Страница 4 из 12
Pielęgniarka usiłuje podchwycić mój wzrok. Myśli, że ja ciebie, mon pere, męczę. Jak możesz ścierpieć donośne głosy takich nianiek, ich sposób bycia, dobry w pokoju dzieci
4
Piątek, 14 lutego Dzień Świętego Walentego
Ten z psem ma na imię Guillaume, a jego pies – Charly. Wczoraj mi pomagał wnosić sprzęt, dziś rano był pierwszym klientem. Przyszedł z Charlym, przywitał się nieśmiało, tak grzecznie, że aż dwornie.
– Cudownie tu teraz – powiedział. – Prawie całą noc pani pracowała. Roześmiałam się.
– Wszystko inaczej – dodał. – A myślałem, nie wiem dlaczego, że znów będzie piekarnia.
– Co? Żeby psuć interesy biednemu monsieur Poitou? Ale by mi podziękował! I tak ma dość zmartwienia ze swoim lumbago i z tym, że jego żona źle sypia.
Guillaume pochylił się, coś poprawił przy obroży Char-ly'ego, żeby ukryć błysk w oczach, który jednak zobaczyłam.
– Więc już go pani zna.
– Znam. Dałam mu przepis na kleik nase
– Jeżeli podziała, będzie pani wdzięczny do końca życia.
– Podziała – zapewniłam. Wyciągnęłam spod lady różową małą bombonierkę ze srebrnym łukiem walentynki. -Proszę. Prezencik dla pana, mojego pierwszego klienta.
Trochę się przeraził.
– Doprawdy, madame, ja…
– Niech mi pan mówi Yia
Uśmiechnął się i pieczołowicie wciskając to pudełko do kieszeni płaszcza, zapytał:
– Skąd pani wie?
– Och, po prostu mam rozeznanie – zażartowałam. – Zawsze wiem, co kto lubi. Więc niech mi pan wierzy, te są pana ulubione.
Szyld był gotów dopiero w południe. Georges Clair-mont osobiście go zawiesił i wylewnie przepraszał, że tak późno. Szkarłatne okie
Klientki rozglądały się uważnie, chichotały jak pensjonarki, wahały się, upojone swoją zbiorową niesubordynacją.
– I pani sama robi to wszystko? – zapytała Cecile, właścicielka apteki na głównej ulicy.
– Powi
– Nikomu nie powiem – obiecałam. Popatrzyłam na tamtą za oknem, nadal gapiącą się na wystawę. – Znajoma pań nie przyjdzie do nas?
– Och, ona nie jest z nami – odpowiedziała Joline Drou, nauczycielka w miejscowej szkole, o ostrych rysach twarzy. – To Josephine Muscat. – Dodała z litościwą pogardą. – Wątpię, czy wejdzie.
Tamta za szybą, jak gdyby słysząc, zarumieniła się lekko i spuściła głowę. Jedną rękę przyłożyła do nadbrzusza dziwnie obro
Obsłużyłam te panie – biała bombonierka, róża, złota wstążka, dwie papierowe trąbki, różowy łuk walentynki. Wykrzykiwały się, śmiały. Na zewnątrz Josephine Muscat mamrotała, kołysała się, przyciskając pięści do żołądka. Kiedy załatwiałam ostatnią klientkę, uniosła głowę dość wyzywająco i weszła. Obsłużenie ostatniej klientki bardziej mnie zajęło niż usługiwanie jej poprzedniczkom. Madame chciała tylko takie to a takie czekoladki w białej bombonierce zdobnej w kwiaty, wstążki i złote serduszka oraz pustą kartę, bez żadnego nadruku – na co jej towarzyszki wywróciły oczami szelmowsko chi, chi, chi, chi. O mało więc nie przegapiłam chwili wkroczenia Josephine. Duże ręce, o dziwo, okazały się zwi
Dobra robota.
Udawałam, że tego nie zauważyłam. Panie wyszły. Josephine została sama przed ladą. Niby to patrząc na wystawę, przerzuciła nerwowo, ale ostrożnie parę bombonierek. Zamknęłam oczy. Jej myśli, które odbierałam, były złożone, niepokojące. Raptownie przelatywały przez głowę szeregiem obrazów: dym, garść błyskotek, zakrwawiona pięść. Pod tym roztrzęsiony ukryty nurt udręki.
– Madame Muscat, czym mogę służyć? – zapytałam łagodnie. – Czy może pani chce tylko się rozejrzeć?
Mruknęła coś niedosłyszalnie i odwróciła się, żeby wyjść.
– Chyba wiem, co pani lubi. – Sięgnęłam pod ladę, wyciągnęłam taką samą, ale większą srebrzystą paczuszkę, jaką ona zwędziła. Paczuszkę owiązaną białą wstążką z naszytymi maleńkimi żółtymi różyczkami.
Spojrzała na mnie spłoszona. Posunęłam ku niej po ladzie ten prezent.
– Od firmy – powiedziałam. -W porządku. To pani ulubione.
Josephine Muscat odwróciła się i uciekła.
5
Sobota, 15 lutego
Wiem, dzisiaj nie dzień mojej wizyty. Jednak muszę się wypowiedzieć, mon pere. Piekarnia otwarta od wczoraj. Tylko że to nie jest piekarnia. Gdy obudziłem się wczoraj o szóstej rano, osłony były już zdjęte, markiza i okie
La Celeste Praline Chocolaterie Artisanale
Rzecz jasna, to śmieszne. Taki sklep mógłby się podobać w Marsylii czy w Bordeaux – nawet w Agen, gdzie z każdym dniem jest więcej turystów. Ale w Lansquenet-sous-Ta