Страница 72 из 94
Wreszcie ostatni jeńcy spadli za burtę, a wówczas na pokładzie zaczęli się pojawiać pierwsi niewolnicy. Wychodzili z włazów, kaszląc i mrużąc oczy w pora
Kilka minut później do drzwi ostro zastukał Sorcor.
– Wejść – zaprosił go szorstko kapitan.
Wszedł krzepki mat. Ręce miał czerwone, oczy mu błyskały.
– Pełne zwycięstwo – oznajmił zadyszany. – Pełne. Statek jest nasz, panie. Uwolniliśmy ponad trzysta pięćdziesiąt osób: mężczyzn, kobiet i dzieci.
– Mieli jakiś i
Mat wyszczerzył zęby.
– Kapitan miał dobre oko do pięknych strojów, panie. Ale osobnik był korpulentny i lubił dzikie kolory…
– W takim razie może przypadną ci do gustu ubrania trupów. – Chłód w głosie Ke
– Dwóch zabitych, panie, trzech trochę pokiereszowanych – odpowiedział mat urażony pytaniem. Najwyraźniej był głupcem i oczekiwał, że kapitan podzieli jego radość.
– Zastanawiam się, ilu stracimy z powodu zarazy. Sam smród wystarczy, by się zarazić, a pomyśl, na jakie choroby mogą cierpieć mieszkańcy tej łajby.
– To nie wina ludzi, których wyratowaliśmy, panie – zauważył zimno Sorcor.
– Nie powiedziałem, że to ich wina. Składam to na karb naszej głupoty. No, gdy sprzedamy “Fortunę”, nasze kłopoty się skończą, ale najpierw musimy się pozbyć ładunku i dopilnować, by porządnie wyszorowano deski żaglowca. – Spojrzał na mata i ostrożnie się uśmiechnął, po czym zadał pytanie, które od dawna go korciło: – Co proponujesz zrobić z uratowanymi przez siebie nieszczęśnikami? Dokąd ich odstawimy?
– Nie możemy ich wysadzić na najbliższym kawałku lądu, panie. To byłoby morderstwo. Połowa jest chora, i
– Morderstwo – powtórzył uprzejmym tonem Ke
– Dostali to, na co sobie zasłużyli! – mat spojrzał z udręką w oczach. – A nawet coś lepszego, ponieważ ich śmierć była szybka! – Trzasnął potężną pięścią w otwartą dłoń i przeszył kapitana pełnym nienawiści wzrokiem.
Ke
– Ach, Sorcorze, nie spieram się z tobą, próbuję ci tylko przypomnieć, że jesteśmy, hm, piratami. Morderczymi łajdakami, którzy łupią statki przepływające przez Kanał Wewnętrzny. Łupią, grabią i żądają okupu. Robimy to dla zarobku. Nie jesteśmy niańkami chorych niewolników, z których połowa prawdopodobnie również zasłużyła sobie na swój los, podobnie jak przedstawiciele załogi, a przecież ciałami tamtych nakarmiłeś węże… Nie jesteśmy bohaterskimi wybawicielami uciskanego ludu. Piratami, Sorcorze! Jesteśmy piratami.
– Zawarliśmy taki układ – wytknął mu mat zawzięcie. – Za każdy ścigany żywostatek dopadamy jeden statek niewolniczy. Zgodziłeś się, panie.
– Tak. Miałem wszakże nadzieję, Sorcorze, że po jednym “triumfie” dostrzeżesz bezowocność takich akcji. Powiedzmy, że zmusimy załogę do wysiłku i odstawimy ten brudny statek do Łupogrodu. Sądzisz, że mieszkańcy miasta powitają nas serdecznie i ucieszą się, że wysadzamy im na brzeg trzystu pięćdziesięciu na wpół zagłodzonych, obszarpanych, chorych nieszczęśników, którzy zasilą w ich mieście szeregi żebraków, dziwek i złodziei? Sądzisz, że niewolnicy, których “uratowaliśmy”, podziękują ci za to, że skazaliśmy ich na los nędzarzy?
– Teraz są wdzięczni, cała przeklęta gromada – uparcie oświadczył mat. – Pamiętam, panie, że w swoim czasie też byłbym cholernie wdzięczny, gdyby ktoś mnie wysadził gdzieś na brzeg, nawet bez kromki chleba i byle jakiego ubrania. Przecież byłbym wolnym człowiekiem i mógłbym oddychać czystym powietrzem.
– No dobrze, już dobrze. – Ke
Mat wyprostował się.
– Tak, panie – odparł ciężko. Powłócząc nogami, wyszedł z pomieszczenia. Jego nastrój był teraz absolutnie odmie
Sorcor cicho zamknął za sobą drzwi. Ke
13. ZMIANY
Brashen obudził się. Kłuły go oczy i czuł skurcz w szyi. Pora
Usiadł na hamaku. Czuł się wi
Teraz próbował zbagatelizować własny niepokój. W końcu co zawdzięczał tej dziewczynie? Nic, zupełnie nic. Nawet się nie przyjaźnili. Dotychczas dzieliła ich zbyt wielka przepaść. Brashen był tylko oficerem na statku jej ojca, ona zaś kapitańską córką. Nie mogli się przyjaźnić. A co do starego człowieka – no cóż, Ephron Vestrit dał mu rzeczywiście wielką szansę sprawdzenia się w okresie, gdy nikt i
Poza tym… Pamiętał, że udzielił Althei pewnej rady. Była może przykra, ale konkretna i szczera. Gdyby mógł się cofnąć w przeszłość, nie spierałby się ze swoim ojcem. Skończyłby nauki, przyjąłby należne mu funkcje społeczne, zrezygnował z pijaństwa i cindinu, ożenił się z wybraną dla niego dziewczyną. I teraz on, nie jego mały braciszek, byłby dziedzicem fortuny Trellów.