Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 4 из 61

– Z nadmiaru ostrożności – powiedział Doktor. – Pilot nie lubił podejrzanych dźwięków.

– A promie

– Teoretycznie nie powinien. Materialny promień przeciwko fantomom? Oczywisty nonsens. Ale wyobraźcie sobie, mimo wszystko spalił cały skraj lasu, który „wyrósł” bezpośrednio koło stacji. Jakiś dziwny był ten las – syluryjskie mchy i archaiczne paprotniki.

– Miraż?

– A jak pan myśli? Pilot pociągnął promie

Rozmowa urwała się. Informacja Doktora była zaskakująco bezsensowna. A może to już mania prześladowcza? Ale dlaczego u obu?

– Próbowaliście jakoś to wyjaśnić? – zapytał Kapitan.

– A wy? – Doktor wybuchnął. – Cztery słońca wschodzą i zachodzą i nikt do tej pory nie potrafi wyjaśnić, gdzie, jak i dlaczego! Zmęczyły mnie już te cuda i hipotezy.

Uniósł się na łóżku i napił się wody z sokiem. Albo Kapitan nie potrafił ukryć jakiejś nutki niedowierzania, albo konieczność przekonywania o rzeczach dla niego oczywistych zdenerwowały Doktora. Ze zmęczonym wyrazem twarzy spojrzał w okno i zawołał z nieoczekiwaną radością:

– Patrzcie! Macie szansę.

Wysunięte na zewnątrz okno nie zniekształcało widoku. Wzrok sięgał daleko, pustynia była widoczna jak z otwartego balkonu. Linia horyzontu przecinała tarczę zielonego słońca, z którego pozostał już tylko wąski, świecący łuk z trawiastozłocistym odblaskiem. Tuż obok, ale bez zachowania symetrii, jakby po i

Pomiędzy horyzontem i stacją pośrodku czarnej pustyni, wyrastało nagle coś trudnego do opisania i prawie niepojętego. Wyglądało to ja by niewidzialny Guliwer bawił się kolorowym dziecięcym zestawem konstrukcyjnym. Brał kule i cegiełki, piętrzył z nich rozcięte piramid i kopuły, przekrzywione sinusoidy i zgniecione sześciany, albo nagle znanego, podobnego do wieży w Pizie, pochylonej nad przewróconym góry dnem stadionem. Białe taśmy wiły się jak węże, znikały, to znów pojawiały się w tej architektonicznej malignie. Ludzki rozum nie być jej twórcą, nie było w niej głównej cechy ludzkiego dzieła – celowości.

– Macie wątpliwości, czy ten kolorowy koszmar może być stworzony przez człowieka, służyć mu, cieszyć go lub radować – powiedział Doktor, jakby odgadując myśli swoich współrozmówców. – Mylicie przyjaciele. Widzicie te przesuwające się po białych taśmach punkt To żywe istoty, zewnętrznie niczym nie różniące się od nas, Ziemian. Widzieliśmy ich blisko: są trójwymiarowymi i humanoidalni.

– Cóż oni robią w tym chaosie? – zapytał Bibl.

– Nie mogę odpowiedzieć, bo nie dysponuję odpowiednimi obserwacjami. Ale mam pewne przypuszczenia. Żyją. To jest miasto. Z i

Niebieskie słońce schowało się za horyzontem. Zgasły również mętne odblaski. Bezmyślny zamęt tęczowych konstrukcji również blaknął, tracił zarysy i barwę.

– A gdy zachodzi i

– Rzadko. Nie ustaliłem prawidłowości ich pojawiania się. Ale każde zbliżenie jest niebezpieczne.

Ledwo słyszalne poskrzypywanie kręconych schodów przerwało słowa Doktora. Pilot błyskawicznie znalazł się przy łóżku, na którym zostawił swój promie

– Nie przesadzaj – ciężka ręka Małego spoczęła na jego ramieniu i przygniotła go do podłogi – to przecież Alik.

