Страница 15 из 66
Jeśli chodzi o sprawy osobiste, pomyślała, wyłączając komputer, oparła się także pokusie pocałowania niezwykle atrakcyjnego Caleba Hawkinsa.
Czyż nie była bardzo profesjonalna i bardzo niezaspokojona?
Przebrała się w dresowe spodnie i koszulkę i zmusiła do piętnastu minut pilatesu (no dobrze, dziesięciu) oraz kwadransa jogi, po czym ułożyła się pod cudowną kołdrą na mięciutkich poduszkach.
Wzięła z szafki nocnej książkę i czytała, aż powieki zaczęły jej opadać.
Krótko po północy zatknęła zakładkę, zgasiła lampkę i umościła się w swoim gniazdku.
Jak zawsze zasnęła błyskawicznie.
Qui
Wydawało jej się, że słyszy jakieś nawoływania, ochrypły i desperacki szept, ale nie mogła rozróżnić słów.
Szła przez morze mgły, czując na skórze powietrze miękkie niczym jedwab. Naglący głos ciągnął ją ku sobie. W prześwietlonej księżycem nocy zabrzmiało wyraźnie jedno słowo: „bestia”.
Słyszała je bez ustanku, gdy szła krętą ścieżką w aksamitnym powietrzu, wśród posrebrzonych drzew. Czuła niemal seksualne przyciąganie, żar w brzuchu, który popychał ją ku temu, kto nawoływał po nocy.
Dwa, trzy razy, powietrze wydawało się szeptać: beatus. Ciepły pomruk ogrzewał jej skórę. Przyśpieszyła kroku.
Spośród srebrnych drzew wyfrunęła czarna sowa, mącąc skrzydłami miękkie powietrze, aż Qui
Nagle dostrzegła leżącą w poprzek ścieżki złotą łanię. Krew z rozciętego gardła wsiąkała w ziemię, która lśniła mokra i czarna.
Serce Qui
Na chwilę martwe, nieruchome oczy łani zalśniły czystym złotem i popatrzyły na Qui
Teraz usłyszała głos nie w powietrzu lecz we własnej głowie. Jedno słowo: devotio.
Wtedy nagie, pokryte tylko szronem drzewa i srebrny księżyc poszarzały. Ścieżka skręciła i Qui
Na brzegu stała młoda kobieta w długiej, brązowej sukience. Włosy miała krótko przycięte, kosmyki sterczały dziko na wszystkie strony. Schylała się i wypełniała kieszenie sukienki kamieniami.
– Halo! – zawołała Qui
– Cholera. Nie chcesz tego robić. Nie chcesz być jak Virginia Woolf *. Poczekaj. Poczekaj chwilę. Porozmawiaj ze mną.
Dziewczyna odwróciła głowę i zszokowana Qui
– On nie wie wszystkiego – powiedziała szalona dziewczyna. – On cię nie znał.
Rozrzuciła ramiona i jej szczupłe ciało, obciążone balastem kamieni, zaczęło chwiać się i kołysać, aż runęła w czarną wodę. Sadzawka połknęła ją niczym wyczekujące usta.
Qui
Zobaczyła błysk, usłyszała ryk grzmotu lub czegoś żywego i bardzo głodnego. Klęczała na polanie, z której środka wyrastała niczym ołtarz samotna skała. Wokoło szalał ogień, nad nią, przed nią, ale nie czuła żadnego żaru.
Przez zasłonę płomieni dostrzegła dwie postacie, czarną i białą, walczące jak dzikie zwierzęta. Ziemia rozwarła się z potwornym, rozdzierającym hukiem i zaczęła wszystko pochłaniać.
Z gardła Qui
Kamień rozpadł się na trzy równe części, a Qui
Obudziła się skulona na miękkiej pościeli, z prześcieradłem zaplątanym wokół nóg, ściskając słupek łóżka, jakby od tego zależało jej życie.
