Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 3 из 94

Jednak przybrał swój zwyczajowy sardoniczny uśmiech, nie pozwalając, by twarz zdradziła jego myśli. Była to pieczołowicie wyćwiczona mina, która przywodziła na myśl leniwy wdzięk polującego kota. Przy czym nie szło wcale o to, że jego imponujący wzrost pozwalał mu patrzeć na starego marynarza z góry. Przypatrując się swoim ludziom z rozbawieniem, sugerował im, że niczym go nie zaskoczą. Chciał, by piraci sądzili, iż Ke

Zachował więc typową dla siebie minę, kiedy Gankis biegł ku niemu po piasku. Co więcej, nie od razu wziął skarb, ale skłonił mężczyznę do wyciągnięcia ręki, podczas gdy sam patrzył z nieskrywaną wesołością.

Jednak gdy tylko zobaczył przyniesiony przedmiot, z całych sił musiał nad sobą zapanować, aby nie wyrwać go natychmiast z dłoni starca. Nigdy nie widział tak pomysłowo wykutej zabawki. Była to szklana bańka, absolutnie idealna kula, której powierzchni nie szpeciła ani jedna rysa. Szkło miało bardzo delikatny błękitny odcień, nie zaćmiewał on wszakże znajdującego się w środku cudu: trzech maleńkich figurynek; każda stała w i

Pozwolił, by Gankis dwukrotnie zademonstrował mu ruchy figurek. Potem bez słowa, lecz pełnym gracji gestem wyciągnął ku niemu rękę o długich palcach, a wtedy stary marynarz włożył mu w dłoń skarb. Ke

– Dziecięce cacko – mruknął wyniośle.

– Tak, gdyby to dziecko było najbogatszym księciem na świecie – ośmielił się zauważyć Gankis. – Ta rzecz jest, panie, zbyt krucha, by dawać ją do zabawy dziecku. Upuściłoby ją natychmiast…

– A jednak kula przetrwała skoki na sztormowych falach, a później morze cisnęło ją na plażę – zauważył z wystudiowanym dobrym humorem Ke

– To prawda, panie, szczera prawda, ale jesteśmy przecież na Plaży Skarbów. Słyszałem, że niemal wszystko, co tu wyrzuca morze, jest całe. To część związanej z tym miejscem magii.

– Magia. – Ke

– A cóż i

Ke

– Magia? Nie, Gankisie, nie ma w tym więcej magii niż w kipieli na Płyciznach Orte'a albo w Korze

– Tak, panie – zgodził się z szacunkiem, chociaż bez przekonania Gankis. Jego bystre oczy wpatrzyły się w kieszeń, do której kapitan Ke

– No i? Nie kręć się tutaj. Wracaj na górę, ruszaj skarpą, a może znajdziesz coś jeszcze.

– Robi się, panie – powtórzył stary. Rzucił ostatnie, pełne żalu spojrzenie na kieszeń kapitana, potem odwrócił się i pospieszył z powrotem na skarpę. Ke

Podczas wędrówki Ke

Kapitan dobrze pamiętał rzemieślnika, który stworzył dla niego maleńki amulet. Pirat siedział przez długie godziny w pracowni mężczyzny, oblewało go chłodne światło poranka, podczas gdy artysta pracowicie obrabiał twarde jak żelazo drewno, starając się odzwierciedlić rysy swego modela. Nie rozmawiali. Artysta mówić nie mógł, kapitan nie miał ochoty. Dla koncentracji rzeźbiarz potrzebował absolutnej ciszy, ponieważ pracował nie tylko nad drewnem, ale powoływał też do życia czary, które nakazywały talizmanowi chronić właściciela przed urokami. Zresztą Ke

A później Ke

Teraz, w rok po zabiciu artysty, Ke