Страница 21 из 84
Kobieta obróciła się i jej wielkie kolczyki w kształcie kół zakołysały się i błysnęły w słońcu. Była wysoka, może metr osiemdziesiąt, z ciemnymi, krótko obciętymi włosami.
– Zeszła na chwilę na dół. Czy jest pani umówiona?
– Jestem trochę za wcześnie. Nie szkodzi.
W biurze znowu było tak ciepło. Zdjęłam kurtkę i wetknęłam rękawiczki do kieszeni. Kobieta wskazała mi wieszak i powiesiłam na nim kurtkę. Przyglądała mi się bez słowa.
– Ona ma mnóstwo czasopism – zagadnęłam, wskazując stos na biurku.
– Wydaje mi się, że pół życia spędzam sortując je. – Bez wstawania położyła jedno z nich na półce nad swoją głową.
– Ale wzrost się tu pani przydaje – zagadnęłam.
– Czasami tak.
– Poznałam asystentkę doktor Jea
– Aha. – Dziewczyna wzięła do ręki kolejne i spojrzała na jego grzbiet
– Jestem doktor Bre
Wsunęła egzemplarz na półkę na wysokości oczu.
– A pani to…? – nie ustępowałam.
– Sandy O'Reilly – odparła nie odwracając się.
Zastanawiałam się, czy może uraziłam ją tymi uwagami o wzroście.
– Na pewno zapamiętam, Sandy. Ale wtedy w środę, imienia tamtej asystentki nie poznałam…
Wzruszyła ramionami.
– A
Zdrętwiałam. Nie mogłam mieć aż tak dużo szczęścia.
– A
– Tak. – Wreszcie się do mnie obróciła. – Zna ją pani?
– Nie, niezupełnie. Studentka o tym nazwisku jest spokrewniona z jedną z moich znajomych i zastanawiałam się, czy to nie będzie ta sama osoba. Jest tutaj dzisiaj?
– Nie. Chyba jest chora. Dlatego ja pracuję. Zwykle mnie tu nie ma w piątki, ale A
– Chora?
– Tak, chyba tak. Właściwie to nie wiem. Wiem tylko, że znowu jej nie ma. Ale to nic. Przyda mi się ta kasa.
– Znowu?
– No tak. Zawala coś ostatnio. Wtedy zwykle ja tu ląduję. Niby dobrze jest zarobić trochę dodatkowego grosza, ale przez to nie mogę poświęcić pisaniu mojej pracy tyle czasu, ile bym chciała. – Zaśmiała się, ale w jej głosie wyczułam irytację.
– Czy A
Sandy przechyliła głowę i spojrzała na mnie.
– Dlaczego pani tak się nią interesuje?
– Nie, nie interesuję się nią. Przyjechałam tu po materiały, które ma dla mnie doktor Jea
Pokręciła głową i sięgnęła po kolejne czasopismo.
– Powi
– Dziwaczka?
Położyła gazetę na półkę i obróciła twarz w moją stronę. Jej oczy długo mi się przyglądały, jakby mnie oceniała.
– Jest pani przyjaciółką rodziny?
– Tak. – W pewnym sensie.
– Nie jest pani detektywem, reporterką ani nikim takim?
– Jestem antropologiem. – To była prawda, choć może niezbyt dokładna. – Pytam, bo ciotka A
Sandy przeszła przez biuro i wyjrzała na korytarz, a potem oparła się o ścianę tuż obok drzwi. Było oczywiste, że nie przejmuje się swoim wzrostem. Nosiła głowę wysoko, a jej ruchy były długie i powolne.
– Nie chciałabym powiedzieć nic, co mogłoby kosztować A
– Masz moje słowo.
Wzięła głęboki oddech.
– A
Przełknęła ślinę i przerzuciła ciężar ciała na drugą nogę.
– A
Przerwała i znowu spojrzała mi w oczy, jakby nie mogąc się zdecydować. I dodała:
– Przyjaciółka powiedziała mi, że A
– Tak?
