Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 84 из 95

Przed nimi był San, lasy, pola i coraz wyższe wzgórza, a daleko, prawie na widnokręgu, wznosiły się góry przemyskie i sanockie skrywające daleki Beskid i Bieszczad, połoniny, szczyty, przełęcze, potoki i doliny.

Jacek Dydyński wyrwał sznur z ust Konstancji, przeciął jej więzy zdobycznym kindżałem. Dziewczyna usiadła, roztarła zdrętwiałe ręce, wstrząsnęła głową i odwróciła się od Jacka.

– Odeszła ci już cholera? – zapytał. – Czy mam ci jeszcze krew puścić?

Milczała.

– Już wszystko zakończone, mościa pa

– A co ty byś uczynił na moim miejscu?! – prychnęła. – Ta kurewnica znęcała się nade mną w więzieniu. Z szat odzierała, kazała dworkom chłostać, trzymała w ciemnicy, nasyłała hajduków. Obiecywała, że w trumnie w ziemi zakopie.

– Już dobrze, Kostusiu – powiedział cicho. – Wszystko teraz się ułoży.

Nie wiedzieć kiedy objął ją i pocałował. Zwarli się w uściskach na wozie obciążonym łupami tak bardzo, że zostawiał po sobie bruzdy głębokie jak artyleryjski jaszcz wyładowany kulami. Ucałowali się mocno i namiętnie na tle łuny płonącego zamku Diabła, wciąż mając w uszach krzyki mordowanych, palonych żywcem, jęki ra

Aż wreszcie legli na wozie, wolni i szczęśliwi. Upadli na łupy, złoto i skarby wydarte ogniem, żelazem i fortelem Diabłu Stadnickiemu. Legli na futra sobolowe, wilcze i rysie, na skóry kunie i tygrysie, na których jeszcze nie do końca zakrzepła ludzka krew. Leżeli obok siebie, a potem pan stolnikowic wolno objął dziewczynę, rozpiął dwa guzy, które pozostały na jej żupanie po szamotaninie z A

Stolnikowic zdjął kołpak, odpiął pas z szablą, pozbył się butów, a potem przygarnął Konstancję do siebie, utulił w ramionach, ucałował, pieścił, aż dyszała niczym rozgrzana klacz po biegu; wreszcie legł na niej, objąwszy ramionami.

I uczyniło się między nimi to, czego nigdy i nijak jeszcze nie zdołało opisać męskie pióro w taki sposób, aby zadowolić czytające tenże opis niewiasty. Wszelako nadmienić warto, iż z kolei żadnej kobiecie nie udało się jeszcze wyrazić piórem tego, co powi

A działo się dużo i namiętnie. Kolasa była nakryta pałubami, jednakże wszyscy domyślali się, co się święci. Najbardziej zainteresowany był kozak Szawiłła, który przyłożył nawet ucho do płótna, póki nie odgonili go Mikołaj i Zygmunt Dydyńscy.

Stolnikowic i Konstancja miłowali się tedy we krwi i pragnieniu. Na skórach, na ormiankach i ordynkach w pochwach nabijanych turkusami. Na kolczykach wyrwanych z uszu pań z fraucymeru Stadnickiej, na napierśniku sadzonym diamentami, za który Dydyński zarąbał dwóch sabatów i sługę łańcuckiego. I nade wszystko na złotych monetach ze skarbu Diabła. Tam, pod gorącym tyłeczkiem Konstancji, spoczywały zlepione zaschniętą krwią szóstaki, orty i portugały, złote floreny ozdobione jak na ironię znakiem niewi

* * *

Ślub Konstancji i Jacka wyznaczony był na dzień 21 czerwca roku Pańskiego 1608, w sobotę. Dwerniccy czekali na tę ceremonię już od świtu. Wieś była umajona zielskiem i kwiatami, Konstancja przystrojona w najlepsze suknie porabowane na zamku w Łańcucie, a do kolasy zaprzężono sześć siwych woźników. Przybył ksiądz, zjechali się liczni goście. I tylko pana młodego nie było.

Czekali na niego aż do południa. Chodziły słuchy, że Jacek Dydyński wyjechał z Sanoka, że jest w drodze, potem że pije w Hoczwi, w końcu że stanie w Dwernikach lada godzina.

Tymczasem minęło południe i nic. Zaczął się popołudniowy skwar, słońce chyliło się ku zachodowi, a Dydyńskiego jak nie było, tak nie ma.

Aż wreszcie po pewnym czasie na trakcie załomotały końskie kopyta. Przyjechał pan Andrzej Ligęza z czeladzią i pocztem. Zeskoczył z konia, przyszedł do kościółka, pokłonił się zebranym z wielce nietęgą miną i wydobył list.

A potem przeczytał, co następuje:

Jaśnie Wielmożna Pa

Piszę do Waszmość Mości Pa

Nadmienię takoż, że WMMPa

– Zdrajca Dydyński! – krzyknęła Konstancja, nie czekając końca listu. – Ty nie wrócisz! Bo jak tu przyjedziesz, to cię własnymi rękoma zabiję!

Nie słuchała tego, co czytał dalej Ligęza. Wyrwała mu pismo z ręki, porwała na drobne kawałki, zrzuciła z głowy wianek, a potem zakrzyknęła do czeladzi:

– Konia!

Nikt nie śmiał jej się sprzeciwić.

* * *

Tymczasem pan Dydyński był już daleko za Lwowem. Jechał ze zbrojnym pocztem sług, w towarzystwie Szawiłły i Samuela Dwernickiego razem z panem Romanem Narymuntowiczem Różyńskim.

– Panie bracie – rzekł Różyński, wskazując buławą tam, gdzie wschodziło słońce – wielce rad jestem, że waszmość pan z nami wyruszasz. Sam nawet nie wiesz, mości Dydyński, jakie bogactwa w Moskwie czekają! Toż tam tylko iść i brać – dziewki, mołodycie, zamki, miasta, warowne grody, talary, ruble, cerkwie i bramy z kopułami szczerozłotymi! Wszystko to będzie nasze!