Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 52 из 59

– Co ty wyprawiasz, Eli?

– Wejdź do drugiego pokoju.

– Przecież nie chcesz tego zrobić.

– Wiem, Myron. Obróć się i idź.

Myron podążył po krwawych śladach jak po makabrycznej wersji bostońskiego Szlaku Wolności, wymalowanej specjalnie dla niego. Na ścianie wisiały zdjęcia szkolnych drużyn, najwcześniejsze sprzed jakichś trzydziestu lat. Na wszystkich Wickner stał dumnie w otoczeniu młodych podopiecznych, uśmiechających się do mocnego słońca na jasnym niebie. Na wszystkich pary małych bejsbolistów w pierwszym rzędzie trzymały w ręku nazwy drużyn reklamujące sponsorów: SENATOROWIE – LODY FRIENDLY’EGO, TYGRYSY – WYCINKI PRASOWE BURRELÓW, INDIANIE – BUFET SEYMOURA. Dzieciaki mrużyły oczy, ruszały się i uśmiechały szczerbate. Na dobrą sprawę wyglądały jednakowo. Zadziwiające, jak mało różniły się od siebie ich kolejne roczniki. Tylko Eli się starzał. Z każdym zdjęciem na ścianie przybywało mu lat. Efekt był niesamowity.

Weszli do drugiego pokoju. Przypominał biuro. Na ścianach wisiało więcej zdjęć. Na jednym Wickner odbierał nagrodę dla najlepszego trenera Livingston. Na i

W kącie, z rękami rozpostartymi jak do ukrzyżowania, leżał na plecach szef detektywów policji w Livingston, Roy Pomeranz. Jego koszula wyglądała tak, jakby ktoś oblał ją syropem. Martwe oczy miał szeroko otwarte i suche.

– Zabiłeś partnera – powiedział Myron, ponownie do Wina, na wypadek, gdyby przyjechał za późno, a ponadto, żeby obciążyć mordercę, na użytek potomności lub z i

– Dziesięć minut temu, może mniej – odparł Wickner.

– Dlaczego?

– Usiądź, Myron. Tam.

Myron usiadł w za dużym krześle z drewnianymi szczeblinami.

Mierząc cały czas ze strzelby w jego pierś, Wickner obszedł biurko, otworzył szufladę, schował do niej pistolet i rzucił Myronowi kajdanki.

– Przykuj się do poręczy – powiedział. – Nie będę musiał mieć cię cały czas na oku.

Myron rozejrzał się po pokoju. Wóz albo przewóz. Dobrze wiedział, że jeżeli się przykuje, straci wszelkie szanse. Ale nie miał wyjścia. Wickner stał za daleko, a poza tym dzieliło ich biurko. Na jego blacie leżał nóż do otwierania listów. Łatwizna. Wystarczyło, by sięgnął, rzucił nim jak filmowy ninja i trafił wroga w szyję. Bruce Lee byłby z niego bardzo dumny.

Wickner, jakby czytając w jego myślach, uniósł nieco strzelbę.

– Zapnij je, Myron – polecił.

Nie było wyjścia. Pozostało grać na czas i liczyć na to, że Win zdąży. Myron zapiął kajdanki na przegubie lewej ręki i solidnej poręczy krzesła.

Wicknerowi opadły ramiona, nieco się odprężył.

– Powinienem był się domyślić, że założą mi podsłuch – powiedział.

– Kto?

Wickner jakby go nie słyszał.

– Tyle że do tego domu nie da się podejść niepostrzeżenie. Nie z powodu żwiru. Wszędzie umieściłem czujniki ruchu. Skądkolwiek nadejdziesz, dom rozjarzy się jak świąteczna choinka. To odstrasza zwierzęta od grzebania w śmietniku. Ale oni wiedzieli o czujnikach. Dlatego przysłali kogoś, komu mogłem ufać. Mojego byłego partnera.

– Chcesz powiedzieć, że Pomeranz przyjechał cię zabić? – spytał Myron, chcąc upewnić się, czy dobrze zrozumiał.

