Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 8 из 70

Moje spojrzenie jest zbyt natarczywe. Odwraca głowę, patrzy. Jej wzrok napotyka mój, ucieka natychmiast, wraca na chwilę. To kobieta około trzydziestu pięciu lat, cudowna.

Przed kolacją idę na spacer, żeby się uspokoić. Wypuściłem koszulę na szorty, żeby zakryć wstydliwe miejsce; całe szczęście, bo inaczej nie wiem, jak bym wyglądał stojąc podczas podniesienia.

Siedzi dokładnie naprzeciwko mnie. Położyłem stopę na jej stopie. Odczekała kilka chwil, akurat trochę więcej, niżby to wynikało z zaskoczenia, po czym cofnęła nogi. Druga zako

Dobry Boże, jak ja jej pragnę! Czuję aż ból w całym ciele. Pożądanie rozrywa mi plecy i żołądek, a ta kolacja nie ma końca. Na szczęście tutaj chodzi się wcześnie spać. Mówię wszystkim dobranoc i idę się przejść po terenie misji. Wkrótce obie siostrzyczki idą do siebie. W kilka minut później pani od konfitur gasi swoją świeczkę. Moja mado

Czekam niecierpliwie w cieniu. Teraz idzie się położyć boy. Zostało już tylko światło w okienku łazienki. Wreszcie wychodzi, ponownie ubrana, z lampą naftową w ręku, i rzucam się do przodu. Jest to pierwsza biała kobieta, do jakiej zbliżam się od miesięcy, i wszystkie bum-bum są niczym w porównaniu z tym, co pcha mnie ku niej.

Wzdryga się na mój widok. Nie daję jej czasu na opór, a zresztą nie ma wcale na to ochoty. Wbiegamy razem do jej pokoju i zamykam drzwi.

Jest rozpalona, gotowa. Nie wypowiadamy słowa i padamy sobie w objęcia.

W tym pokoju o gołych ścianach, pod małym drewnianym krucyfiksem, przeżyłem jedną z moich najwspanialszych miłosnych nocy, po której wstaję wcześnie, o wiele za wcześnie, następnego ranka. Chronię się w swoim pokoju, gdzie Miguel jeszcze śpi. Moje ramiona i plecy pieką strasznie, poorane paznokciami mojej towarzyszki jednej nocy. W kilka godzin później wymieniamy ostatnie spojrzenia. Ona musi jechać daleko na północ, towarzysząc choremu Murzyniątku w drodze do lekarza. Jest to spojrzenie ukradkowe, które prześlizguje się między księdzem a grubą, zasypującą ją zaleceniami i przestrogami. Amore mio… Wsiada do citroena 2 CV misji i odjeżdża.

Gruba od konfitur opatruje stopy Miguela, po czym wkrótce ruszamy w drogę.

– Y, entonces, que pasa? Co jest?

Miguel bardzo by chciał, żebym mu opowiedział, ale szybko rozumie, że lepiej, żeby dał spokój. Przesiedziałem tak kilka godzin, wspominając tę cudowną noc, przeżywając raz jeszcze te chwile uniesienia najsilniejszego, jakiego nie zaznałem od dawna.

Wreszcie ruszyliśmy na południe.

Bangui. Potrzebowaliśmy jeszcze tygodnia na dotarcie do stolicy Republiki Środkowoafrykańskiej. Miasto leży na brzegu rzeki Oubangui, po drugiej stronie jest już Zair. Nad rzeką znajduje się największa budowla miasta: hotel Rock, wygodny i klimatyzowany. Tam udajemy się najpierw, a ściślej do baru, w którym zostawiam Miguela. Sam idę na mały spacer po mieście.

Bangui, o czym wiem, bo czytałem w folderach hotelu Rock, zwana jest La Coquette – Elegantka. W czasie spaceru widzę, że jest to uzasadnione. Stolica przypomina małe prowincjonalne miasta francuskie, z tymi swoimi domami w stylu kolonialnym i spokojnymi ulicami. Naturalnie Afryka zaczyna ponownie upominać się o swoje prawa. Ściany są coraz częściej obdrapane, tablice z nazwami ulic powykrzywiane, wszędzie panuje bałagan, ale pozostaje atmosfera, całkiem przyjemna po ponad miesiącu spędzonym w buszu.

Mam tylko nadzieję, że miejskie czarnuchy nie będą się mnie zbytnio czepiać. Już i tak o mały włos nie rozbiłem mordy środkowoafrykańskiemu celnikowi, który nie chciał nas wpuścić do kraju. Musiał oglądać mój paszport dobrych pięć minut, żeby znaleźć zdjęcie, zdać sobie sprawę, że trzyma je na odwrót, obejrzeć je, kazać nam poczekać, podrapać się w jaja, zanim wreszcie zdecydował się nas przepuścić.

