Страница 7 из 70
Krzywi się, myśli, i w końcu się godzi.
Od następnego ranka rozpoczyna się turniej, na maleńkim kawałku pnia drzewa. Kobieta na nowo podjęła pracę, o parę metrów od nas. Patrzy, jak gramy, obojętnie, i przerywa swoje zajęcie jedynie, by iskać któreś ze swoich Murzyniątek, które od czasu do czasu przychodzi szukać schronienia przy jej kolanach. Jej mąż wrócił wczoraj późno wieczorem, a dziś rano ponownie wyruszył w busz, z łukiem i strzałami na plecach.
Wygrywam wszystkie partie tego pierwszego dnia, doprowadzając do wyniku 6 do 12, kiedy mąż wieczorem wraca, najwyraźniej z pustymi rękoma. Idę spać dobrej myśli. Zmniejszyłem swój handicap o połowę. Jutro, najdalej pojutrze, niebieska spódnica i śniące mi się po nocach pośladki będą moje.
Następnego dnia wieczorem jestem już mniej pewny siebie. Miguel wygrał dziś jedną partię. Nie dość, że zmniejszyło to mój margines bezpieczeństwa, w dodatku zaskoczyła mnie jego taktyka.
W ciągu dnia stawka tej walki, niecierpliwie oczekująca swojej zapłaty, przyszła dowiedzieć się, jak sprawy stoją. Ale te kawałki drewna na papierku nic dla niej nie znaczą.
Podnosi spódnicę i potrząsa tyłkiem przed moim nosem, wskazując na bransoletkę Miguela.
To szczere wyznanie miłości podwyższa mi ciśnienie, zaćmiewa umysł i sprawia, że przegrywam partię. Miguel dobrze wykorzystał moje lekcje, przecież grywamy tak już od miesiąca, odkąd idziemy tą drogą. Dziś wieczór jest 11 do 13, a ja sądziłem, że wygram w ciągu tego dnia.
Rankiem trzeciego dnia ten sukinsyn wygrywa pierwszą partię. 11 do 14. Przez cały dzień walczę jak wariat, bo forma Miguela rośnie. Nie doceniłem go. Bardzo inteligentnie wybrał taktykę systematycznej obrony, o którą rozbijają się wszystkie moje ataki. Następnie wykorzystując moje osłabienie pozwala sobie na luksus paru posunięć, które odpieram z najwyższym trudem.
Kiedy wraca mąż, nadal z pustymi rękami, mamy remis 14 do 14.
A kobieta coraz bardziej się niecierpliwi.
Za obopólną zgodą postanawiamy odłożyć decydującą partię na jutro, żeby przedtem dobrze wypocząć. Przez cały wieczór nie zamieniamy słowa, jemy podpłomyki przyniesione przez kobietę i kładziemy się spać nie mówiąc sobie dobranoc.
Następnego dnia rano po obu stronach pnia zasiadają wrogowie.
Przemyślałem swoją technikę. Przesunąłem pień tak obliczając jego nowe położenie, żeby Miguelowi przez cały dzień słońce paliło kark. Wszystkie chwyty dozwolone. Sześć godzin później, kiedy zbliża się pora powrotu męża, przegrałem.
Ma mnie. Królowa, goniec i jeszcze cholerny pionek. Parę dalszych ruchów i dostaję mata, nic się nie da zrobić. Podnoszę głowę, patrzę na niego, a on daje upust swojej radości. Jednym susem podrywa się, chwyta trąbkę i wypuszcza ku niebu przeciągły dźwięk triumfu.
Skurwiel!
Nie ma dwudziestu rozwiązań. Wygra, i będę musiał go ogłuszyć, żeby zabrać mu bransoletkę. Ze wszystkich sił dmie w trąbkę, śmieje się i tańczy.
Przepraszam cię, Miguel, walnę cię bez złości, ale jest poza dyskusją, żebym miał zostać pozbawiony mojej przyjemności.
Miguel w końcu odkłada trąbkę, siada, kieruje ku mnie szeroki dziurawy uśmiech i wyciąga rękę, żeby mnie wykończyć. Tuż przed zrobieniem ruchu poprawia położenie małego pionka, który właśnie ma spaść, na brzegu kartki.
Skaczę na równe nogi.
– Dotknięte! Dotknięte!
– Co, przecież by spadł!
– Dotknięte, musisz zagrać pionkiem, którego dotknąłeś. Takie są zasady.
W takich sytuacjach moja zła wola nie zna granic, i nic na to nie można poradzić. Powołuję się na międzynarodowe przepisy szachowe, odpowiada, że nigdy ich nie stosowaliśmy.
– Właśnie, najwyższy czas. Dość już tego kantowania.
