Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 53 из 94

– Za lepsze czasy – powtórzył Sorcor basowym głosem. Wypili.

– Nadejdą niedługo. Bardzo niedługo – dodał Ke

Mat odstawił kielich i z uwagą przyjrzał się swemu kapitanowi.

– Masz, panie, coś szczególnego na myśli – domyślił się.

– Tylko cele. Środki nadal trzeba rozważyć. Dlatego właśnie zaprosiłem cię na tę kolację. Chyba moglibyśmy omówić naszą następną podróż. Powiedzmy sobie, czego po niej oczekujemy.

Sorcor zacisnął usta i głęboko się zamyślił.

– Co do mnie, oczekuję tego, czego zawsze oczekiwałem po takich wyprawach. Bogatego łupu w dużej ilości. Czegóż jeszcze może pragnąć człowiek?

– Wielu rzeczy, drogi Sorcorze. Bardzo wielu. Istnieje jeszcze władza i sława. Zabezpieczenie własnego bogactwa. Pociecha. Domy i rodzina, której nie zagraża bat handlarza niewolników. – Ten ostatni punkt bynajmniej nie znajdował się na prywatnej liście pragnień Ke

Mat niezdarnie udawał obojętność.

– To prawda, że człowiek może pragnąć wielu rzeczy, jednak większość marzeń spełnia się tylko ludziom do nich urodzonym. Panom wielkich rodów, dziedzicom i takim tam… Nie mnie ani tobie, panie, wybacz mi moją szczerość.

– Ależ to nieprawda. Nie powinieneś tak myśleć. Mówisz o panach i dziedzicach, mówisz, że człowiek musi się do czegoś urodzić. Tak, lecz skąd wzięli się pierwsi lordowie? Kiedyś musieli być zwyczajnymi ludźmi, którzy wyciągali ręce i brali to, czego chcieli. Sorcor pociągnął kolejny łyk wina. Pił trunek jak piwo.

– Przypuszczam… – zaczął, po czym umilkł. – Przypuszczam, że rzeczywiście wszystko miało kiedyś swój początek. – Odstawił kielich na stół i wpatrzył się w swojego kapitana. – Ale w jaki sposób? – spytał w końcu takim tonem, jak gdyby obawiał się, że odpowiedź mu się nie spodoba.

Ke

– Tak jak ci powiedziałem. Wyciągniemy ręce i weźmiemy to, co chcemy.

– Ale w jaki sposób? – powtórzył uparcie Sorcor.

– A w jaki sposób zdobyliśmy ten statek i tę załogę? Jak zdobyliśmy pierścień na moim palcu albo kolczyki w twoich uszach? Będziemy robić to samo, co zawsze, tyle że na większą skalę. Nasze cele będą większe.

Mat poruszył się nerwowo. Kiedy się odezwał, jego głęboki głos znacznie złagodniał.

– Co masz na myśli, panie? Ke

– To bardzo proste. Musimy się tylko ośmielić na coś, na co nikt przed nami się nie odważył.

Sorcor zmarszczył brwi. Kapitan podejrzewał, że wino osłabiło jego zdolność logicznego myślenia.

– Tak mówią królowie, prawda? – Zanim Ke

Kapitan starał się nadal uśmiechać. Potrząsnął głową w odpowiedzi na zarzut Sorcora. Panował nad sobą, wiedząc, że musi odwołać swoje wcześniejsze słowa.

– Wiem, mój drogi Sorcorze, wiem. Cóż, prawdopodobnie zbyt dosłownie zrozumiałeś moje wcześniejsze słowa. Przypuszczasz, że chciałbym siedzieć na tronie, ze złotą koroną pokrytą klejnotami na głowie i patrzeć, jak piraci z Łupogrodu klękają przede mną? To byłoby szaleństwo! Najczystsze szaleństwo! Nikt, kto zna Łupogród, nie mógłby sobie czegoś takiego wyobrazić. Nie. Jest tak, jak ci powiedziałem. Chodzi o to, by żyć jak lordowie, mieć piękny dom, otaczać się ładnymi przedmiotami i czuć się bezpiecznie, to znaczy wiedzieć, że żona może spać spokojnie u twojego boku, a dzieci w swoich łóżeczkach. – Wypił niewielki łyk wina, potem odstawił kielich na stół. – Takie królestwo wystarczy i mnie, i tobie, co, Sorcorze?

– Mnie? Dla mnie też?

No! Mata nareszcie coś poruszyło. Ke

– Oczywiście. Jasne, że tak. A dlaczego niby nie? – Pozwolił sobie na pogardliwy uśmiech. – Sorcorze, chyba nie prosiłbym cię, żebyś się do mnie przyłączył, wraz ze mną walczył i ryzykował życie, gdyby chodziło mi tylko o własne bogactwo? Oczywiście, że nie! Nie jesteś przecież głupcem. Chcę, byśmy wspólnie zdobyli majątek. I to nie tylko dla nas samych. Cała nasza załoga powi

Sorcor zamrugał oczyma. Unikał spojrzenia kapitana. Jednak, kiedy odwrócił od niego wzrok, jego oczy powędrowały po pięknie przygotowanej kajucie i wszędzie wokół dostrzegł kosztowne przedmioty, które Ke

W głębi duszy mat był człowiekiem ostrożniejszym, niż jego kapitan sądził. Teraz wpatrzył się ciemnymi oczyma w jasne oczy Ke

– Dobrze mówisz, panie. Nie przychodzi mi do głowy żaden powód, by ci odmówić, chociaż nie znaczy to, że takie powody nie istnieją… – Położył łokcie na stole i ciężko się na nich oparł. – Mów jasno, panie. Co musimy zrobić, aby się tak bardzo wzbogacić?

– Odważyć się – odparł Ke

– Tak. – Mat zmarszczył czoło, usilnie starając się odgadnąć wnioski, które można było wysnuć z tego stwierdzenia. – Każdy statek, aby dotrzeć z Jamaillii do Miasta Wolnego Handlu, musi minąć Wyspy Pirackie. Chyba że kapitan jest głupcem i zdecyduje się płynąć przez Kanał Zewnętrzny i Morze Wzburzone.

Ke

– A zatem żaglowce i ich dowódcy mają do wyboru tylko dwa szlaki. Mogą popłynąć przez Kanał Zewnętrzny, gdzie docierają najdziksze sztormy znad Morza Wzburzonego, węże są najgrubsze i droga najdłuższa. Albo mogą ryzykować podróż przez Kanał Wewnętrzny z jego podstępnymi odnogami, niebezpiecznymi prądami i nami, piratami. Zgadza się?

– Tu również są węże – zauważył Sorcor. – Niemal tyle samo pływa po Kanale Wewnętrznym, co po Zewnętrznym.

– To prawda. Tak, węże też tu są – zgodził się Ke

– A co z wężami? – zapytał Sorcor.

– “Węże nie są gorsze na osłoniętych wodach Kanału niż poza nimi, powiedziałby człowiek – lecz statek łatwiej tu sobie z nimi poradzi niż na Kanale Zewnętrznym, gdzie oprócz potworów czyhają jeszcze na niego burze. A może nawet znajdziemy dla was eskortę w postaci wykwalifikowanych łuczników i wyposażoną w Ogień Baleya. Eskorta przyjmie atak węży, a wy tymczasem uciekniecie”. Co byś na to odpowiedział jako kapitan statku handlowego?

Sorcor patrzył podejrzliwie, mrużąc oczy.

– Spytałbym, ile by mnie to kosztowało?