– Nie czas na pytania, Myron. Chciałeś wiedzieć, co zaszło. I dowiesz się. A potem… – Reszta zdania wyparowała w drodze do ust. Wickner odwrócił wzrok. – Po raz pierwszy zobaczyłem Anitę Slaughter na przystanku autobusowym na rogu Northfield Avenue, gdzie kiedyś była szkoła Roosevelta. – Jego głos nabrał policyjnej monoto

Zegar wybił godzinę. Eli obniżył lufę i zamyślił się. Myron spojrzał na kajdanki na przegubie. Krzesło było ciężkie. Nic nie mógł zrobić.

– Jej śmierć nie była przypadkowa, prawda, Eli? – spytał.

– Tak – potwierdził Wickner. – Elizabeth Bradford popełniła samobójstwo.

Wziął z biurka starą piłkę bejsbolową – pamiątkę z rozgrywek szkolnej ligi, z niewprawnym autografem jakiegoś dwunastolatka – i wpatrzył się w nią jak Cyganka w szklaną kulę.

– Tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty trzeci – rzekł z bolesnym uśmiechem. – W tym roku zdobyliśmy mistrzostwo stanu. To była świetna drużyna. – Odłożył piłkę. – Kocham Livingston. Poświęciłem temu miastu życie. Ale każde dobre miasto ma swoich Bradfordów. Pewnie dla zwiększenia pokus. Swojego węża w rajskim ogrodzie. Zaczyna się od drobnostek. Przymykasz oko na nieprawidłowe parkowanie. Odwracasz wzrok, kiedy któryś z nich przekracza prędkość… Tacy ludzie nie przekupują otwarcie, ale mają sposoby, żeby mieć cię w garści. Zaczynają od góry. Zatrzymaj Bradforda za jazdę po pijanemu, to któryś z twoich przełożonych go wypuści, a ciebie nieoficjalnie ukarzą. Koledzy też się na ciebie wkurzą, bo Bradfordowie fundują im bilety na mecze Gigantów, darmowe wycieczki i tym podobne. W głębi duszy wszyscy wiemy, że to złe. Źle robimy, lecz się z tego rozgrzeszamy. Źle robiłem. – Wskazał na ciało na podłodze. – I Roy też. Byłem pewien, że kiedyś się to na nas zemści. Tylko nie wiedziałem kiedy. Gdy klepnąłeś mnie na boisku w ramię, zrozumiałem, że nadszedł czas.

Wickner zamilkł i uśmiechnął się.

– Odbiegłem trochę od tematu, co?

Myron wzruszył ramionami.

– Mnie się nie śpieszy.

– A mnie, niestety, tak.

Wickner znów się uśmiechnął, a Myrona ścisnęło w sercu.

– Napomknąłem ci o drugim spotkaniu z Anitą Slaughter. Jak już wspomniałem, w tym dniu Elizabeth Bradford popełniła samobójstwo. O szóstej rano na komendę zadzwoniła kobieta, przedstawiła się jako pokojówka. Dopiero po przyjeździe odkryłem, że to Anita. Kiedy ustalaliśmy, co się stało, stary Bradford wezwał nas do swojej wymyślnej biblioteki. Widziałeś ją? Bibliotekę w silosie?

Myron skinął głową.

– Czekali na nas we trzech: stary, Arthur i Chance. W swoich drogich jedwabnych piżamach i szlafrokach! Stary Bradford poprosił nas o drobną przysługę. Tak to nazwał. Drobną przysługą. Jakby prosił o pomoc w przesunięciu pianina. Chciał, żebyśmy przez wzgląd na dobre imię rodziny napisali w protokole, że Elizabeth zmarła wskutek nieszczęśliwego wypadku. Nie posunął się do tego, żeby wyłożyć pieniądze na stół, ale jasno powiedział, że nas za to dobrze wynagrodzi. „Co nam szkodzi”, pomyśleliśmy z Royem. Wypadek czy samobójstwo, kogo to w sumie obchodzi. Takie zmiany to powszechna praktyka. Nic wielkiego, prawda?