Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 82 из 95

Podniósł się ryk i wrzask, gdy wrota stanęły otworem. Opalińczycy rzucili się do przepastnego wnętrza bramy, wypadli na dziedziniec, gdzie powitał ich grad kul, dym wystrzałów, deszcz ołowiu uderzył wprost w piersi i twarze. Tłum zakłębił się, zawył w paroksyzmie boleści jak dzikie zwierzę.

– Na górę! Brać zamek! – zakrzyknął Dydyński, który pierwszy zeskoczył z konia, zostawił go pod opieką czeladzi, a teraz wskazał szablą galerię, gdzie w dębowych sobotach zasadzili się hajducy z rusznicami.

Wnet cały tłum rzucił się na schody. Nikt nie stawił im oporu. Opalińczycy wpadli na piętro, wyrżnęli hajduków, a potem wpadli hurmem do zamkowych komnat. Kozacy, hajducy i szlachta parli naprzód, rąbiąc, kłując, strzelając, depcząc po trupach i ra

Dydyński był w pierwszych szeregach atakujących. Zbryzgany krwią, z braćmi pilnującymi mu pleców przebiegał zamkowe komnaty, rozdając śmierć na lewo i prawo, rąbiąc służbę i uciekających niedobitych sabatów. Pędził właśnie przez galerię, gdy tuż przed nim padł strzał, a jeden z hajduków zwalił się na posadzkę z roztrzaskaną głową. Stolnikowic skręcił w bok, przyskoczył do zabarykadowanych okutych drzwi, gdzie przez dziurę wystawały lufy rusznic i pistoletów, szarpnął za klamkę i skinął na Mikołaja.

– Wyważać!

Dwerniccy wnet rzucili się po czekany i siekiery, skoczyli do wrót i jęli rąbać je z zaciekłością, wspierani przez kozaków Opalińskiego. Wnet przypadł do nich Berynda z długim żelaznym drągiem. Wraz z Mikołajem wbili go w szczelinę u dołu, podważyli, wyłamali furtę do wewnątrz.

Z komnaty prosto w ich twarze huknęły strzały. Dwóch hajduków runęło na ziemię we krwi, Berynda zwalił się z przestrzeloną nogą, zaryczał z wściekłości.

– Naprzód! – krzyknął. – Zostawcie mnie. Brać ich!

Dydyński wpadł pierwszy. Za nim wskoczyli Samuel i reszta braci, potem hajducy i elearzy Opalińskiego. Stolnikowic nie bawił się w żadne pojedynki. Zmiótł potężnym ciosem pierwszego z pachołków Diabła, drugiemu zblokował broń, ciął nyżkiem w pachwinę, trzeciemu rozrąbał łeb i pół gęby zwodniczym cięciem. Mikołaj i Zygmunt zajęli się resztą. Dydyński skoczył w kąt, gdzie przy gdańskim, malowanym piecu kuliła się niewiasta o dumnych, posępnych oczach, ochraniana przez starego, siwiuteńkiego jak gołąb sługę dzierżącego w pokrzywionych rękach szablę i nabity pistolet. Za plecami niewiasty kuliło się czworo dzieci – młodziutka dziewczyna i trzech wyrostków usiłujących pokryć strach marsowymi minami.

Jacek nad Jackami poznał kobietę od razu. To była A

– Panie Dydyński! Mości stolnikowicu! – krzyknęła rozpaczliwie, widząc znajomą twarz między hultajstwem. – Ratuj nas, waszmość! Bywałeś w tym domu gościem... Pomocy! Miłosierdzia!

Jacek nad Jackami skoczył do Stadnickich, a wówczas stary sługa podniósł rękę z pistoletem. Stolnikowic był szybszy, podbił mu dłoń, a wystrzał huknął mu nad uchem, osmalił łeb, utrącił pióro u kołpaka. Jacek ciął szablą wrąb, rozwalił starcowi łeb, poprawił włęg, rozchlastał brzuch, posłał na zakrwawione kobierce i dywany.

Nie zdążył dopaść A

Dydyński przyłożył pierwszemu w łeb szablą, drugiego odtrącił kopniakiem. Hajducy ryknęli z wściekłości, ich kompani podbiegli bliżej z uniesionymi szablami, a wówczas Dwerniccy i Dydyńscy zastąpili im drogę.

– Wara! – krzyknął Dydyński. – Fora na dziedziniec, czubaryki! Do dziewek koperczaki smalić! Ci jeńcy są moi!

Hajducy nie ruszyli się z miejsc. Dydyński odwrócił się do Stadnickiej.

– Nie bój się, pani dobrodziejko – rzekł – nic do waszmość pani i dzieci nie mam, jeno do waszego męża.

– Ale ja mam! – syknęła Konstancja.

I zanim rzekłbyś: „O rety!”, rzuciła się na Stadnicką jak wygłodniała lwica. Jednym ruchem zajechała ją pięścią w głowę, porwała za suknię, poszarpała, złapała za włosy, walnęła w twarz z drugiej strony, popchnęła na kominek. Stadnicka nie pozostała jej dłużna – kopnęła Dwernicką z całej siły, chwyciła za szyję, poczęła krzyczeć, drapać. Obie baby tłukły się i biły jak rozwścieczone kocice w marcu.

– Ty przechodzona kurewnico! – krzyknęła Konstancja. – Ty mineciaro szankrowata! Kurwo, ruchawico ze szkockiego regimentu! Już ja ci dam mnie w trumnie zamykać, z sukien w celi obdzierać! Małpo chędożona ty!

Stadnicka zdzieliła ją w łeb, wpiła się palcami we włosy. A wówczas Konstancja kopnęła ją w brzuch, zwaliła na podłogę. Obydwie baby poczęły krzyczeć, bić się, gryźć z zaciekłością, okładać pięściami, rwać suknie, wyrywać garściami włosy.

– Ty niedojeżdżona gamratko – warknęła Stadnicka – ty kurewniczko godmiszami chlastana! Bikso w kusicę jebana!

To uratowało Dydyńskich od bratobójczej bitki z ludźmi Opalińskiego. Hajducy, którzy już brali się do szabel, zarechotali głośno. Po chwili śmieli się już wszyscy – zarówno Dwerniccy, jak i Dydyńscy, elearzy, hajducy i kozacy. Śmieli się nawet, aczkolwiek z charkotem, ra

– To ci dopiero baba! – weselił się Mikołaj. – Będziesz miał, bracie, żonkę jak rzepę. Jak się za lada szynkareczką obejrzysz, rzyć ci żywcem wyrwie!

Dydyński pomyślał sobie w tej chwili, że w sumie wcale nie tak spieszno mu do ożenku.

– Rozdzielić je! – rozkazał. – Stadnicką weźcie pod ochronę i odstawcie do starosty Opalińskiego. A Konstancję wziąć na arkan, przytroczyć do konia. Jakby krzyczała, zatkajcie jej gębę!

– Jak rozkaz, to rozkaz!

Wkrótce rozdzielono obie bojowe niewiasty. Stadnicka była pogryziona, Konstancja posiniaczona. A

– Za mną! – zakomenderował Dydyński.

Wyszli z komnaty, choć już nie było po co. Walka była skończona, załoga zamkowa wybita, służba i czeladź ra