Страница 30 из 59
19
Kiedy wracał do domu, zadzwoniła komórka.
– Mam informację o karcie kredytowej Slaughtera – oznajmił Win, jeszcze jeden miłośnik wymiany uprzejmości.
Dochodziła ósma.
– Nie śpisz? – spytał Myron.
– Wielki Boże. – Win odczekał chwilę. – Kto mnie wydał?
– Przypominam, że zazwyczaj śpisz do późna.
– Jeszcze nie położyłem się spać.
– Aha.
Myron o mały włos go nie spytał, co robił, ale w porę się zreflektował. Najlepiej było nie wiedzieć, co Win wyrabia w nocy.
– W ubiegłych dwóch tygodniach płacił nią tylko raz. W zeszły czwartek użył karty Discover w Holiday I
Myron pokręcił głową. Znowu Livingston. Dzień później Horace zniknął.
– Ile zapłacił?
– Równo dwadzieścia sześć dolarów. Dziwna suma.
– Dzięki.
Win rozłączył się.
Livingston. Horace Slaughter odwiedził Livingston. Myron odtworzył teorię, która chodziła mu po głowie od wczoraj. Wyglądała coraz prawdopodobniej.
Kiedy dotarł do domu, Brenda zdążyła wziąć prysznic i ubrać się. Uczesane w „kolbę kukurydzy” włosy opadały jej cudowną ciemną kaskadą na ramiona. Skóra barwy café con leche jaśniała. Jej uśmiech wkręcił mu się w serce jak korkociąg.
Miał wielką ochotę ją przytulić.
– Zadzwoniłam do ciotki Mabel – powiedziała. – Zbierają się u niej znajomi.
– Podwiozę cię.
Pożegnali się z mamą Myrona. Przestrzegła ich z całą powagą, żeby nie rozmawiali z policją bez adwokata. I żeby zapięli pasy.
– Masz wspaniałych rodziców – powiedziała Brenda w samochodzie.
– Owszem.
– Szczęściarz.
Skinął głową. Zamilkli.
– Czekam, aż jedno z nas powie: „Co do wczorajszego wieczoru” – odezwała się.
– Ja też – odparł z uśmiechem.
– Nie zapomnę go.
Myron przełknął ślinę.
– Ja też.
– Co zrobimy?
– Nie wiem.
– Zdecydowanie. Oto co lubię w mężczyźnie.
Uśmiechnął się i skręcił w Hobart Gap Road.
– West Orange jest w przeciwną stronę – powiedziała.
– Po drodze chcę na chwilę gdzieś wpaść, dobrze?
– Gdzie?
– Do Holiday I
Skąd wiesz, że nie zanocował?
– Zapłacił równo dwadzieścia sześć dolarów. To za mało jak na wynajęcie pokoju, a za dużo jak na posiłek dla jednej osoby. Poza tym to gołe dwadzieścia sześć dolarów. Bez centów. Zaokrąglasz rachunek, gdy dajesz napiwek. Najprawdopodobniej więc zjadł z kimś lunch.
– Co chcesz zrobić?
Myron leciutko wzruszył ramionami.
– Pokażę im zdjęcie Horace’a z gazety. Zobaczymy, co z tego wyniknie.
Zjechał z drogi 10 w lewo i zatrzymał się na parkingu przed Holiday I
– Zaczekasz w samochodzie? – spytał Brendę.
– Przejdę się.
W holu wisiały reprodukcje kwiatów. Dywan był jasnozielony. Recepcja po prawej. Po lewej przeraźliwie szpetna rzeźba z plastiku, która wyglądała jak dwa złączone rybie ogony.
Trwało śniadanie. W stylu samoobsługowym. Przy szwedzkim stole kręcił się zręcznie niczym w tańcu tłum ludzi – krok w przód, jedzenie na talerz, krok w tył, krok w prawo i znowu w przód. Nikt na nikogo nie wpadał w tym kłębowisku ruchliwych ust i rąk. Scena ta przywodziła na myśl mrowisko z filmu przyrodniczego na kanale Discovery.
– Na ile osób? – spytała energiczna hostessa.
Myron przybrał policyjną minę, zaprawiając ją szczyptą profesjonalnego, a zarazem przystępnego uśmiechu w stylu prezentera ABC, Petera Je
– Widziała pani tego człowieka?
Pokazał zdjęcie z gazety. Energiczna hostessa przyjrzała się fotografii. Nie spytała go, kim jest. Tak jak liczył, z jego zachowania wywnioskowała, że jest osobą urzędową.
