Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 23 из 59

– A co ze studiami medycznymi?

– Dostałam kolejne stypendium.

– Na tych samych warunkach?

– To i

– Z podobnym przeznaczeniem? Na naukę, twoje utrzymanie i tak dalej?

– Tak.

– Też zajmuje się tym jakiś prawnik?

Brenda skinęła głową.

– Pamiętasz jego nazwisko?

– Tak. Rick Paterson. Ma kancelarię w Roseland.

Myron chwilę się zastanawiał. Coś sobie skojarzył.

– O co chodzi? – spytała.

– Zrób coś dla mnie. Muszę zadzwonić w parę miejsc. Ochroń mnie przez chwilę przed Frau Treser.

– Spróbuję.

Brenda wzruszyła ramionami i odeszła. Magazyn był olbrzymi. Osiemdziesięciolatek siedzący przy biurku spytał Myrona o wymiary i dwie minuty później wręczył mu strój. Fioletową koszulkę, czarne skarpety w granatowe paski, biały ochraniacz na genitalia, zielone buty i oczywiście żółte spodenki z lycry.

Myron zmarszczył brwi.

– Nie zapomniał pan o jakimś kolorze? – spytał.

Staruszek puścił do niego oko.

– Mam jeszcze czerwone sportowe staniki – odparł.

Myron rozważał chwilę propozycję, lecz w końcu się nie skusił.

Włożył koszulkę i ochraniacz. Przy wciąganiu spodenek miał wrażenie, że wbija się w strój nurka. Obciskały go, co zresztą nie było nieprzyjemne. Z wyjętym telefonem komórkowym pośpieszył do pokoju trenerskiego. Po drodze minął lustro. Wyglądał jak pudełko kredek świecowych, które za długo leżało na wystawie. Położył się na ławie i zadzwonił do agencji.

– RepSport MB – odezwała się Esperanza.

– Gdzie Cyndi? – spytał.

– Na lunchu.

W oczach stanął mu obraz Godzilli pałaszującej na drugie śniadanie tokijczyków.

– Poza tym nie lubi, żeby nazywać ją Cyndi – dodała Esperanza. – Jest Wielką Cyndi.

– Wybacz mi nadmiar politycznej poprawności. Masz ten wykaz rozmów telefonicznych Horace’a Slaughtera?

– Tak.

– Dzwonił do Ricka Patersona?

– Prawdziwy Kojak z ciebie – odparła po krótkiej przerwie. – Dzwonił pięć razy.

Szare komórki natychmiast poszły w ruch. Nie wróżyło to nic dobrego.

– Były jakieś telefony?

– Dwa, od tej, co w klawiaturę stuka.

– Proszę, nie nazywaj jej tak.

Był to postęp w porównaniu z tym, jak Esperanza zwykle nazywała Jessicę (wskazówka: był to rym do słowa „stuka” bez „t”). Jeszcze do niedawna Myron żywił nadzieję na odwilż w ich wzajemnych stosunkach – Jessica zaprosiła Esperanzę na lunch – ale przekonał się, że lody między nimi mogłaby roztopić jedynie reakcja termojądrowa. Niektórzy niesłusznie brali to za zazdrość. Mylili się. Przed pięciu laty Jessica zraniła Myrona. Esperanza była tego świadkiem. Z bliska widziała, jak go to zdruzgotało.

Niektórzy długo chowają urazy. Esperanza złapała je, obwiązała się nimi w pasie, a potem umocniła cementem i superklejem Krazy.

– Po co ona właściwie tu dzwoni? – warknęła. – Nie zna numeru twojej komórki?

– Dzwoni na nią tylko w nagłych wypadkach.

Esperanza wydała z siebie odgłos, jakby dławiła się warząchwią.

– Wasz związek jest taki dojrzały – powiedziała.

– Możesz mi z łaski swojej powtórzyć, co powiedziała?

– Kazała ci zadzwonić. Do Beverly Wilshire. Apartament sześćset osiem. Na pewno bardzo „wyszukany”.

No i po postępie. Esperanza odczytała numer telefonu. Myron go zapisał.

– Coś jeszcze? – spytał.

– Dzwoniła twoja mama. Pamiętaj o dzisiejszej kolacji. Tata urządza barbecue. Dla silnej grupy cioć i wujów.

– Dzięki. Zobaczymy się po południu.

– Nie mogę się doczekać.

Odwiesiła słuchawkę.

Myron usiadł na ławie. Jessica dzwoniła dwa razy. Hm!

Druga trenerka rzuciła mu nakola

– Halo!

– Witaj, ślicznotko – powiedział z właściwym sobie wdziękiem. – Co robisz?

– Rozłożyłam twoje fotki na podłodze. Właśnie miałam się w nich wytarzać, naga i naoliwiona.