Jest tu jeden czarnuch, który wydaje się być całkiem zadowolony z siebie. Wszędzie na ulicach Bangui widać transparenty: �Dożywotni Prezydent Jean-Bedel Bokassa". Na ścianach, wszędzie, plakaty i zdjęcia: �Generał Jean-Bedel Bokassa, Dożywotni Prezydent". Ten przynajmniej umie zadbać o reklamę.

Odnajduję Miguela w hotelu i widzę, że nie tracił czasu. Daje się właśnie poderwać jakiejś Europejce, tłustawej i zupełnie przeciętnej. Miguel wygląda całkiem poczciwie. Skóra spalona przez słońce, włosy wyblakłe i bardzo krótkie, jego wygląd solidnie się zmienił. Rozśmiesza mnie, kiedy widzę go z puszką neski pełną trawki i Biblią na kolanach, jak nieśmiało przygruchuje sobie po francusku dziewczynę zasłaniając sobie usta dłonią, co stało się jego nowym tikiem, mającym na celu ukrycie braku przedniego zęba. Moje lekcje francuskiego dały owoce, bo dziewczyna patrzy w niego jak w obraz.

Ona też utknęła tutaj. Przyjechała do Afryki z mężem, wysłanym służbowo. On wrócił, ona została. Biedaczka zaznała wszystkich możliwych nieszczęść. We Francji była całkowicie anonimowa, prowadziła ciężkie życie, jej seks był prosty i nieciekawy.

Afrykańskie słońce rozbudziło jej zmysły i wreszcie odkryła w sobie zdolności uwodzicielskie. Tutaj podobała się. Była pożądana i szybko ustąpiła pod naporem argumentów czarnuchów, złaknionych cywilizacji.

Jej dom wkrótce zapełnił się boyami do wszystkiego i jej życie zmieniło się. Któregoś dnia jej mąż miał tego dość. Początkowo, choć zaskoczony, był wyrozumiały, lecz szybko zmęczył się i ten tchórz bez serca zostawił ją samą na pastwę goryli. Od tej pory dziewczyna zarabia na ulicy.

Jest to w Afryce przypadek klasyczny, i liczne są, piękne romanse, które umierają na tym kontynencie.

Poza tym jest miła, jakby lekko zmęczona tymi wszystkimi przygodami. Miguel ją pociąga, i szybko zaprasza nas do siebie, do domu, który dzieli ze swoimi środkowoafrykańskimi koleżankami. Tak jak się domyślałem, ten dom to po prostu burdel zamieszkany przez grupę dziewczyn mniej więcej z jednej rodziny. Jest tu dosyć duże zaniedbane podwórze, otoczone sporą liczbą pokoi. W jednym kącie około dziesięciu dzieciaków siedzi spokojnie i bawi się z psem. Osiem czy dziesięć koleżanek Francoise leży w spódnicach, z gołymi piersiami, z oczami zaczerwienionymi od dymu papierosowego, dookoła rozżarzonego piecyka. Francoise przedstawia nas:

– Miguel i Charlie. To kumple. Właśnie przyjechali i są bez forsy.

Po czym bierze Miguela za rękę i znikają w jednym z pokoi. Dziewczyny patrzą, jak siadam obok nich, nie przywiązując do mojego przybycia szczególnej wagi. Aby przełamać lody, robię grubego skręta i puszczam w obieg, co zostaje przyjęte bez problemów.

Nie wiem, co robić. Zwykle jest tak, że to ja rżnę dziewczynę, a Miguel czeka. Na szczęście atmosfera jest przyjemna. Dziewczyny pociągają ogromne sztachy z mojego skręta. Przychodzi jeszcze jedna z jakimiś ciastkami, i

Widać, kto tu jest szefem, to wysoka dziewczyna, która poczęstowała mnie kawą, wydaje i

W pewnym momencie moja sąsiadka z lewej wstaje, to mała kobietka z lasem zaplecionych warkoczyków na głowie, i zdejmuje spódnicę, pod którą nie ma niczego. Naturalnym ruchem rozsuwa nogi. Schylając głowę kładzie pod krocze małe lusterko i zaczyna się drapać palcem wskazującym. Na lusterko spada pełno małych wszy, słychać ich uderzenia o szkło. Cierpliwie drapie aż do chwili, kiedy nic już nie zostało, po czym zsypuje wszystko z lusterka w ogień i zakłada spódnicę. Musiałem się roześmiać na ten widok, bo Aissa śmieje się patrząc na mnie. Wydaje się, że czuje do mnie sympatię. Robię drugiego skręta i podaję jej, a ona siada koło mnie, połyka ogromny kłąb dymu, i mówi: