Страница 115 из 117
Wyjątkiem był naturalnie Alan Lipsky, mój najstarszy i najdroższy przyjaciel, który stał u mego boku na długo przed tym wszystkim, na długo przed tym, jak przyszedł mi do głowy pomysł, by stworzyć na Long Island moją własną wersję Wall Street i zasiać tam ziarno chaosu i szaleństwa. Na jesieni 1997 roku Alan przyjechał do mnie i powiedział, że ma tego dość, że zmęczyło go tracenie pieniędzy klientów i że woli raczej umrzeć niż prowadzić dalej Monroe Parker. Całym sercem poparłem jego decyzję i niedługo potem firma przestała istnieć. Kilka miesięcy później w jej ślady poszła Biltmore i tak era Strattonitów dobiegła końca.
Mniej więcej wtedy dogadałem się w końcu ze Steve’em Maddenem. Zgodziłem się na pięć milionów, czyli na kwotę o wiele mniejszą niż rzeczywista wartość moich akcji, pod warunkiem jednak, że Steve sprzeda je do funduszu wzajemnego. Tak więc stracił na tym on, straciłem i ja. Uważałem i zawsze będę uważał, że Madden wyszedł z tego suchą stopą, chociaż w sumie zarobiłem na tym interesie ponad dwadzieścia milionów, co nawet według moich zwariowanych standardów nie było kwotą małą.
Tymczasem Księżna i ja ustatkowaliśmy się i zaczęliśmy prowadzić życie znacznie spokojniejsze i skromniejsze, stopniowo redukując naszą menażerię do rozsądnej liczby dwunastu osób. Najpierw odprawiliśmy Marię i Ignacia. Potem Rocca Dzie
Gwy
À propos moich najwierniejszych pomagierek: była nią oczywiście Księżna brooklyńskiego Bay Ridge. Bo ostatecznie się sprawdziła, prawda? Tylko ona wytrwała przy mnie do samego końca, tylko jej zależało na mnie na tyle, by tupnąć nogą i powiedzieć: „Dość tego! Co za dużo, to niezdrowo!”.
Ale kiedy minęła pierwsza rocznica mojej trzeźwości, zacząłem zauważać w niej pewne zmiany. Bywało, że gdy patrzyłem na nią ukradkiem, w jej ślicznej twarzy i oczach widziałem coś odległego i nieobecnego, coś przyprawionego szczyptą smutku, jak u kogoś po silnym wstrząsie. Zastanawiałem się, o czym wtedy myśli, jaką jeszcze chowa urazę, czy wciąż ma do mnie żal nie tylko o to, co zrobiłem jej na schodach, ale i o te wszystkie zdrady, o zasypianie w restauracjach, o towarzyszącą nałogowi zmie
George ze smutkiem odparł, że jego zdaniem sprawa nie jest jeszcze zakończona, że po tym, co przeszliśmy, nie do pomyślenia byłoby, gdybyśmy tak po prostu zamietli wszystko pod dywan. Że nigdy o czymś takim nie słyszał, że jest to prawdziwy przełom w teorii i praktyce dysfunkcyjnego związku. Porównał Nadine do Wezuwiusza, uśpionego wulkanu, który musi kiedyś wybuchnąć. Kiedy i z jaką siłą, tego nie wiedział, ale zasugerował, żebyśmy poszli na terapię. Ale my nie poszliśmy. Zamiast tego pogrzebaliśmy przeszłość i żyliśmy dalej.
Księżna czasem płakała, siedząc samotnie w swoim salonie z ubraniami dla przyszłych matek z twarzą mokrą od łez. Kiedy pytałem ją, co się stało, mówiła, że nie rozumie, jak mogło do tego dojść. Dlaczego odwróciłem się od niej i uległem narkotykom? Dlaczego tak źle ją traktowałem? I dlaczego teraz jestem dla niej taki dobry? Na swój sposób czuła się przez to jeszcze gorzej, bo dobroć, jaką jej okazywałem, budziła w niej jeszcze większy żal o to, że nie było tak przez całe nasze małżeństwo. Ale potem szliśmy do łóżka i wszystko wracało do normy - do następnego razu, kiedy znowu zaczynała płakać.
