Страница 6 из 94
Kapłan skrzywił się ze współczuciem.
– Wydaje mi się, że zanim tu przybyłem, nie potrafiłem myśleć – ciągnął Wintrow. – W domu było zbyt głośno i zbyt ruchliwie. Nigdy nie miałem czasu na zastanowienie. Od chwili, gdy Nana wyrzucała nas rano z łóżek, aż do nocy byliśmy w ciągłym ruchu. Nana kąpała nas, ubierała, potem odbywaliśmy wycieczki, pobieraliśmy lekcje, jedliśmy posiłki, odwiedzaliśmy przyjaciół, przebierano nas, znowu coś jedliśmy… To trwało bez końca. Wiesz, że gdy przybyłem do klasztoru, przez pierwsze dwa dni nie opuściłem celi. Pozbawiony Nany, babci i matki, które stale mnie zaganiały do różnych zajęć, nie miałem pojęcia, co ze sobą zrobić. W dodatku, przez bardzo długi czas, ja i moja siostra stanowiliśmy dla nich jedność. “Dzieci” potrzebują drzemki, “dzieci” powi
Berandol uśmiechnął się ze zrozumieniem.
– Więc takie jest życie Vestritów. Zawsze zastanawiałem się, jak żyją dzieci Pierwszych Kupców z Miasta Wolnego Handlu. Moje życie było zupełnie i
– Miałeś krótsze ramię? – spytał zaskoczony Wintrow.
– Tak. We wczesnym dzieciństwie upadłem na rękę i ramię goiło się przez długi czas, a kiedy się zrosło, nie było tak silne jak drugie. Na szczęście kapłani mnie wyleczyli. Zostałem wyznaczony do sadu wraz z zespołem podlewaczy. Odpowiedzialny za grupę kapłan kazał mi nosić różniące się ciężarem kubełki. Cięższy niosłem słabszą ręką. Najpierw uważałem pomysł kapłana za szalony, przecież rodzice zawsze mnie uczyli, żebym posługiwał się głównie silniejszą ręką. To był mój pierwszy krok w świat przykazań Sa.
Wintrow na moment zmarszczył brwi, potem uśmiechnął się i wyrecytował.
– “Wystarczy, by najsłabszy z ludzi wypróbował swą siłę, a wtedy stanie się silny”.
– Właśnie. – Kapłan wskazał gestem długi, niski budynek przed nimi. Zmierzali do cel akolitów.
– Posłaniec przybył z dużym opóźnieniem. Będziesz się musiał szybko spakować i natychmiast wyruszyć, żeby dotrzeć do portu, zanim odpłynie twój statek. Czeka cię długi spacer.
– Statek! – Na twarz Wintrowa powróciło przerażenie. – Nie pomyślałem o tym. Nienawidzę morskich podróży. No cóż, nie zdołam inaczej dotrzeć z Jamaillii do Miasta Wolnego Handlu. – Po chwili chłopiec zasępił się jeszcze bardziej. – Mam iść do portu? Nie przygotowano dla mnie furmanki?
– A więc tak szybko wracasz do świata luksusów i bogactw, Wintrowie? – upomniał go Berandol. Kiedy speszony chłopiec zwiesił głowę, młody kapłan kontynuował: – Cóż, w liście napisano, że rodzina byłaby zadowolona, gdyby jakiś przyjaciel ofiarował ci swoje towarzystwo podczas pieszej wędrówki. – Ciszej dodał: – Podejrzewam, że twoja rodzina nie jest już tak zamożna jak niegdyś. Wojna Północna zaszkodziła wielu kupieckim rodzinom. Sporo ich towarów nigdy nie spłynęło Rzeką Kozią, i
– Wiem, Berandolu. Powinienem się cieszyć, że nie muszę pokonać całej drogi na piechotę. Trudno mi wszakże zaakceptować podróż do miejsca, którego się obawiam, nie mówiąc o podróży statkiem. Będę nieszczęśliwy przez cały rejs.
– Mówisz o chorobie morskiej? – spytał z pewnym zaskoczeniem młody kapłan. – Nie sądziłem, że dotyka ona również przedstawicieli żeglarskich rodzin.
– Paskudna pogoda potrafi przekręcić żołądek każdego człowieka, ale… nie o to mi chodzi. Mówię o hałasie, nieusta
Berandol zaczerpnął powietrza, jak gdyby chciał coś powiedzieć, potem jeszcze raz się zastanowił i, ciągle zadumany, wreszcie oświadczył:
– Wintrowie, minęły dwa lata od twoich ostatnich odwiedzin w domu rodzi
– Dobrze, Berandolu – obiecał szczerze młodzieniec. – Będę za tobą tęsknił.
– Prawdopodobnie tak, ale na to przyjdzie czas za kilka dni, ponieważ zamierzam ci towarzyszyć w spacerze do portu. Chodź, musisz się przecież spakować.
Na długo zanim Ke
Poczuł ogromną irytację, kiedy w kilka chwil później Gankis podszedł do niego ciężkim krokiem i wysapał nowinę. I
– Wiem – odparł Ke
– Kilka okazów – odparł niezadowolony Gankis. Ke