Страница 70 из 94
Brashen stopniowo mówił coraz głębszym głosem, coraz ciszej i wolniej. “Paragon” sądził, że przyjacielowi zachciało się spać, jak zwykle o tej porze. Prawdopodobnie młodzieniec zapominał o obecności Althei. Statek znał na pamięć długą listę krzywd, wyrządzonych młodemu Trellowi i niesprawiedliwości, które przecierpiał. Wiele razy też słyszał, jak Brashen denerwował się, nazywając siebie bezwartościowym głupcem.
– Więc jak przeżyłeś? – spytała oburzona Althea.
– Udałem się tam, gdzie moje nazwisko nie miało żadnego znaczenia. Zaciągnąłem się na chalcedzki statek, którego kapitan nie dbał o to, kim jestem, póki pracowałem ciężko i zgadzałem się na kiepską wypłatę. To był najnędzniejszy zespół zgniłych drani, z jakimi kiedykolwiek pływałem. Żadnej litości dla dzieciaka. Nie, nie oni. Uciekłem z tego statku w pierwszym porcie, do którego wpłynęliśmy. Wypłynąłem jeszcze tego samego dnia na i
– Chalcedczycy nie zatrudniają kobiet – odparła głucho Althea. “Paragon” zastanowił się, jak duża część opowieści Brashena w ogóle do niej dotarła.
– Nie jako marynarzy – zgodził się Brashen. – Uważają, że kobieta na pokładzie przyciąga węże. Ponieważ kobiety krwawią, sama wiesz. Tak mawia wielu żeglarzy.
– To głupie – zaprotestowała oburzona.
– Tak. Wielu żeglarzy to głupcy. Popatrz na nas. – Roześmiał się z własnego dowcipu. Dziewczyna zachowała powagę.
– W Mieście Wolnego Handlu istnieją żeglarki. Ktoś mnie zatrudni.
– Może, ale nie będzie tak, jak się tego spodziewasz – rzucił Brashen szorstko. – Rzeczywiście są tu żeglarki, lecz wiele widywanych w dokach dziewcząt i kobiet pracuje na rodzi
Poczuła gniew. Miała ochotę krzyczeć, że w to nie wierzy albo pytać, dlaczego mężczyźni to takie świnie. Wiedziała jednak, że jej rozmówca mówi prawdę, a jego pytanie jest retoryczne.
Długi czas panowało milczenie, wreszcie Altheę opuścił gniew.
– Co więc mam zrobić? – spytała nieszczęśliwa. Paragonowi wydawało się, że wcale nie pyta Brashena, ten wszakże jej odpowiedział.
– Znajdź sposób, by się ponownie narodzić jako chłopak. Najlepiej niech się nie nazywa Vestrit. – Poruszył się w hamaku i zrobił długi wdech. Odgłos przeszedł w zgrzytliwe chrapanie.
Siedząca w kącie dziewczyna westchnęła. Oparła głowę o twarde drewno grodzi. Przez jakiś czas tak trwała, nieruchoma i milcząca.
Żaglowiec przewożący niewolników stanowił ciemniejszą sylwetkę na tle nocnego nieba. Jeśli ktoś z załogi podejrzewał pościg, nie zareagował w żaden widoczny z daleka sposób. Statek płynął pod pełnym żaglem, lecz bystrooki Ke
– Przed świtem znajdziemy się na jego pokładzie – powiedział cicho do Sorcora.
– Tak, tak – wydyszał mat. Jego głos zdradzał daleko większe podniecenie niż odczuwał Ke
– Obok jego rufy widzę parę węży – zauważył Ke
– Przyciągają je wyrzucane za burtę ciała – wyjaśnił cierpko mat. – Trupy i niewolnicy za bardzo chorzy, by warto marnować dla nich jedzenie. Węże podpływają także do burt.
– A jeśli odwrócą się i zaatakują nas podczas bitwy? – spytał kapitan. – Co wtedy?
– Nie zrobią tego – zapewnił go Sorcor. – Te stwory uczą się szybko. Pozwolą nam się pozabijać, bowiem dobrze wiedzą, że dostanie im się niezła ilość trupów.
– A potem? Mat uśmiechnął się dziko.
– Jeśli zwyciężymy, tak się najedzą ciałami marynarzy ze statku niewolniczego, że nie będą w stanie za nami nadążyć. Jeżeli natomiast przegramy… – Wzruszył ramionami. -…Wówczas węże nie będą nas obchodziły.
Ke
“W rywalizacji z czarodrzewem martwe drewno nie ma szans. Przed tamtym nawet fale się rozstępują”.
“A niech cię szlag trafi!”, krzyknął zawzięcie kapitan.
“Jest to całkiem prawdopodobnie, panie”, mruknął niezmieszany Sorcor i pewnie już się rozglądał i węszył za statkiem przewożącym niewolników.
Mat Ke
– Wprowadzisz załogę na pokład, panie? – spytał mat, gdy ze zdobytego statku rozległy się odgłosy alarmu na widok “Marietty”.
– Och, chyba tobie pozostawię ten zaszczyt – oświadczył cierpko Ke