Страница 78 из 95
Była nadzwyczaj trudna do powtórzenia.
Hryń Kardasz spadł na sam dół wieży. Jego ciało wyrżnęło z impetem o ziemię, zadygotało. Żył jeszcze, próbował powstać na nogi, dźwigał się z wolna na kolana.
Dydyński puścił prawą ręką zbawczą rękojeść kindżału. Zakołysał się, zachybotał, aż wreszcie chwycił poprzecznej belki. Stęknąwszy, przeniósł tam ciężar ciała, zawisł, podciągnął się z trudem, a potem wywindował na deski. Od razu spojrzał w dół, na zakrwawione, dygocące ciało charakternika.
Stolnikowic nie czekał, aż Kardasz wróci po niego na górę. Skoczył na ostatnie piętro, wpadł na dębowy próg i przeciął pałaszem wroga wszystkie liny podtrzymujące dzwon Dziaduskiego. Ogromna czasza fundowana przez przemyskiego biskupa, pogromcę heretyków i apostatów, poleciała w dół, odbiła się z brzękiem od spiżowych cielsk swych mniejszych braci i ze strasznym hukiem, z brzękiem pękającego spiżu, wbiła w drewnianą podłogę pokryte krwią ciało Hrynia Kardasza.
Dydyński pokiwał smutno głową. Dopiero teraz nabrał pewności, że Diabeł z Dwernik nigdy już nie wstanie.
* * *
Kiedy było już po wszystkim, pan stolnikowic złożył na schodach bezwładne ciało omdlałej Konstancji. Ogromny tłum mieszczan, chłopów i czeladzi zgromadził się przed katedrą. Dydyński oparł głowę dziewczyny na ramieniu, ostrożnie sprawdził puls, po czym ulga odmalowała się na jego obliczu.
– Kostusiu! Ty żyjesz? – jęknął. – Żyjesz po tym wszystkim. Zbudź się, proszę, najmilsza.
A potem wybuchnął płaczem i porwał dziewczynę w ramiona. Jego bracia i Dwerniccy stali dokoła ponurzy i zmęczeni. Berynda zmiął kołpak w dłoniach, ocierał oczy kułakiem.
Wnet sprowadzono cyrulika, który obejrzał bladą jak śmierć dziewkę, nacierał skronie gorzałką, podsuwał pod nos trzeźwiące sole. Nic jednak nie pomagało. Konstancja leżała bez tchu, z głową wspartą na kolanach stolnikowica, z rozpuszczonymi czarnymi włosami opadającymi na kamie
– Nie umieraj, mościa pa
Tak jakby promień słońca padł na oblicze pa
– Zostaw mnie! – jęknęła Konstancja. – Nigdy nie będę... Puszczaj!
– Moje serce, jego już nie ma.
– Nie ma? – Spojrzała na Dydyńskiego błędnym wzrokiem. – Jacku – wyszeptała – czy my jesteśmy... w niebie?
Zanim zdołał odpowiedzieć, nachylili się nad nią Berynda, Samuel, a potem Mikołaj i Zygmunt Dydyńscy. Konstancja drgnęła, widząc ich ogorzałe, pokryte pyłem, kurzem i bliznami gęby, które niewiele wspólnego miały z obliczami aniołów i świętych.
– Co się z nim stało?! – wyszeptała. – Gdzie on jest?
– Pod Dziaduskim.
– Dziaduskim?
– Spuściłem mu na łeb dzwon biskupa. Tydzień go będą pachołkowie miotłami do wora zbierać. Nie ma już Gedeona, nie lękaj się, moja miła! Posłałem go do piekła, prosto między diabły!
Dydyński porwał dygocącą Konstancję w ramiona, ucałował, przytulił jak dziecko.
– Wiedziałam, że po mnie przyjdziesz – wyszeptała. – Mój panie stolnikowicu, mój Jacku... Siedziałam w lochu, leżałam w trumnie, do której A
– Ze Stadnickim jeszcze się porachujemy – mruknął Dydyński. – Ale nie kłopocz się o to. Kto nawarzył piwa, będzie je musiał wypić. A ja już dopilnuję, aby w kuflu pana starosty zygwulskiego nigdy go nie zabrakło!
Za nimi od ulicy Grodzkiej zagrzmiały końskie podkowy. Nadjeżdżali hajducy i milicja starościńska z zamku, zwabiona wrzawą, strzałami i biciem w dzwony. Dydyński otarł pot z czoła.
– Co teraz będzie?
– To będzie! – Mikołaj rzucił na kamie
– Znalazłem przy koniu Kardasza – zawołał wesoło. – Trzy wsie by można za to kupić. Starczy na dzwony i na basarunki. Nie zbiednieje biskup przemyski po naszej wizycie. A resztą podzielimy się z panami Dwernickimi.
– To od Stadnickiego – rzekł Jacek. – Zapłata za zdradę Dwernickich i oddanie dokumentu. Nie, nie będziemy tego dzielić.
– Co takiego? Po sprawiedliwości, niewiele byśmy bez Dwernickich zdziałali... Ale nam też się trochę należy.
– Nic się nie bój, bracie, wydamy to sprawiedliwie na nas i na panów braci z Dwernik. Wystawimy chorągiew.
– Jaką chorągiew?
– Jak to jaką? Kozacką!
Oczy Mikołaja zrobiły się wielkie jak półmiski na magnackim stole. A potem walnął się w czoło otwartą dłonią, bo w tej jednej chwili zrozumiał wszystko.
Rozdział IX
Koło fortuny
Iure et gladio, to jest prawem i mieczem ● Klęska ● Złupienie Łańcuta ● Piekielne sceny ● Śmierć i chwała ● Pani Stadnicka ● Spotkanie z Przecławem ● Fantastyczne skarby ● Ars amandi ● Pożegnanie z Konstancją ● Na Moskwę!
– Opalińczycy, wasza miłość!
Stadnicki zerknął przez perspektywę. Ale nawet gołym okiem widać było nadciągające poczty i milicję dworską starosty leżajskiego. Na przedzie jechali elearzy Opalińskiego – ko
Harcownicy Stadnickiego nie odstępowali wojska starosty ani na krok. Krążyli na koniach w bezpiecznej odległości od taboru, krzycząc, nawołując, bijąc z półhaków i bandoletów. Czasem prowokowali drobne utarczki, i
Stadnicki ujął się pod boki, popatrzył wesoło na swoich poruczników, Zegarta i resztę towarzystwa.
– Tak oto, mości panowie – rzekł niczym hetman wielki koro
Michał Rożniatowski dał znać trębaczom i doboszom. Zagrzmiały bębny, rozległy się głosy trąbek, a łańcuccy harcownicy rozbiegli się, odskoczyli od taboru, skryli po chrustach i wertepach. Opaliński, który jechał za elearami, na czele wozów uszykowanych w cztery rzędy, rozejrzał się zdumiony i zaniepokojony nagłą zmianą. Nie wydał jednak żadnych rozkazów – ludzie ciągnęli dalej traktem, wozy toczyły się, konie rżały i postępowały jeden za drugim. Lecz nagle czujne oko starosty dostrzegło błysk metalu w brzezinie, z boku gościńca – jeden, drugi, trzeci i czwarty...
A potem z chrzęstem i trzaskiem opadły w dół podpiłowane młode drzewka. Wśród brzóz okrytych świeżą wiose