Страница 3 из 61
Rozdział II
Stacja badawcza na planecie zmontowana była z plastikowych płyt zbrojonych nierdzewną stalą. Inżynier nazwałby ją wycinkiem płasko-wypukłej soczewki; po jej łuku przesuwała się taśma chodnika korytarza. Na korytarz wychodziły stalowe drzwi, niejednokrotnie umieszczone daleko od siebie. Na ich lśniących jak lustro płycinach widniały lakoniczne napisy: „Lodówka”, „Kuchnia”, „Magazyny”, „Laboratoria”, „Ko
– Otwieraj! – huknął. – Swoi!
W odpowiedzi cienki i zwężający się jak klinga rapiera, oślepiająco niebieski promień przebił stalowe drzwi, tylko cudem nie zahaczając Małego, który odskoczył do tyłu i przywarł do ściany. Stojący nie opodal Kapitan krzyknął zduszonym głosem: „Spokój! Do tyłu!” – i słownie odrzucił Bibla i Alika od drzwi. Teraz niebieska klinga nie mogła już nikogo dosięgnąć.
Rozcięła na ukos drzwi i piętrzącą się pod przeciwległą ścianą piramidę skrzynek z syntetycznymi befsztykami, jeszcze raz przejechała na krzyż i zniknęła za drzwiami. Na ich stalowej powierzchni widniał tylko równe, nadtopione szwy. Zapachniało palonymi syntetykami i wiórami. Później drzwi uchyliły się odrobinę i w szczelinie pojawiła się dokładnie wygolona, szczupła twarz z uważnie patrzącymi oczyma snajpera. Mądre, przenikliwe spojrzenie odnalazło siedzącego w kucki Małego skupiony, jak przy celowaniu, wzrok złagodniał nagle i cienkie wargi rozchyliły się w uśmiechu. Człowiek w brudnej, zamszowej kurtce, z licznymi zamkami błyskawicznymi, zrobił krok do przodu i przyjacielskim tonem zapytał w algolu:
– Mały?
– Idiota – odparł Mały, wstając. – Przecież wołałem, że swoi.
– Wołałeś po rosyjsku – powiedział Kapitan, podchodząc bliżej. – Przyjmuj zmianę, gospodarzu. Drugi Pilot, jeżeli się nie mylę?
Drugi Pilot „Hedony 2” był podobny do pojawiających się niekiedy na ekranach telewizorów kowbojów ze starych filmów. Zaciśnięte usta, zimne spojrzenie i dwie głębokie bruzdy koło ust, jak dwie kreski nakreślone przez artystę grafika na rysunku twarzy mężczyzny ogarniętego pragnieniem, aby złamać, zabić, przeżyć, wytrzymać. Teraz oczy płonęły ciepłem przydrożnego zajazdu, otwartego w niepogodę na spotkanie gości.
– Fajnie, że jednak przybyliście! Zmiana! To brzmi jak dzwon na jarmarku.
– A co, masz pietra?
– Niee. Bać, to się nie boję. O siebie, oczywiście. Ale z Dokiem marnie. Kości się nie zrastają. Czegoś brak w organizmie.
– No, a kontakty?
– Widziałeś moje kontakty. O mały włos nie wyprawiłem was tamten świat.
– Nerwy wysiadły?
– Wysiąść nie wysiadły, ale przyzwyczaiłem się do trzymania palca na spuście. Wy też zakosztujecie tego, bądźcie spokojni.
– Po to przyjechaliśmy.
– Rakieta w porządku?
– Caluteńka.
– A automatyka?
– Również.
– A wy w ogóle tu zostajecie? – zapytał nagle.
– Oczywiście. My na zmianę, a wy do domu. Siadaj za pulpit sterowniczy i wio.
Kowboj-Pilot wykonał coś w rodzaju szamańskiego tańca wśród rozdeptanych niedopałków, pustych butelek, otwartych puszek i rozgniecionych tubek ze skoncentrowanym bulionem i serem. Można było tylko podziwiać, jakim cudem nie potknął się i nie złamał nogi na tym śmietniku. Być może ten przestro
– Po co niszczyliście ściany? – zainteresował się Bibl.