Myron spojrzał na trenerkę.

– Mogę prosić o worek z lodem? – spytał.

Trenerka spojrzała na niego pytająco. Jessica się zaśmiała.

– Wytarzać? To dobre słowo – powiedział.

– Jestem pisarką.

– Jak się ma lewe wybrzeże? – spytał.

Lewe wybrzeże. Czadowa mowa.

– Słonecznie. Za dużo tego przeklętego słońca.

– To wróć.

Chwilę milczała.

– Mam kilka dobrych wiadomości – oznajmiła.

– Tak?

– Pamiętasz firmę producencką, która zaklepała sobie mój Pokój kontrolny?

– Jasne.

– Chcą, żebym wyprodukowała film według tej książki i do spółki napisała scenariusz. Super, co?

Myron nie odpowiedział. Klatkę piersiową ścisnęła mu stalowa taśma.

– Będzie świetnie – ciągnęła ostrożnie, siląc się na pseudowesoły ton. – Będę przylatywać na weekendy. A ty też możesz czasem przylecieć tutaj. Zarzucić sieci na Zachodnim Wybrzeżu, złapać nowych klientów. Będzie świetnie.

Milczał. Trenerka skończyła bandażować kolano i wyszła. Myron bał się odezwać. Minęły sekundy.

– Nie bądź taki. Wiem, że cię to nie cieszy. Ale uda się. Obłędnie za tobą tęsknię, przecież wiesz, ale w Hollywood zawsze knocą moją prozę. To dla mnie wielka szansa.

Myron otworzył usta, zamknął i powiedział:

– Proszę, wróć.

– Myron…

Zamknął oczy.

– Nie rób tego.

– Nic nie robię.

– Uciekasz ode mnie, Jess. To ci wychodzi najlepiej.

– Jesteś niesprawiedliwy – odparła po chwili.

– Mam gdzieś sprawiedliwość. Kocham cię.

– A ja ciebie.

– No to wróć.

Mocno ściskał telefon. Mięśnie miał napięte. Z daleka doszedł go świst piekielnego gwizdka trenerki Podich.

– Nadal mi nie ufasz – powiedziała cicho Jessica. – Wciąż się boisz.

– A ty zrobiłaś wszystko, żeby rozproszyć moje obawy, co? – spytał, zdziwiony ostrością swojego tonu.

Znów odżył w nim przykry obraz sprzed pięciu lat. Doug. Na imię miał Doug. A może Dougie? Tak, na pewno. Znajomi nazywali go Dougie. Sie masz, Dougie, zabalujemy? Pewnie nazywał ją Jessie. Dougie i Jessie. Pięć lat temu. Kiedy ich przyłapał, jego serce rozsypało się w proch.

– Nie zmienię tego, co się stało – odparła.

– Wiem.

– Więc czego ode mnie chcesz?

– Chcę, żebyś wróciła do domu. Chcę z tobą być.

W słuchawce rozległy się trzaski. Trenerka Podich zawołała go po nazwisku. Poczuł, jakby w piersi zawibrował mu kamerton.

– Robisz błąd – powiedziała Jessica. – Wiem, że miałam pewne kłopoty z zaangażowaniem się…

– Pewne?!

– …ale mylisz się. Ja nie uciekam. Stwarzasz sztuczny problem.

– Być może. – Zamknął oczy. Z trudem oddychał. Powinien zakończyć rozmowę. Powinien być twardszy, unieść się dumą, przestać wreszcie nosić serce na dłoni, przerwać połączenie. – Wróć do domu. Proszę.

Czuł dzielącą ich odległość – cały kontynent – ich głosy mijały miliony ludzi.

– Oboje weźmy głęboki oddech – powiedziała. – Może to nie jest rozmowa na telefon.

Znów nie odpowiedział.

– Posłuchaj, mam spotkanie – dodała. – Porozmawiamy później, dobrze?

Zakończyła rozmowę, a on został z głuchą słuchawką w ręce. Sam. Wstał. Trzęsły mu się nogi.

W drzwiach powitała go Brenda. Na szyi miała ręcznik. Jej twarz lśniła od potu. Wystarczyło jej jedno spojrzenie.

– Co się stało? – spytała.

– Nic.

Nie uwierzyła mu, ale nie chciała naciskać.

– Ładny kostium – powiedziała.

Myron przyjrzał się swojemu strojowi.

– Przymierzałem się też do czerwonego stanika – odparł. – Dopiero zadałbym szyku!

– Palce lizać.

– Chodźmy – rzekł, zdobywając się na uśmiech.

Ruszyli korytarzem.

– Myron?

– Tak?

– Dużo mówiliśmy o mnie. – Brenda nie patrzyła na niego. – Nie zaszkodziłoby czasem zamienić się rolami. To mogłoby być miłe.