Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 2 из 12

W nasz pierwszy tu wieczór nie mamy elektryczności, za to jest gaz. Zapalam świecę. Smażę dla Anouk naleśniki i jemy przy kominku. Za talerze służą nam stronice starego magazynu, bo dopiero jutro będą mogli nam dostarczyć rzeczy. Ten lokal sklepowy był niegdyś piekarnią i jeszcze widać wyrzeźbiony nad wąskimi drzwiami kłos zboża. Podłogę pokrywa mączny pył i wchodząc, musiałyśmy przejść przez zaspę reklam dostarczonych przez pocztę. Przyzwyczajona jestem do cen miejskich, tutaj dzierżawa wydaje mi się śmiesznie tania, chociaż i tak zauważyłam bystre, podejrzliwe spojrzenie kobiety w agencji, kiedy odliczałam banknoty. Umowę dzierżawną podpisałam jako Yia

Ze świecą zwiedzamy nasze nowe terytorium. Stwierdzam, że stare piece pod warstwą tłuszczu i sadzy pozostają w zdumiewająco dobrym stanie. Na ścianach znajduje się sosnowa boazeria, podłogi są z glinianych kafli. W pokoju na zapleczu Anouk znalazła starą markizę, więc ją stamtąd wyciągamy. Spod wyblakłego płótna rozbiegają się pająki. Mieszkanie nad sklepem to dwa pokoje z łazienką i niedorzecznie maleńkim balkonikiem, który zdobi skrzynka z terakoty i w niej uschnięte geranium.

Anouk się krzywi.

– Tu bardzo ciemno, maman – mówi chyba zalękniona, niepewna w obliczu takiego zapuszczenia. – I pachnie smutno.

Ma rację. Ten zapach jest jak światło dzie

– Czy musimy spać tutaj? – pyta. – Pantoufle'owi się nie podoba. On się boi.

Uśmiecham się i całuję ją w złocisty, wydłużony powagą policzek.

– Pantoufle nam pomoże.

Zapalamy świece, żeby paliły się w każdym pomieszczeniu: złotą, czerwoną, białą i pomarańczową. Ja wolę sama robić moje kadzidlane, ale kiedy ich nie mam, te kupne ostatecznie się nadają, rozsnuwają woń lawendy, cedru, palczatki kosmatej. Potem chodzimy po całym domu, każda ze świecą w ręce. Anouk ma trąbkę, więc trąbi, ja potrząsam starym rondlem, w którym grzechocze metalowa łyżka, i wykrzykujemy, śpiewamy wniebogłosy:

– Precz! Precz! Precz!

Aż ściany się trzęsą, oburzone duchy uciekają, zostaje po nich tylko słaby zapaszek spalenizny i sporo odpadającego tynku. Patrz poza te ściany spękane, sczerniałe, poza ten smutek rzeczy porzuconych i zacznij widzieć nikłe zarysy, taki obraz, jaki ma się w oczach jeszcze przez chwilę po iskrzeniu się sztucznych ogni. No i proszę, ściana już olśniewa farbą złocistą, dość nędzny fotel nabiera triumfalnie koloru pomarańczy, stara markiza nagle ukazuje spod brudu i kurzu łunę swoich kolorów.

– Precz! Precz! Precz!

Anouk i Pantoufle tupią i śpiewają, nikłe obrazy są coraz ostrzejsze – czerwony stołek przy obitej winylem ladzie, sznur dzwonków wzdłuż drzwi wejściowych. Oczywiście wiem, że to tylko zabawa dla uspokojenia przerażonego dziecka. Trzeba tu ciężko popracować, zanim cokolwiek z tego się urzeczywistni. A jednak wystarcza bodaj chwilowe wrażenie, że ten dom wita nas miło, tak jak my go witamy. Chleb i sól na progu, żeby udobruchać mieszkające tu bogi, drewno sandałowe na poduszeczce, żeby osłodzić nasze sny.

Potem Anouk mi mówi, że Pantoufle już się nie boi, zatem wszystko w porządku.