Mieliśmy jednak dzieci, Chandler i Cartera, i znajdowaliśmy w nich ukojenie. Carter obchodził właśnie trzecie urodziny. Był naprawdę wspaniały. Miał platynowe włosy i rekordowo długie rzęsy. Był prawdziwym darem od Boga, darem, na który chuchaliśmy i dmuchaliśmy od tego strasznego dnia w szpitalu, kiedy powiedziano nam, że może stracić pełnię władz umysłowych. O ironio: od tamtego czasu nie miał nawet głupiego kataru. Dziura całkowicie się zamknęła i serce nie sprawiało mu żadnych kłopotów.
A Chandler, moja mała pieszczoszka, mała geniuszka, która całowała tatusia, żeby przestało go boleć? Wciąż była moją ulubienicą. Gdzieś po drodze zapracowała sobie na nowy przydomek, CIA, bo lubiła podsłuchiwać i zbierać informacje. Skończyła już pięć lat, ale była nad wiek mądra. Doskonale sprawdzałaby się jako sprzedawczyni, bo umiała subtelnie wykorzystać siłę sugestii i narzucić mi swoją wolę, co - szczerze przyznaję - nie było wcale takie trudne.
Czasem patrzyłem na nią, kiedy spała. Patrzyłem i zastanawiałem się, czy będzie to wszystko pamiętała, cały ten chaos i szaleństwo, które towarzyszyły jej przez cztery pierwsze lata życia, okres kształtujący osobowość. Księżna i ja zawsze próbowaliśmy ją przed tym chronić, ale dzieci są bystrymi obserwatorami. Dlatego bywało, że pod wpływem jakiegoś impulsu wracała nagle do tego, co stało się na schodach, i mówiła, że bardzo się cieszy, iż pojechałem do „Atlantica”, żeby tatuś i mamusia mogli być znowu szczęśliwi. Płakałem wtedy w duchu, ale ona równie szybko zmieniała temat i zaczynała mówić o czymś zupełnie neutralnym, jakby wspomnienia nie wypaliły w jej umyśle trwałego piętna. Pewnego dnia będę musiał jej wszystko wytłumaczyć - nie tylko to, co się stało na schodach, ale i całą resztę. Ale miałem jeszcze czas - mnóstwo czasu - i uznałem, że na razie rozsądniej będzie pozwolić jej cieszyć się błogą nieświadomością dziecka.
Staliśmy właśnie w kuchni naszego domu w Old Brookville, a ona ciągnęła mnie za nogawkę spodni i mówiła:
- Chcę jechać do Blockbustera po nowych Rugratsów. Obiecałeś!
Nie pamiętałem, żebym cokolwiek jej obiecywał, ale tym większy wzbudziła we mnie szacunek. Moja pięcioletnia córeczka próbowała negocjować ze mną z pozycji siły, co dobrze o niej świadczyło. Było wpół do ósmej wieczorem.
- Dobrze - odparłem. - Pojedziemy teraz, zanim mama wróci do domu. Chodź. - Wyciągnąłem do niej ręce, a ona padła mi w ramiona i rozkosznie chichocząc, zarzuciła mi rączki na szyję.
- Chodźmy, tatusiu! Szybko!
Uśmiechnąłem się i wziąłem głęboki, trzeźwy oddech, napawając się jej cudownym zapachem. Była absolutnie piękna i nie miałem wątpliwości, że wyrośnie na silną kobietę, która pozostawi po sobie trwały ślad. Miała w sobie to coś, tę iskrę w oczach, którą zauważyłem, kiedy tylko się urodziła.
Postanowiliśmy pojechać małym mercedesem, jej ulubionym samochodem, i żeby nacieszyć się pięknym letnim wieczorem, opuściliśmy dach. Zbliżało się Święto Pracy i pogoda naprawdę ostatnio dopisywała. Był to jeden z tych bezchmurnych, bezwietrznych dni, kiedy w powietrzu czuje się zapowiedź nadchodzącej jesieni. Tym razem posadziłem Chandler na przednim siedzeniu, zapiąłem jej pas i przejechałem przez podjazd, na nic przy okazji nie wpadając.
Kiedy mijaliśmy kamie