tekście starożytnym każe mu doszukiwać się mniej lub bardziej ukrytych pierwowzorów starotestamentowych apokaliptycznych wizji. W jego naukowych publikacjach aż roi się od chorobliwych i gorączkowych obrazów zagłady, śmierci i rozkładu, które znajduje wszędzie, nawet w utworach miłosnych i biesiadnych. Widzę to również i w tym przekładzie, ale dopiero lektura oryginału pozwoli mi powiedzieć, czy te katastroficzne elementy pochodzą od tłumacza, czy od autora kroniki, którego, nawiasem mówiąc, nie znam.

Hartner był typowym uczonym gabinetowym, który odkryć dokonywał w samotności, wyniki badań powierzał specjalistycznym periodykom, a euforię pioniera wykrzykiwał pusty

– Znam dobrze Maassa, Andreae i i