Kładziemy się razem na białym od mąki materacu i śpimy ubrane przy wszystkich palących się świecach, a kiedy się budzimy, jest już poranek.

2

12 lutego Środa popielcowa

Rzeczywiście obudziły nas dzwony. Niezupełnie zdawałam sobie sprawę, że jesteśmy tak blisko kościoła, dopóki nie usłyszałam grzmiącego dummm i zaraz melodii dzwonów fla-di-dadi.

Dummm fla-di-dadi-dumm.

Spojrzałam na zegarek. Szósta. Zza połamanych okie

Potem nawet nikt nie spojrzał na moje okna, chociaż naliczyłam sześćdziesiąt głów – w beretach, chustkach, kapeluszach nasuniętych głęboko, żeby ich nie zerwał niewidzialny wiatr. Nikt nie spojrzał, a przecież wyczuwałam ciekawość w ich sztucznej obojętności. Mamy ważne sprawy do przemyślenia, mówiły pochylone głowy i zgarbione ramiona. Nogi uparcie niosły ich po kocich łbach jak nogi dzieci, kiedy idą do szkoły. Nie moja rzecz, oczywiście. Ale pomyślałam, że jeśli gdzieś potrzeba trochę czarów, to właśnie… Stare nawyki nigdy nie zanikają. Kto raz zajmował się spełnianiem pragnień, nigdy nie będzie całkowicie wolny od takich odruchów. W dodatku ten wiatr, ten wiatr zapustów jeszcze dmucha, niosąc ze sobą słaby zapach tłuszczu i waty cukrowej, i prochu, i gorące mocne zapachy przełomu, sprawiając, że dłonie swędzą, serce bije szybciej.

Na jakiś czas więc zostaniemy. Na jakiś czas. Dopóki nie zmieni się kierunek wiatru.

W sklepie z towarami mieszanymi kupiłyśmy farbę, pędzle, wałki, mydło i wiadra. Zaczęłyśmy od góry. Zdzierałyśmy firanki, wyrzucałyśmy zepsute wyposażenie na rosnącą stertę w maleńkim ogródku na tyłach domu, myłyśmy podłogi i wąskie, brudne od sadzy schody, aż fala potopu je zalewała i kilka razy przemokłyśmy do suchej nitki. Szczoteczka do szorowania Anouk stała się łodzią podwodną, moja szczotka – tankowcem, i puszczałyśmy po schodach do sieni mydlane torpedy. W tym zamęcie usłyszałam brzęk dzwonka. Zapracowana, ze szczotką w jednej ręce i mydłem w drugiej, podniosłam wzrok i ujrzałam wysoką postać księdza. A zastanawiałam się, jak długo będzie zwlekał, zanim przyjdzie. Teraz patrzył na nas z uśmiechem. Z uśmiechem władczym, oględnym, przychylnym. Pan dziedzic wita wieśniaków przybyłych nie w porę. Czułam, że świetnie widzi mój mokry brudny kombinezon, włosy związane czerwonym szalikiem, bose stopy w ociekających sandałach.

– Dzień dobry. – Rzeczułka pomyj zmierzała do jego wypucowanego buta. Spuścił oczy na swoje obuwie, po czym znów spojrzał na mnie. – Francis Reynaud – przedstawił się, odstępując nieznacznie na bok. – Curetej parafii.

Parsknęłam śmiechem. Nie zdołałam się powstrzymać.

– To dopiero – powiedziałam złośliwie. – Myślałam, że ksiądz był przebrany na paradę. Grzecznie się roześmiał.

– Che-che-che.

Wyciągnęłam do niego rękę w żółtej plastikowej rękawiczce.

– Yia

Ze schodów dolatywały mydlane eksplozje i odgłosy szamotaniny Anouk z Pantoufle'em. Dotarło do mnie jednak, że ksiądz czeka na szczegóły o panu Rocher. O ileż łatwiej mieć wszystko urzędowo na papierze, niż nieprzyjemnie mętnie o tym rozmawiać…