Z wygolonej twarzy pilota zniknął uśmiech. Uważnie rozejrzał się wokoło. Gest był odruchowy, bezwiedny.
– Przenikają i tutaj… – szepnął, powoli wycofując się w kierunku wewnętrznych drzwi, przez które widać było wąziutkie, spiralne schody prowadzące na wyższe piętro. – Chodźmy. Tam jest bezpieczniej. I
Kapitan i Mały popatrzyli po sobie. Nie miało sensu prosić o wyjaśnienia.
– Brudnawo tu – powiedział Kapitan.
– Nie ma komu sprzątać. Na górze jest czyściej.
– A kto jest na górze?
– Ja i Dok. Tam jemy i śpimy.
– Dlaczego nie nawiązywaliście łączności?
– Nie ma sensu. Oszczędzaliśmy energię dla was.
– Można obejrzeć urządzenia? – zapytał Alik.
Drugi Pilot gości
– Czemu nie? Dziesiąte drzwi po prawej. Przyciśnij guzik i wchodź. Tam jest czysto. Pyłu nie ma: wentylator działa, pyłochłon w porządku.
– A nie wlezę na promie
– O tym nie pomyślałem – roześmiał się Pilot.
Alik spojrzał pytająco na Kapitana i wyszedł. Pozostali ruszyli za Pilotem. Po kręconych schodach wspięli się do pokoju, który różnił się od tamtego tylko oknem umieszczonym ukośnie i zaciągniętym na wpół przezroczystą storą. Nie przepuszczała ona ciepła promieni słonecznych, ale pozwalała widzieć wszystko wokoło. I
W pokoju było czysto i schludnie – żadnych niedopałków, butelek, puszek. Jedno z wysuwanych łóżek było stara
– Obudź się, Dok – powiedział Pilot. – Zmiana. Nareszcie długo wyczekiwana zmiana.
– Co, co? – zawołał leżący na łóżku i otworzył duże oczy o dobrym i wcale niesmutnym spojrzeniu.
– Nie poznaje pan? – zapytał Kapitan.
Doktor przycisnął guzik u wezgłowia. Stora uniosła się i w pokoju zrobiło się jaśniej.
– Teraz poznaję – powiedział. – A więc jest was tylko trzech? Niedużo.
– Czwarty sprawdza łączność.
– Nas też było czterech – mówił w zamyśleniu Doktor. – Czterech Dwóch żyje, dwóch pochowano przy stacji. Zamiast łopaty użyto promie
– Nie sprawia pan wrażenia człowieka przybitego nieszczęściem -: zauważył Kapitan.
– Nie umiem rozpaczać. I nie warto, moim zdaniem. Nie poszczęściła się, no to trudno. My zaczęliśmy, wy zakończycie, a jeżeli nie wy, to i
Pilot kaszlnął znacząco. Doktor roześmiał się.
– Wybacz, mówię o sobie. A jeżeli mnie wyłatają, to myślę, że też się przydam. Pilot to skarb. W każdy rejs się nada, choćby od zaraz. Nawet mi żal, że musi lecieć ze mną. Przydałby się i wam: mądry, zdecydowany, z wyobraźnią. – Znowu uśmiechnął się i zwrócił do Pilota: – Przecież mówię prawdę, co? Laserogramy muszą być krótkie, a było spore takich spraw, że człowiekowi o słabych nerwach ręce zadrżą. Miraże to rzecz dziwna i złożona i nie zawsze należy z nimi walczyć promie
– Nie powtarzacie prób zbliżenia?
– Nie. Chowamy się przed nimi w stalowym bescie.
– Gdzie, gdzie? – nie zrozumiał Mały. Bibl uprzejmie uprzedził odpowiedź Doktora:
– Pamięć Doktora, podobnie jak moja, przechowuje pojęcia już zapomniane przez ludzkość. Doktor jest Irańczykiem, a w dawnym Iranie tak nazywano schronienia, azyle dla prześladowanych… Tylko dlaczego nawet tu macie ściany poprute promie