Страница 1 из 95
Jacek Komuda
Diabeł Łańcucki
2007
Lepiej nie żyć, niż szlachcicem nie być
Lepiej szlachcicem nie być, niż wolności odstąpić.
Stanisław Stadnicki zwany Diabłem Łańcuckim
Rozdział I
Prawem i Lewem
Wilczyca w klasztorze ● Monachomachia u świętej Barbary ● Krwawy pątnik ● Niespodziewana odsiecz ● Jacek nad Jackami ● Bracia Dydyńscy ● Ich przygody i awantury w Tyczynie ● Jak smakuje pozew ● Zwada z Przecławem
W klasztorze Ojców Bernardynów w Przeworsku rozdźwięczały się dzwony na tercję. Niski, głęboki dźwięk dobywający się ze spiżowych czasz niósł się daleko nad krytymi gontem dachami domów, nad wieżycami bram Łańcuckiej, Kańczuckiej i Czabarskiej. Rozbrzmiewał na rynku, gdzie u stóp ratusza, między jatkami i chlebowymi ławami, kłębił się różnokolorowy tłum pospólstwa. Był pierwszy poniedziałek po Święcie Narodzenia Maryi Pa
Było piękne, ciepłe przedpołudnie. Złota polska jesień pachnąca miodem z barci i dymem z pasterskich ognisk na połoninach rozlała się szeroko po brunatnych polach; wsiąkła w mgły i tumany nad ścierniskami, w łąki, gaje i dąbrowy okryte złotym listowiem. Bracia bernardyni śpieszyli do kościoła na mszę. Postacie w brązowych habitach przemykały między krzakami róży, bzu i jaśminu w klasztornym wirydarzu, powoli wyłaniały się z krużganków i dormitorium. Mnisi zbierali się u ciężkich dębowych wrót prowadzących do kościoła Świętej Barbary, chcąc gromadnie wkroczyć do głównej nawy, pozdrawiali się w mowie znaków, żegnali, mruczeli modlitwy. Słońce przygrzewało, rozświetlało stare, sklepione krużganki obrośnięte dzikim winem aż po dach okryty poczerniałym gontem.
I wtedy ogromna brama wirydarza rozleciała się na kawałki. Huk wstrząsnął budynkami klasztoru; z dachu dormitorium posypały się dachówki, a z poczerniałych sterczyn kościoła zerwało się z łopotem stado białych gołębi. Podmuch eksplozji wyrzucił w górę wyłamane deski, potrzaskane bale, rozwarł oba skrzydła wrót, sypnął zako
Najeźdźcy skoczyli ko
– Cóż to ma znaczyć, bracia? – zagrzmiał brat Błażej, najmniej bojaźliwy ze zgromadzenia, bowiem zanim przyjął zako
– Stul gębę, klecho! – huknął posiwiały szlachcic w kolczudze i poszczerbionym szyszaku. Część braciszków od razu rozpoznała w nim pana Atanazego Toporowskiego, swawolnika i warchoła, który dla fantazji zwykł tytułować się „panem rotmistrzem”, choć w wojsku kwarcianym nie dosłużył się nawet namiestnika w najpodlejszej chorągwi wołoskiej. – Ty się lepiej módl o zdrowie. – Pan Atanazy splunął na grządki. – Nie przyjechaliśmy tu na różańce!
– Dość gadania!
Z gromady szlachty wyjechał młody szlachcic na siwym rumaku. Pysk konia opięty był złotą tranzelką z forgą i pióropuszem pawich piór osadzonych w trzęsieniu nabijanym perłami, grzbiet zaś nakryty wzorzystym tureckim czaprakiem. Długą grzywę miał zaplecioną w warkocze.
Brat Błażej zerknął na jeźdźca i zrozumiał, że się pomylił. W kulbace nie zasiadał młody panicz, ale pa
Przed mnichami stała pa
– Nadstawcie uszu, popy! – warknęła Wilczyca. – My tu nie po odpusty, nie z datkiem, tedy dwa razy nie będę strzępiła języka. Przysyła mnie pan starosta zygwulski względem bakszyszu, którego wasz klasztor nie zapłacił.
– To zajazd! Gwałt! – zahuczał brat Błażej. – To jest Dom Boży, którego spokój waćpa
– Tu jest miasto i klasztor Jaśnie Oświeconej księżniczki Zofii Ostrogskiej, a nie folwark pana starosty zygwulskiego! – zakrzyknął Bazyli. – My pod książęcą opieką!
Łahodowska dała koniowi ostrogi tak mocno, że rumak skoczył w tłum zako
– Pani Zosieńka Ostrogska daleko – rzekła szyderczo Łahodowska – a pan starosta blisko, zaraz za miedzą. I dlatego radzę go wysłuchać, a na księżniczkę Zosieńkę, wieczną dziewicę, nie zważać. Panu staroście krzywda się dzieje z waszej sprawy! Kto brał drzewo z lasów pod Rakszawą? Wy! Kto przesuwał kamienie graniczne? Wy! To teraz płaćcie bakszysz. Świętemu Franciszkowi nie trzeba talarów w przeorskiej skrzyni! On żył z ptaków i datków, z ludzkiej litości, a nie z obdzierania sąsiadów!
– To wszystko podłe kłamstwa! – rzucił brat Atanazy, klucznik. – Nikt z nas nigdy nie splamił się kradzieżą!