Страница 46 из 76
– Tylko tyle? – Eye wzruszyła ramionami. – Jasne, powi
Nadine przekrzywiła głowę, podniosła dwa palce i przybrała błagalny wyraz twarzy.
– Dwa?
– Będę się lepiej bawić, jeśli przyprowadzę ze sobą chłopaka. Bądź człowiekiem.
– Bycie człowiekiem czasami jest cholemie trudne. Zobaczę. co się da zrobić.
– Dzięki. – Nadine poderwała się na nogi. – Muszę lecieć do biura federalnego rozstawić sprzęt. Włącz ekran i patrz, jak ich zniszczę.
– Postaram się.
– Czołem, Peabody. – Nadine zauważyła ją w ostatniej chwili. Machnęła na pożegnanie ręką i wybiegła.
– Peabody, nie wiem, czy znajdę jakiś ekran, żeby obejrzeć konferencję. Dopilnuj, żeby ktoś to nagrał – poleciła Eye.
– Tak jest. Nie musisz w tym osobiście uczestniczyć?
– Nie. Federalni będą sami. – Eye otworzyła komputer i wróciła do przeglądania dokumentów. – Zarządzam odprawę dla ekipy. Sprawdź, czy Feeney i McNab zdążą na szesnastą zero zero. I zarezerwuj salę konferencyjną.
Asystentka w duszy się skrzywiła, ale kiwnęła głową.
– Tak jest. Rozmawiałam z Charlesem Monroem.
Choć myślami była gdzie indziej, uwagę Eye przykuł chłodny ton dziewczyny.
– Jakiś problem? – zapytała, patrząc jej w oczy.
– Nie, pani porucznik. Skojarzył Yosta i potwierdził, że regularnie bywa w operze. Zawsze przychodzi na premiery. Jedna klientek Charlesa go rozpoznała. Powiedziała, że nazywa Martin K. Roles i jest przedsiębiorcą.
– Mamy jeszcze jeden pseudonim. Swietnie. Zaraz to sprawdzę. Jak nazywa się ta klientka?
– Charles nie chciał podać jej danych. Zaproponował, że sam się z nią skontaktuje i zapyta, skąd zna Rolesa. Jeśli… – Peabody odchrząknęła, bo czuła dziwny ucisk w gardle. – Jeśli informacje me będą wystarczająco dokładne, wtedy go przycisnę.
– Dobra, na razie wystarczy to, co masz. – Zołądek Eye zaczął się kurczyć. Asystentka miała w oczach łzy, a usta jej drżały. – Peabody, co się z tobą dzieje? – zapytała ostro.
– Nic.
– Czy ty aby nie zamierzasz mi tu płakać? Wiesz, że nie znoszę, kiedy płaczesz na służbie.
– Nie płaczę. – Jeszcze nie, ale niewiele brakowało, żeby zaczęła. – Po prostu źle się czuję. To wszystko. Zastanawiam się, czy nie mogłabym się zwolnić z odprawy?
– Zjadłaś za dużo frytek sojowych – stwierdziła z ulgą Eye. – Jeśli źle się czujesz, idź do szpitala, niech ci dadzą jakieś proszki. Prześpij się pół godziny. – Kiedy zerknęła na zegarek, żeby sprawdzić czas, dobiegło ją ciche, stłumione chlipnięcie.
Podniosła głowę. Nagle do niej dotarło.
– Cholera! Niech to wszyscy diabli! Znów zadawałaś się z McNabem, tak?
– Wolałabym, żebyś nie wymieniała przy mnie tego nazwiska – powiedziała Peabody, próbując uratować resztki godności.
– Wiedziałam, że tak będzie. Wiedziałam. Po prostu wiedziałam. – Eye poderwała się na równe nogi i z całej siły kopnęła biurka.
– Powiedział, że jestem…
– Milczeć! – Eye podniosła ręce, jak gdyby chciała zatrzymać spadający meteoryt. – O nie, nic z tego. Nie będziesz mi opowiadać tych bredni. Nie mam zamiaru tego wysłuchiwać. Nie chcę wiedzieć, nie chcę słyszeć, nie chcę o tym myśleć. Koniec. To jest posterunek, a ty jesteś gliną – wyrzucała z siebie słowa, przestraszona widokiem łez w ciemnych oczach Peabody.
– Tak jest.
– O rany. – Eye chwyciła się za głowę, sprawdzając, czy jej mózg nadal jest na swoim miejscu. – No dobra, a teraz posłuchaj. Idź do szpitala i zażyj coś na uspokojenie. Połóż się na chwilę, a potem weź się w garść. Masz być na odprawie. Sama wszystko przygotuję, a ty zachowuj się jak policjant. Prywatne sprawy zostaw sobie na wieczór.
– Tak jest. – Peabody, pochlipując, odwróciła się.
– Peabody? Chyba nie chcesz, żeby cię widział w takim stanie?