Nie zwalniając chwytu, oparła policzek o drewno, zamknęła oczy i poczekała, aż drżenie przejdzie w pojedyncze dreszcze.
– Ale jazda – wymamrotała.
Kamień Pogan. To tam była pod koniec snu, nie miała wątpliwości. Poznała skałę ze zdjęć, które oglądała. Niesamowite, że miała o nim, o lesie, taki przerażający sen. I ta woda… Czy nie czytała czegoś o dziewczynie, która utonęła w stawie? Nawet nazwali go jej imieniem. Sadzawka Hester. Nie, staw. Staw Hester.
Według logiki snów to wszystko miało sens.
Tak, niezła jazda i wolałaby już więcej takich nie odbywać.
Popatrzyła na podróżny budzik, którego odblaskowe wskazówki wskazywały dwadzieścia po trzeciej. Trzecia rano, pomyślała, najgorsza pora na przebudzenie. Dlatego położy się z powrotem spać, jak rozsądna kobieta. Poprawi pościel, napije się zimnej wody i zaśnie.
Miała dosyć atrakcji jak na jeden dzień.
Wstała z łóżka, poprawiła prześcieradło i kołdrę i odwróciła się, żeby pójść do łazienki po szklankę wody.
Nie zdołała wydobyć z siebie głosu. Krzyk rozerwał jej czaszkę niczym pazury, ale żaden dźwięk nie wydostał się z rozpalonego gardła.
Chłopak uśmiechał się obscenicznie w ciemności za oknem. Przyciskał twarz i ręce do szyby zaledwie kilka centymetrów od Qui
Kolana się pod nią ugięły, ale bała się, że jeżeli upadnie, demon roztrzaska szybę i zatopi kły w jej gardle niczym wściekły pies.
Zamiast tego uniosła rękę w starodawnym geście odstraszającym zło.
– Odejdź stąd – wyszeptała. – Zostaw mnie w spokoju.
Chłopiec roześmiał się. Qui
zdematerializował się nagle. Skurczył się do małego, czarnego punktu i zniknął.
Qui
Gdy uznała, że da radę wstać, przytrzymała się ściany i szybko podeszła do pozostałych okien. Kiedy zaciągnęła wszystkie rolety, znów zabrakło jej tchu i próbowała sobie wmówić, że pokój wcale nie przypomina zamkniętego pudła.
Nalała sobie wody – była bardzo spragniona – i wypiła duszkiem dwie pełne szklanki. Trochę spokojniejsza popatrzyła w zasłonięte okna.
– No dobrze, do diabła z tobą, ty mały sukinsynu.
Wzięła laptop, usiadła na podłodze – czuła się bezpieczniej poniżej linii okien – i zaczęła zapisywać każdy szczegół, który zapamiętała ze snu i spotkania z demonem.
Gdy się obudziła, spod zaciągniętych rolet sączyło się jasnożółte światło, a bateria w laptopie doszczętnie się wyczerpała. Gratulując sobie, że pamiętała, aby wszystko zapisać, zanim zwinęła się na podłodze, Qui
Czysta głupota, pomyślała, próbując choć trochę rozciągnąć zesztywniałe mięśnie. Głupio zrobiła, że nie wyłączyła komputera i nie umościła się w tym wielkim, przytulnym łóżku. Ale o pierwszym zapomniała, a drugie nawet nie przyszło jej do głowy.
Teraz położyła laptop z powrotem na ślicznym biurku i podłączyła do prądu, żeby naładować baterię. Z pewną ostrożnością – w końcu za pierwszym razem widziała chłopca w biały dzień – podeszła do okna i podniosła roletę…
Na lodowato błękitnym niebie świeciło ostre słońce. Na chodnikach, markizach i dachach lśniła nowa warstwa śniegu.
Qui
* Virginia Woolf – pisarka angielska, utopiła się, wchodząc do wody z kieszeniami pełnymi kamieni.