Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 79 из 95

– Zdrada! – krzyknął Opaliński. – Formować tabor! Do wozów, mości panowie! Do bro...

Nim zdążył domówić tych słów, armaty Stadnickiego przemówiły ogniem, rozpoczynając krwawą orację. Najpierw zaintonowały bojową pieśń falkonety, potem odśpiewały Te Deum łańcuckie śmigownice, na końcu zaś zagrały staroście leżajskiemu na pohybel czechliki, zduski, sokoliki i słowiki.

W jednej chwili piekło otwarło się w taborze. Kule wpadły z impetem w szeregi maszerujących elearów i hajduków, żłobiąc w nich krwawe bruzdy, kładąc ludzi pokotem, wyrzucając w górę zmasakrowane ciała. Lekkie kolasy i skarbne wozy na prawym skrzydle poszły w drzazgi, gdy wystrzały zmiażdżyły ich osie, złamały orczyce, koła, deski, zmiotły pałuby, zdruzgotały drewniane burty, zabijając konie i wyrywając okrutne szczerby w równym szyku.

Działom zawtórowały hakownice i kobyły, arkebuzy, rusznice sabatów, półhaki i pistolety. Świszczące kule przeorały zwichrzone szeregi żołnierzy Opalińskiego, położyły mostem hajduków i kozaków. Szyk rozpadł się w jednej chwili, zmienił w jedno wielkie kłębowisko, w którym wierzgały i rżały z przerażenia konie, wrzeszczeli ludzie, jęczeli ra

Brzezina, krzaki i wykroty pokryte szarymi prochowymi dymami zaroiły się od ludzkich sylwetek. Spoza oparów wypadli ko

– I na co ci przyszło, Opaliński! – zagrzmiał Diabeł Łańcucki z wysokości końskiego grzbietu. – Nie było ci się ostać pokojowym królewskim? Szablę byś za sodomczykiem Zygmuntem nosił, przyodziewek miał zacny i talara co roku. Na co ci było sługi moje kijami bijać, kości im łamać, najeżdżać dom mój poczciwy? Po coś odpowiedzi przysyłał, wsie łupił, chłopów zabijał, wozy moje z winem na Świńczy i Trzcia

– Konie – wymamrotał z lekkim niepokojem Zegart, który ciągle spuchnięty był od ukąszeń mrówek. – Jazda sroga, proszę jaśnie wielmożnego pana.

– Sprawdź, czy aby nie Amazonki! – zarechotał Stadnicki. – Pewnie od króla w sukurs Opalińskiemu przysłane.

Ziemia zadrżała mocniej. Przez brzęk stali, ochrypłe wrzaski walczących, huk strzałów i rżenie koni przebił się narastający łoskot kopyt. Stadnicki zerknął na Rożniatowskiego, a Rożniatowski na Zegarta. Coś tu się nie zgadzało.

– Posłaliście po semenów do Łańcuta? – zagrzmiał Diabeł. – Albo po czeladź do Kańczugi?

Słudzy pokręcili głowami. A grzmot kopyt narastał, brzmiał coraz mocniej, coraz natarczywiej.

W kilka chwil później na wzgórzach od południa, od strony Kraczkowej, pojawił się las włóczni i rohatyn, końskich łbów i uzbrojonych po zęby jeźdźców, zwieńczony ogromną żółto-błękitną chorągwią z półksiężycem i strzałą ustawioną pomiędzy dwoma gwiazdami. Jeźdźcy zbliżali się, wjeżdżali na wzgórze, formowali trzy rzędy, szybko, sprawnie, całkiem jak chorągiew kwarciana albo powiatowa...

Rożniatowski porwał za perspektywę, podniósł ją do oka, a potem zbladł, zadygotał.

– Jezus Maria! Dydyński!

– Przecież on nie żyje! – zakrzyknął Stadnicki. – Jak to? Co to? Zdrada! Boże wszechmocny!

Chorągiew wjechała na wzgórze. Była wspaniała, solidnie okryta – składała się ni mniej, ni więcej, tylko z trzystu ko

Diabeł Łańcucki spoglądał na wzgórze rozdygotanym wzrokiem. Teraz zaczynał rozumieć wszystko, poznawać niektóre gęby i oblicza. Twarze i sylwetki drobnej szlachty z Sanoka, od Bieszczadu, z doliny Sanu, spod Lwowa, Halicza, Przemyśla, ze słomianych zaścianków, z krzywych dworków, chałup i chyż. Tych wszystkich Dobrzańskich, Łodzińskch, Berezowskich, Chocimirskich, Bilińskich, Bandrowskich, Dębickich, Horodyskich, Krynickich, Łuckich, Konieckich, Drohomireckich, Czajkowskich, Żukotyńskich, Uruskich, Wysoczańskich i wielu, wielu i

Stadnicki nie uwierzyłby, gdyby ktoś mu powiedział, że to nikt i

– Zdrada! – ryknął Stadnicki, a potem chwycił Rożniatowskiego za żupan i potrząsnął. – Róbcie coś, do kroćset! Dydyński szlachtę przeciw mnie uzbroił! Hołotę sanocką przyprowadził! Diabeł mu chyba dał konie i prochy!

– Ramułt nas sprzedał. – Zegart wskazał kolejne gromady ko

Stadnicki złapał się za głowę.

– Jak to?! – zawył. – Jak to się stało?

* * *

– Ot i prosto – rzekł Dydyński. – Przestańcie służyć Diabłu, mości panie Ramułt. Przestańcie na jego rozkazy się stawiać!

– Służymy mu po niewoli, nie z chęci – mruknął szlachcic. – Jak mu nie damy zbrojnej asysty, to ziemia i niebo z naszych folwarków zostanie.

– A jak zwycięży, to was w tatarską niewolę zaprzeda!

– Jak to? Co też waszmość pan gadasz?

– Nie ja tak gadam, ale pohańskie pisma! Czytajcie, panie bracie – oto jest tłumaczenie dokumentu poświadczone przez Żyda ze Stefkowej. Stadnicki porwał szlachciców dobrych, panów Dwernickich, i oddał w niewolę Tatarom, aby samemu odzyskać wolność.

Ramułt przeczytał. A potem zbladł.

– Ja... Jak to... – wybełkotał. – Stadnicki uczynił tak straszną rzecz? Zdrada! Hańba!

– Wreszcie rzekłeś waść coś z sensem. Będziecie go po tym wszystkim słuchać? Będziecie szable na usługi oddawać?

Ramułt porwał za ordynkę. Wyszarpnął ją z pochwy.

– Idziemy z wami!

* * *

Jarłyk z Kały! – rozdarł się Stadnicki. – On zdobył pakta z Urum murzą... Jezu Chryste... Zegart! A mówiłeś, że bezpiecznie schowane... Zegart, psi synu! Gdzie ty jesteś?!