Asystentka oprzytomniała. Wyprostowała się i poprawiła mundur.
– Nie. – Wytarła ręką nos. – Nie – powtórzyła i wyszła.
– No i dobrze – mruknęła do siebie Eye i usiadła przy biurku, by zająć się obowiązkami swojej podwładnej.
W drugim końcu budynku panowała zupełnie i
Szum komputerów, nieustające brzęczenie, pikanie i dzwonienie brzmiały tu jak muzyka. Na ekranach ście
Na tyłach biura znajdowały się trzy pomieszczenia konferencyjne przystosowane do prowadzenia symulacji holograficznych. Równie często wykorzystywano je w celach prywatnych, do projekcji fantazji, romantycznych przerw czy po prostu drzemek.
W Wydziale Przestępstw Elektronicznych zawsze panował hałas i tłok. Sciany pomalowano na stymulującą pracę mózgu czerwień.
Przekroczywszy próg, Roarke rozejrzał się z zawodową ciekawością. Stwierdził, że pracują na całkiem przyzwoitym sprzęcie, choć nie dalej jak za pół roku będą zmuszeni uznać go za przestarzały. Był właścicielem pewnej firmy, prowadzącej prace badawczo-rozwojowe, w której niedawno oddano do użytku prototyp komputera laserowego. Tylko patrzeć, jak na rynku pojawi się superszybki model, przy którym w miarę niezły sprzęt policji jednak nie będzie miał najmniejszych szans.
Zanotował w pamięci, że powinien skontaktować któregoś z dyrektorów marketingowych z działem inwestycji nowojorskiej policji. Pomyślał, że urządzenie drugiego domu żony może przynieść całkiem niezły dochód.
W jednej z tych higienicznych kabin zauważył McNaba. Ruszył w jego stronę, bezbłędnie pokonując labirynt korytarzy. Prawie wszyscy mieli na głowach zestawy słuchawkowe, krążyli po całym pomieszczeniu, przekazując sobie informacje i nieusta
– Ian.
McNab poderwał się, uderzając kolanami w biurko. Zaklął, jak to zwykle w takich wypadkach, i spojrzał na Roarke”a.
– Cześć. Co ty tu robisz?
– Chciałem się zobaczyć z Feeneyem.
– Jasne. Jest u siebie w gabinecie. Tamtędy. – McNab wskazał korytarz. – Tam na prawo. Drzwi powi
– Dzięki. Coś się stało?
McNab wzruszył kościstymi ramionami.
– Kobiety.
– No tak. A dokładniej?
– Dokładniej to nie są tego warte.
– Jakieś problemy z Peabody?
– Już nie. Pora, żebym wrócił do tego, co robię najlepiej. Umówiłem się na dziś wieczór zjedną rudą. Ma najpiękniejsze piersi, jakie może stworzyć ludzka ręka, i nosi czarną skórzaną bieliznę.
– Rozumiem. – A ponieważ faktycznie dobrze go rozumiał, poklepał McNaba po plecach. – Przykro mi.
– Hej. – McNab wyprostował się, udając, że nie ma ściśniętego żołądka i wcale nie czuje się tak, jakby w brzuchu nosił ołowiany odważnik. – Poradzę sobie. Ruda ma siostrę. Może zrobimy jakiś sympatyczny trójkąt. – Brzęczyk łącza rozwiał ekscytującą wizję wieczoru. – Mam robotę.
– Nie będę ci dłużej przeszkadzał.
Roarke minął rząd kabin i zapracowanych detektywów i wszedł w wąski korytarz prowadzący do gabinetu Feeneya. Drzwi rzeczywiście były otwarte. Feeney siedział za biurkiem. Rozczochrane włosy sterczały mu na wszystkie strony, a jego rozbiegane oczy próbowały objąć dane migoczące na trzech ekranach ście
Zauważył, że ma gościa. Podniósł na powitanie rękę, ale nadal nie odrywał wzroku od ekranów, Po chwili zaczął mrugać.
– Zapisz, opracuj dane porównawcze bieżącego dokumentu i pliku AB-286. Rezultaty wyświetl po otrzymaniu polecenia.
Dopiero teraz oparł się i spojrzał na Roarke”a.
– Nie spodziewałem się twojej wizyty.
– Wybacz, że przeszkadzam.
– I tak chwilę potrwą, zanim będę miał wyniki.
– Ty jesteś taki wolny czy sprzęt? – zapytał z uśmiechem Roarke.
– I ja, i komputer. Skanuję nasze akta, szukam osób, które mogły zlecić Yostowi wykonanie poszczególnych zadań. Może uda mi się znaleźć jakiś punkt zaczepienia. – Feeney sięgnął do miski z orzeszkami. – Bolą mnie od tego oczy. Całymi godzinami wpatruję się w ekrany. Znowu będę musiał się leczyć.