– Nie mam bladego pojęcia, czy to prawda i czy powi
Poczekałam.
– A jeżeli to prawda, to ona może dużo ryzykować.
– Jak myślisz, w co mogła się wplątać?
– To jest takie dziwne. – Potrząsnęła głową i kolczyki dotknęły jej policzków. – Słyszy się o takich rzeczach, ale to nigdy nie dotyczy kogoś, kogo się zna.
Znowu przełknęła ślinę i wyjrzała przez ramię na korytarz.
– Przyjaciółka powiedziała mi, że A
Słysząc skrzypienie desek podłogi Sandy przeszła na koniec biura i wzięła do ręki kilka gazet. Kiedy Daisy Jea
9
Przepraszam – Daisy uśmiechała się ciepło. – Zawsze musisz na mnie czekać. Poznałyście się z Sandy? – Włosy znowu związane miała w ten sam nienaga
– Tak. Właśnie rozmawiałyśmy o urokach układania czasopism.
– Często proszę je o to. Kopiowanie i segregowanie. Wiem, to bardzo nudne. Ale prawdziwe badania też są nudne. Moi studenci i pomocnicy są wobec mnie bardzo cierpliwi.
Zwróciła swą uśmiechniętą twarz ku Sandy, ta odpowiedziała na swój sposób i wróciła do gazet. Zdziwiło mnie to, jak inaczej Jea
– Pozwól, że pokażę ci, co znalazłam. Chyba ci się spodoba. – Uczyniła gest w kierunku kanapy.
Usiadłyśmy, a ona wzięła z małego stolika z mosiądzu stos materiałów i spojrzała na dwustronicowy wydruk. Jej przedziałek dzielił włosy jasną linią.
– To są tytuły książek o dziewiętnastowiecznym Quebecu. Na pewno w wielu z nich znajdziesz coś o rodzinie Nicolet.
Podała mi listę, na którą zerknęłam, ale nie w głowie mi teraz była Elisabeth Nicolet.
– A to jest książka o epidemii ospy w tysiąc osiemset osiemdziesiątym piątym. Może znajdziesz w niej coś o Elisabeth i jej pracy. A na pewno da ci pojęcie o atmosferze tamtych czasów i ogromie cierpienia, jakiego doświadczyli wtedy mieszkańcy Montrealu.
Książka była nowa i w idealnym stanie, jakby jej jeszcze nikt nie czytał. Przejrzałam kilka stron, nic nie widząc. Czego to Sandy nie zdążyła mi powiedzieć?
– Ale te chyba najbardziej ci się spodobają. – Podała mi trzy woluminy, które wyglądały jak księgi rachunkowe i oparła się, nie przestając się uśmiechać, ale i przyglądając mi się badawczo.
Miały szare okładki, z ciemnoczerwoną oprawą i grzbietem. Otworzyłam ostrożnie pierwszą i przewróciłam kilka stron. Pachniała stęchlizną, jak coś, co przez lata leżało w piwnicy albo na strychu. To nie była księga rachunkowa, ale pamiętnik, napisany zdecydowanym, wyraźnym pismem. Spojrzałam na pierwszą datę: pierwszy stycznia tysiąc osiemset czterdziesty czwarty. Ostatniego zapisu dokonano dwudziestego trzeciego grudnia tysiąc osiemset czterdziestego szóstego.
– Napisał je Louis-Philippe Belanger, wuj Elisabeth. Wiadomo jest, że miał wielki talent do prowadzenia pamiętnika, więc sprawdziłam w dziale rzadkich dokumentów i przeczucie mnie nie myliło. Nie wiem, gdzie są pozostałe zapiski, jeżeli w ogóle się zachowały, ale mogłabym się dowiedzieć. Zabiją mnie, jeżeli coś się tym papierom stanie. – Zaśmiała się. – Pożyczyłam te, które obejmują okres czasu sięgający narodzin Elisabeth i krótkiego okresu po nich.
– To zbyt piękne, by mogło być prawdziwe – powiedziałam, na chwilę zapominając o A