Alik wszedł do pokoju z tak promie

– Aparatura w porządku – meldował z uniesieniem – chociaż zasilanie jest słabe i dłuższy seans łączności z Ziemią jest wykluczony. Na razie wysłałem tylko króciutki meldunek o naszym przybyciu.

– A jutro zameldujecie o naszym wylocie – powiedział Doktor.

– Niech się pan nie spieszy, Dok – zaprotestował Pilot – trzeba jeszcze przeżyć świt.

W odpowiedzi rozległ się cichy śmiech Doktora.

– Ja, syneczku, nie wierzę w uroki. Zmiana jest na miejscu, i to zmiana na poziomie. Tylko nie powtarzajcie jeszcze jednego naszego błędu: wyjeżdżajcie na rekonesans we dwóch, a dwóch niech zawsze zostaje na stacji. W szczegóły nie będę się wdawać. Po co niepotrzebnie straszyć i niepokoić.

Kapitan pomyślał, że prościej i chyba rozsądniej byłoby podzielić się doświadczeniami swojej półrocznej pracy na stacji i że żaden szczegół nie byłby zbędny. Ale Doktor i Pilot wyraźnie unikali wyjaśnień. Dlaczego? Być może powodowali się współczuciem dla zmie

– Przypomnę jeszcze tylko jedno – ciągnął dalej Doktor, zamknąwszy oczy. – Nie zbliżajcie się do miraży. Unikajcie spotkań z jadowitymi żmijami. Nie ruszajcie ich, jeżeli nie napadają. I lepiej uciekajcie, jeżeli jest czas i możliwość ucieczki.

– A jeżeli takiej możliwości nie ma?

– Brońcie się. W magazynie są promie

Zaledwie skończył zdanie, już spał, podobny do woskowej figury z panoptikum. Pilot popatrzył na niego i powiedział z zawiścią:

– Śpi. A ja, choć nauganiam się cały dzień, nie mogę zasnąć. Chyba macie rację, nerwy mi nawalają.

Doktor nie był zapewne zbyt elokwentny i Pilot jak dziecko cieszył się z rozmówców.

– Pewnie macie ochotę na kolację? Niestety, nie oczekiwaliśmy was i nie przygotowaliśmy się, jemy podgrzane świństwo z tubek. Ale w soboty i niedziele urządzamy sobie uczty. Przeistaczam się w kucharza i serwuję dania – palce lizać. Zresztą jedzenie możecie przygotować w kuchni nawet teraz. Wszystko tam jest – i żywność syntetyczna, i konserwy. W ogóle rozgośćcie się. Pokoi jest do woli, trzeba je tylko przewietrzyć i posprzątać. Klimatyzatory włącza się na tym samym pulpicie co i światło. O świcie żaluzji nie podnoście, nie radzę. A promie

– A co tu jest niebezpieczne? – huknął Mały.

– Wszystko. Zachody i świty. Powietrze, którym oddychasz. Pył chrzęści w zębach, kiedy się idzie pod wiatr, i unosi się nagle mętnymi, przezroczystymi kłębami. A czasami zielenieje jak rzęsa na bagnie albo połyskuje niebiesko, albo gęstnieje jak atrament. Sunie taki kłąb pyłu, błądzi jak ślepy, i jeżeli jesteś na piechotę, to uciekaj, pókiś cały, a jeżeli jedziesz na kołach albo na poduszkowcu, to wrzucaj szósty włączaj deflektor i kieruj maszynę na ten wir! Deflektor na pewno przełamie pole ochro

– Myślę, że promie

– Może namówić go, żeby się wstrzymał z odlotem? – zapytał Mały.

– To bezcelowe. Instrukcja wyraźnie mówi, żeby niezwłocznie odesłać drugą ekspedycję na Ziemię. To nie przypadek, że złamania Doka się nie zrastają. No, idziemy!