Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 114 из 117

- A co powiesz mu jutro, Chrabąszczyku? - spytała A

- Że przemyślę to wieczorem i że planowanie odkładamy na następny dzień. - George posłał mi krzywy uśmiech.

- No nie, jesteście niesamowici - powiedziałem. - Wiedziałem, że mnie nabieracie.

- Wcale nie - zaprotestowała A

Chrabąszczyk wzruszył potężnymi ramionami.

- Nie lubię osądzać czyichś metod, ale w tej interwencji brakowało mi ciepła. Robiłem to setki razy i zawsze się starałem, żeby ćpun zrozumiał, jak bardzo jest kochany, by wiedział, że jeśli skończy z nałogiem, wszyscy będą go wspierali. Nigdy w życiu nie zakazałbym żonie widywania się z mężem. Ale cóż. Wszystko dobre, co się dobrze kończy, prawda? Żyjesz i jesteś trzeźwy. To prawdziwy cud, pytanie tylko, czy jesteś trzeźwy naprawdę.

- Jak to? Oczywiście, że tak. Od czterdziestu trzech dni, za kilka godzin od czterdziestu czterech. Przez ten czas niczego nie tknąłem, przysięgam.

- Zgoda, od czterdziestu trzech dni nie piłeś i nie ćpałeś, co wcale nie znaczy, że jesteś trzeźwy. Prawda, A

Kiwnęła głową.

- Opowiedz mu o Kentonie Rhodesie - powiedziała.

- O tym właścicielu sieci domów towarowych? - spytałem.

- Nie - odparł George - o jego popieprzonym synalku, następcy tronu. Ma dom w Southampton, niedaleko ciebie.

Pałeczkę przejęła A

- Bo, widzi pan, kiedyś miałam sklep przy Windmill Lane, tu, niedaleko. Stanley Blacker Boutique, tak się nazywał. Sprzedawaliśmy fantastyczne ciuchy westernowe, buty od Tony’ego Lamy...

George nie znosił przynudzania nawet w wykonaniu własnej żony, i natychmiast jej przerwał.

- Chryste, co ma piernik do wiatraka? Kogo obchodzi, co sprzedawaliście albo jakich lokatorów miałem dziewiętnaście lat temu? - Spojrzał na mnie, przewrócił oczami, wziął głęboki oddech, nadymając się do rozmiarów chłodni przemysłowej, i powoli wypuścił powietrze. - No więc A

A

- To był Kenton Rhodes.

- Właśnie - ciągnął George. - To był Kenton Rhodes. A

A

- Co za palant! Tak się bezczelnie uśmiechał, że wybiegłam na ulicę i krzyknęłam: „Powiem ci coś, panie kolego. Nie tylko wgiął mi pan zderzak, ale i zaparkował pan w miejscu dla straży pożarnej! I podarł pan mandat!”.

- Tak się przypadkiem zdarzyło, że właśnie tamtędy przechodziłem. Idę i widzę, że A

- I co zrobiłeś? - spytałem ze śmiechem.

George poruszał wielką głową na grubej jak hydrant szyi.

- Co zrobiłem? Szyba była gruba, z hartowanego szkła, ale zacisnąłem pięść, wziąłem zamach i grzmotnąłem w nią tak mocno, że rozleciała się na tysiąc kawałków. Pięść przeszła na wylot i trafiła go w skroń tak skutecznie, że stracił przytomność i upadł na kolana dziewczyny, wciąż w okularach, tylko teraz już przekrzywionych.

- Aresztowali cię? - spytałem, nie mogąc powstrzymać śmiechu.

- Niezupełnie. Widzisz, dziewczyna zaczęła się drzeć: „O Boże!” - wrzeszczała. - „O mój Boże! Zabiłeś go, ty kretynie!”. Wyskoczyła z samochodu i pobiegła na posterunek. Kilka minut później Rhodes się ocknął, a ona wróciła z gliniarzem, moim dobrym kumplem Pete’em Orlandem. No więc wraca, otwiera drzwi, pomaga Rhodesowi wysiąść, otrzepuje go ze szkła i z mety napadają na Pete’a, żądając, by mnie aresztował. W tej samej chwili ze sklepu wybiega A

Rechotaliśmy z tego przez dobrą minutę i był to mój pierwszy serdeczny - i trzeźwy - śmiech niemal od dziesięciu lat. Szczerze mówiąc, nie pamiętałem nawet, kiedy ostatni raz tak głośno się śmiałem. Z historii tej wypływał oczywisty morał: George, który wówczas dopiero zaczynał się leczyć, był wtedy trzeźwy, a jednocześnie nie był. Przestał pić, ale wciąż zachowywał się jak pijak.

Teraz opanował się w końcu i powiedział:

- Bystry z ciebie chłopak, więc na pewno wyciągniesz z tego odpowiedni wniosek.

- Tak. Wniosek jest taki, że zabicie Maynarda nie byłoby czynem człowieka trzeźwego.

- Właśnie. Możesz o tym myśleć, możesz o tym rozmawiać, a nawet z tego żartować. Ale gdybyś zaczął coś w tym kierunku robić, oznaczałoby to, że daleko ci do prawdziwej trzeźwości. Nie piję od ponad dwudziestu lat, mimo to codzie

- Tak naprawdę to nie chciałem go zabić - odparłem. - Musiałem po prostu trochę pogadać, spuścić parę. - Wzruszyłem ramionami. - Kiedy patrzysz na to z perspektywy czasu, pewnie nie możesz uwierzyć, że mu wtedy przyłożyłeś. Teraz, po dwudziestu latach niepicia, pewnie nadstawiłbyś drugi policzek, co?

George spojrzał na mnie jak na idiotę.

- Żartujesz? Przygrzałbym sukinsynowi nawet po stu!

Znowu wybuchnęliśmy histerycznym śmiechem i śmialiśmy się tak przez całe to cudowne lato 1997 roku, moje pierwsze lato całkowitej trzeźwości. Księżna też, bo zaprzyjaźniliśmy się z George’em i A

Oczywiście Wigwam, Bo