Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 1 из 12

Joa

Czekolada

Przełożyła Zofia Kierszys

Tytuł oryginału: CHOCOLAT

1

11 lutego Tłusty wtorek

Przywiał nas wiatr zapustów. Wiatr wyjątkowo ciepły w lutym, roznoszący zapachy smażonych na patelni naleśników i kiełbasek i słodkich od cukru pudru wafli na podgrzanym talerzu, wiatr rozrzucający konfetti w powietrzu i przetaczający papierowe kołnierze i mankiety w rynsztoku, wiatr będący jakąś idiotyczną odtrutką na zimę. Daje się wyczuć gorączkowe podniecenie ludzi, którzy tłoczą się z obu stron wąskiej głównej ulicy i wykręcają szyje, żeby zobaczyć pokryty karbowaną bibułką char z rozetami z papieru i pękami powłóczystych wstążek. Anouk patrzy szeroko otwartymi oczami, stojąc pomiędzy torbą do zakupów i smutnym brązowym psem. Nieraz już widywałyśmy, ona i ja, pochody karnawałowe – korowód dwustu pięćdziesięciu udekorowanych wozów w Paryżu w tłusty czwartek zeszłego roku i sto osiemdziesiąt wozów równie wspaniałych w Nowym Jorku i dwa tuziny maszerujących orkiestr w Wiedniu, klownów na szczudłach, Grosses Tetes, chwiejne głowy z papier-mache i majoretki kręcące roziskrzonymi batutami. Ale kiedy ma się sześć lat, świat jeszcze się objawia pełen szczególnego blasku. Drewniany wóz naprędce przystrojony bibułką i pozłotą, a na nim sceny z baśni. Łeb smoka na tarczy, Rapunzel w wełnianej peruce, piernikowy domek Baby-Jagi z lukrowanej i pozłacanej tektury i sama Baba-Jaga w drzwiach, grożąca niedorzecznie zielonymi paznokciami gromadce oniemiałych dzieci… Mając sześć lat, można postrzegać subtelności, które rok później są już niezauważone. Pod powłoką z papier-mache czy plastiku Anouk jeszcze widzi prawdziwą czarownicę, prawdziwe czary. Podnosi wzrok na mnie. Jej niebieskozielone oczy – jak ziemia z lotu ptaka – błyszczą.

– Zostaniemy? Zostaniemy tutaj?

Muszę ją upomnieć, żeby mówiła po francusku.

– Ale czy zostaniemy? Czy tak? – Czepia się mojego rękawa. Jej włosy, skołtunione w podmuchu wiatru, są jak wata cukrowa.

Zastanawiam się. Nie gorzej tu niż gdzie indziej. Lan-squenet-sous-Ta

Kiedy zbliża się ociężale traktor, który ciągnie wóz, duża kobieta w płaszczu w szkocką kratę, o zbolałej kanciastej twarzy chwyta się za ramiona i krzyczy coś w niezbyt dla mnie zrozumiałym miejscowym dialekcie. Na wozie stoi wśród wróżek, syren i chochlików przysadzisty Święty Mikołaj, chociaż to nie jego pora, i agresywnie, prawie niepohamowanie ciska w tłum cukierki. Podstarzały mężczyzna w pilśniowym kapeluszu, a nie w okrągłym berecie popularnym w tym rejonie, podnosi brązowego smutnego psa spomiędzy moich nóg i grzecznie przeprasza spojrzeniem. Ładne szczupłe palce wsuwa w psie kudły. Zwierzę skomli. Na twarzy jego pana maluje się czułość, niepokój, poczucie winy.

Nikt tutaj na nas nie patrzy. Równie dobrze mogłybyśmy być niewidzialne, a przecież nasz wygląd świadczy, że jesteśmy tu tylko przejazdem. Ci ludzie są grzeczni, nikt się na nas nie gapi – na kobietę z długimi włosami wsuniętymi pod kołnierz pomarańczowej kurtki i w długim jedwabnym szaliku trzepoczącym wokół szyi i na dziecko w żółtych, wysokich nad kolana butach i niebieskim jak niebo nieprzemakalnym płaszczyku. Nasz koloryt, nasze ubranie – tutaj egzotyczne, nasze twarze – może za blade, może za śniade – nasze włosy świadczą, że jesteśmy i

– Na wczasach, madame? – Małomiasteczkowa etykieta pozwala mu zagadnąć. Pod jego obojętnością handlowca widzę rzeczywisty głód wiadomości. Wiedza jest tutaj walutą, Agen i Montauban są tak blisko, że turyści rzadko tu zaglądają.

– Chwilowo.

– Więc z Paryża? – mówi, oceniając po ubraniu. Na tej krzykliwej wsi ludzie są bezbarwni. Kolor to luksus, źle wygląda. Jaskrawe kwiaty przydrożne to chwasty nachalne i bezużyteczne.

– Nie, nie. Nie z Paryża.

Char już dojechał prawie do końca ulicy. Mała orkiestra – dwie piszczałki, dwie trąbki, puzon i bęben – idąc za wozem, gra nie wiadomo jakiego marsza. Za orkiestrą gromada dzieci zbiera z bruku niewyłapane cukierki. Niejedno z nich jest w przebraniu. Czerwony Kapturek i coś kudłatego – wilk – kłócą się po koleżeńsku.

Tyły zamyka jakaś czarna postać. W pierwszej chwili myślę, że należy do parady – Doktor Plaga, być może, ale potem rozpoznaję staromodną suta

Lansquenet-sous-Ta

_ Zostaniemy? Maman, zostaniemy? – Anouk natarczywie ciągnie mnie za rękaw. – Mnie się tu podoba. Zostaniemy?

Biorę ją w objęcia i całuję w czubek głowy. Pachnie dymem, smażonymi naleśnikami i ciepłą pościelą w zimowy poranek.

– Czemuż by nie? Tu nie gorzej niż gdzie indziej.

– Tak, oczywiście – mówię w jej włosy – zostaniemy. – To niezupełnie kłamstwo. Tym razem to może nawet prawda.

Karnawałowa parada się skończyła. Raz w roku ta wieś jaśnieje przelotnym blaskiem, ale teraz ciepło zmieniło się w chłód, ludzie się rozchodzą. Przekupnie pakują swoje markizy i gorące półmiski, dzieci wyrzucają papierowe stroje i ozdoby. Przeważa nastrój zakłopotania, zawstydzenia po nadmiarze hałasu i kolorów. Podobnie latem ustaje deszcz, wsiąka poprzez spieczone kamienie w spękaną ziemię, prawie nie zostawiając śladu. W dwie godziny później Lansquenet-sous-Ta