Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 3 из 30

Przytrzymywaliśmy lekko drżące kolana, przeżuwaliśmy mewie łajno na papkę, byliśmy średnio zaciekawieni, na wpół zmęczeni, na wpół pochłonięci, liczyliśmy kutry płynące w szyku, czepialiśmy się widoku kominów statku szpitalnego, wypuszczających wciąż jeszcze pionowo dym, spoglądaliśmy na siebie z ukosa – długo tkwił tam na dole! – mewy zataczały kręgi, fale nad dziobem bulgotały, załamywały się na podstawie wymontowanego działa dziobowego – klaskanie za mostkiem, gdzie między wentylatorami woda odbijała się, liżąc wciąż te same nity, wapno pod paznokciami, swędzenie suchej skóry, migotanie, dolatujący z wiatrem terkot silników, odciśnięte pośladki, na wpół sztywne członki, siedemnaście topoli pomiędzy Brösen a Clettkau – wtedy nagle wyprysnął: z siną brodą, żółtawy ponad kośćmi policzków, z przedziałkiem dokładnie na środku głowy, porwał za sobą wodę w luku i po kolana w wodzie zatoczył się na dziobie, chwycił się sterczącej podstawy działa, opadł na kolana, patrzył nieprzytomnie, musieliśmy go wciągnąć na mostek. Ale chociaż ciekła mu jeszcze woda z nosa i kącików ust, pokazał nam swój łup: stalowy śrubokręt z jednej sztuki. Było to narzędzie angielskiego pochodzenia. Widniał na nim napis: Sheffield. Ani odrobiny rdzy, bez szczerb, jeszcze pokryty warstwą tłuszczu – woda zbierała się na nim w kuleczki, staczające się w dół.

Ten ciężki, powiedzmy niezniszczalny śrubokręt Joachim Mahlke nosił stale przeszło rok, uwiązany na sznurowadle u szyi, nawet wtedy, gdy rzadziej lub nawet wcale nie wypływaliśmy do krypy, i uprawiał w stosunku do niego rodzaj kultu, pomimo, a może właśnie dlatego, że był katolikiem; dawał go na przykład przed lekcją gimnastyki profesorowi Mallenbrandtowi na przechowanie w obawie przed kradzieżą i zabierał nawet do kaplicy Marii Pa

On i jego angielski śrubokręt nie mieli daleko do kaplicy Marii Pa

Ponieważ jednak, pomimo barwnych obrazów i ozdobnych dekoracji, pochodzących z piwnic i rupieciarni prawie wszystkich kościołów parafialnych biskupstwa, a nawet od prywatnych właścicieli, sportowy charakter wnętrza kaplicy Marii Pa

W neogotyckim, z końcem dziewiętnastego stulecia zbudowanym z cegieł kościele Serca Jezusowego, który wznosił się poza osiedlami, w pobliżu dworca podmiejskiego, stalowy śrubokręt Joachima Mahlkego wydawałby się czymś rażącym i świętokradczo brzydkim. W kaplicy Marii Pa

Nieprawda! Mojej uwagi ten przedmiot na pewno by nie uszedł. Kiedy tylko służyłem do mszy, nawet podczas modlitwy na stopniach ołtarza starałem się zawsze mieć ciebie na oku, i to z kilku powodów; ale ty widocznie nie chciałeś do tego dopuścić, chowałeś śrubokręt na sznurowadle pod koszulę i dlatego miałeś wyraźne, przypominające kształtem śrubokręt plamy od smarów na materiale koszuli. Mahlke klęczał – patrząc od strony ołtarza – w drugiej ławce po lewej stronie i spojrzenie szeroko otwartych, zdaje mi się, jasnoszarych, zaognionych od nurkowania i pływania oczu kierował ku Matce Boskiej, ku jej ołtarzowi.

…a pewnego dnia – nie pamiętam, którego to było roku: czy podczas pierwszych letnich wakacji na krypie, wkrótce gdy skończyła się draka we Francji, czy następnego lata? – pewnego gorącego, parnego dnia, kiedy w ogólnym kąpielisku panował tłok, chorągiewki zwisały sflaczałe, ciała pęczniały, kioski z napojami chłodzącymi robiły duże obroty, spalone stopy przebiegały po kokosowych chodnikach przed zamkniętymi kabinami, pełnymi chichotów, pomiędzy rozbrykanymi dziećmi, które tarzały się, brudziły, rozcinały sobie nogi, i kiedy pośród dzisiejszego dwudziestotrzyletniego pokolenia, u stóp troskliwie pochylonych dorosłych, mniej więcej trzyletni bachor uderzał monoto

Rzuciliśmy się na ochłodzoną wiatrem, a zarazem rozpaloną rdzę i mewie łajno i nic nas nie mogło poruszyć z miejsca, podczas gdy Mahlke zdążył już dwa razy być na dole. Wrócił z czymś ciężkim w lewej ręce, szperał w dziobie i w kubryku, w na wpół przegniłych, bezwładnie zwisających lub wciąż jeszcze mocno napiętych hamakach i pod nimi, w morszczynowych zaroślach, pośród rojów migocących kolek i pierzchających minogów, w pozarastanych i rozmokłych rupieciach, będących ongiś workiem mata Witolda Duszyńskiego albo Lisińskiego, i znalazł brązową plakietkę wielkości dłoni, na której po jednej stronie, pod małym, wypukłym polskim orłem widniało nazwisko jej właściciela oraz data przyznania, po drugiej zaś płaskorzeźba wąsatego generała: po chwili pocierania piaskiem i sproszkowanym łajnem mew napis obiegający plakietkę objaśnił nas, że Mahlke wydobył na światło dzie