W mniej niż pół godziny później podchodzę triumfalnie do mojej wymarzonej, z bransoletą w ręku, po uprzednim postawieniu Miguela na straży, żeby nie dostać strzałą od zazdrosnego męża.
Murzynka śmieje się i chce zaciągnąć mnie do chaty. Zatrzymuję Ją i gestem każę dalej tłuc proso. Właśnie tak ją chcę mieć. Zabiera się do roboty, a ja nareszcie unoszę niebieską spódnicę.
Niesamowita rozkosz, zupełnie wyjątkowa, lecz niestety zbyt krótka.
Ale, po raz pierwszy odkąd rżnę się w Afryce, mam wrażenie, że przyjemność jest wspólna. Jedną ręką tłukąc proso moja zdobycz nie wypuszcza z drugiej swojej bransoletki, szczebiocąc radośnie; od czasu do czasu odwraca się do mnie, zaaferowanego za jej plecami, pokazuje mi bransoletkę i uśmiecha się błyskiem wszystkich zębów. Ach! Miłość!
Następnego dnia odeszliśmy bardzo szybko, bo mąż, który znów powrócił z pustymi rękami, za wszelką cenę chciał również dostać prezent. Jednakże, chociaż zapewnił nas, że także umie tłuc proso Miguel, na którego wypadała kolej, wolał nie skorzystać.
Następnego dnia Miguel nadal boczy się na mnie. Kuleje parę kroków za mną, z głową uparcie opuszczoną ku ziemi. Ponieważ ze swej strony nie robię najmniejszego wysiłku, żeby nawiązać rozmowę, maszerujemy w milczeniu. Pochłonięci swoimi myślami przechodzimy niepostrzeżenie przez maleńką wioskę, składającą się z czterech czy pięciu chat.
Właśnie z niej wychodzimy, kiedy wyrywa nas gwałtownie z zamyślenia ostry i nieprzyjemny dźwięk gwizdka. Odwracam się i widzę, jak kilka metrów za nami jakiś karzeł zbliża się wymachując rękami, a na szyi ma gwizdek. Facet jest mały, pomarszczony, w mundurowej marynarce z odznaczeniami i w szortach, slipach czy kalesonach; wrzeszczy:
– Co to ma znaczyć! Co? No!
Patrzymy nie rozumiejąc, a tamten wydziera się jeszcze głośniej:
– Nie wolno chodzić nago po obszarze zabudowanym. Takie są przepisy! No!
Jak to nago? Po prostu nie mamy koszul, to wszystko. Co do reszty to nasze szorty są na pewno porządniejsze niż jego, a poza tym na tym kontynencie wszyscy chodzą na golasa! Jego obszar zabudowany liczy trzy domki: chodzi mu po prostu o wyłudzenie forsy od "szefów". Daję znak, żeby się zmywał, i odwracamy się od niego, żeby iść w dalszą drogę.
Mały dmucha co sił w płucach w ten swój gwizdek, podbiega do nas i rzuca się na Miguela.
– Co to ma znaczyć! A przepisy, co? Trzeba zapłacić karę! Miguel wyrywa się jak może, usiłuje się odsunąć. Rzuca mi pytające spojrzenie, więc potakuję:
– Wal.
I Miguel zabiera się do roboty, uderzeniami pięści i trąbki. Wykańcza kopniakami, kiedy gliniarz leży już na ziemi. Sam dokładam parę kopnięć sandałem, bez specjalnej nienawiści, ale dlatego, że zawsze przyjemnie jest dołożyć władzy. Gotów jestem zapomnieć o incydencie, ale Miguel jest i
– Wystarczy, spływamy.
Miguel wściekle wciska gwizdek w usta gliniarza, wzdycha, wzrusza ramionami i idzie za mną. Jeszcze długo słyszymy w tyle dźwięk gwizdka, najpierw gniewny, potem coraz bardziej rozpaczliwy.
Dzień kończy się zdecydowanie dobrze, jako że w parę godzin po naszym złym uczynku zatrzymujemy się na noc w misji katolickiej. Misja to zawsze przyjemne miejsce, bo trzeba przyznać, że księża jadają dobrze. Po kąpieli boy prowadzi nas na mszę.
Ksiądz chyba nie zarabia zbyt wiele. Oprócz trzech czarnuchów i nas dwóch w kościele są tylko dwie zako
Twarz włoskiej mado
Jest ubrana na granatowo, bez cienia kobiecości. Nie przeszkadza mi to jej się przyglądać, obserwować jej ciało poprzez gruby materiał, a krągłości, które odgaduję, doprowadzają mnie do szału. Śpiewa trzymając mszał w dłoniach. Ruch jej warg czyni jeszcze trudniejszym do zniesienia to pragnienie, które wzbiera we mnie od chwili, kiedy ją zobaczyłem.