– Źle pan trafił – odparła. – Niech pan spyta Caroline.
– Caroline? – powtórzył Myron Bolitar, detektyw papuga.
– Caroline Gundeck. To ona jadła z nim lunch.
Raz na jakiś czas dopisuje człowiekowi szczęście.
– W czwartek tydzień temu?
– Chyba tak – odparła po krótkim zastanowieniu.
– Gdzie znajdę panią Gundeck?
– W jej biurze na poziomie B. W końcu korytarza.
– Pracuje tutaj?
Na wieść, że Caroline Gundeck ma biuro na poziomie B, w mig wydedukował, że również tu pracuje. Sherlock jeden!
– Caroline pracuje tu od zawsze – odparła hostessa, przyjaźnie wywracając oczami.
– Na jakim stanowisku?
– Intendentki.
Hm! Jej zawód niczego nie wyjaśniał – chyba że Horace planował przed śmiercią wydać przyjęcie. Mocno wątpliwe. Niemniej był to konkretny trop. Myron zszedł do sutereny i szybko odnalazł biuro. Na tym jednak jego szczęście się skończyło. Pani Gundeck nie ma dzisiaj w pracy, poinformowała go sekretarka. Nie umiała powiedzieć, czy się dzisiaj zjawi. Na prośbę o numer domowego telefonu szefowej zmarszczyła brwi. Myron nie naciskał. Caroline Gundeck mieszkała w okolicy. Z uzyskaniem numeru jej telefonu i adresu nie powi
Z korytarza zadzwonił do informacji. Spytał o panią Gundeck z Livingston. Pudło. Spytał więc o panią Gundeck z East Hanover lub okolic. Bingo! Caroline Gundeck mieszkała w Whippany. Zadzwonił. Po czterech sygnałach włączyła się sekretarka. Nagrał się.
W holu zastał Brendę. Stała w kącie, z pobladłą twarzą i oczami tak rozszerzonymi, jakby przed chwilą uderzono ją w splot słoneczny. Nie zareagowała, nie spojrzała na niego, kiedy podszedł.
– Co się stało? – spytał.
Zaczerpnęła łyk powietrza.
– Już tu byłam – powiedziała.
– Kiedy?
– Dawno temu. Nie pamiętam. Mam wrażenie… a może tylko mi się tak wydaje, że byłam tu jako mała dziewczynka. Z matką.
Zamilkli.
– Czy pamiętasz…
– Nic nie pamiętam – przerwała mu. – Nie jestem nawet pewna, czy to było tutaj. Może w i
– W co byłaś ubrana? – zagadnął.
Potrząsnęła głową.
– Nie wiem.
– A w co była ubrana twoja matka?
– Jesteś doradcą w sprawach mody?
– Próbuję pobudzić twoją pamięć.
– Nic nie pamiętam. Kiedy zniknęła, miałam pięć lat. Ile można zapamiętać z wczesnego dzieciństwa?
Trudno.
– Przejdźmy się – zaproponował. – Może coś sobie przypomnisz.
Nic jednak nie wypłynęło na powierzchnię, a może nie miało co wypłynąć. Zresztą nie liczył na to. Stłumiona pamięć i podobne rzeczy nie były jego specjalnością. W każdym razie dziwny epizod z rzeźbą odpowiadał scenariuszowi. Wracając do samochodu, postanowił, że przedstawi Brendzie swoją hipotezę.
– Chyba wiem, co robił twój ojciec – powiedział.
Przystanęła i spojrzała na niego. Nie zatrzymał się. Wsiadł do auta. Brenda za nim. Zatrzasnęli drzwiczki.
– Myślę, że Horace szukał twojej matki.
Dotarło to do niej po chwili. Opadła na oparcie.
– Dlaczego? – spytała.
Zapalił silnik.
– Pamiętaj, że powiedziałem „myślę”. Myślę, że to właśnie robił. Ale nie mam konkretnego dowodu.
– Mów.
Wziął głęboki oddech.
– Zacznijmy od wyciągu jego rozmów telefonicznych. Po pierwsze, kilka razy dzwonił do biura wyborczego Arthura Bradforda. Dlaczego? Wiemy, że z Bradfordami łączyło go tylko jedno.
– To, że moja matka u nich pracowała.
– Tak. Dwadzieścia lat temu. Ale należy uwzględnić jeszcze coś. Kiedy zacząłem jej szukać i natrafiłem na Bradfordów, przyszło mi na myśl, że mogą mieć coś wspólnego z jej zniknięciem. Być może twój ojciec też doszedł do tego wniosku.