Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 1 из 30

Günter Grass

Kot i mysz

Dzieła Güntera Grassa pod redakcją SŁAWOMIRA BŁAUTA I JOANNY KONOPACKIEJ

Przełożyli Irena i Egon Naganowscy

Tytuł oryginału Katz und Maus

I

…a pewnego dnia, kiedy Mahlke nauczył się już pływać, leżeliśmy na trawie koło boiska do gry w palanta. Właściwie miałem pójść do dentysty, ale oni mnie nie puścili, ponieważ trudno mnie było zastąpić. Mój ząb podnosił gwałt. Kot skradał się na skos przez łąkę i nikt w niego nie rzucał kamieniami. Niektórzy żuli albo skubali źdźbła. Kot był własnością zarządcy boiska i miał czarną sierść. Hotten So

Ale ja, który pokazałem twoją mysz temu kotu i wszystkim i

A przecież nikt z nas, chudych, długorękich chłopaków, przykucniętych na resztkach kapitańskiego mostku, z kolanami sterczącymi na boki, nie zażądał od Mahlkego, żeby jeszcze raz nurkował do wnętrza pomieszczeń dziobowych zatopionego minowca i sąsiadującej z nimi maszynowni i odkręcał coś swoim śrubokrętem – gwint, kółko albo coś fantastycznego: szyldzik mosiężny, zapisany gęsto po polsku i po angielsku wskazówkami obsługi jakiejś maszyny; obsiedliśmy bowiem wszystkie sterczące nad poziom wody nadbudówki mostku byłego, spuszczonego w Modlinie na wodę, w Gdyni wykończonego, polskiego minowca klasy „Czajka”, który zatonął przed rokiem na południowy wschód od boi kierunkowej”, a więc poza obrębem toru wodnego, nie hamując ruchu statków.

Od tego czasu wiele łajna mewiego zaschło na rdzy. Mewy, wypasione i gładkie, z oczkami jak szklane paciorki po bokach główek, latały przy każdej pogodzie, niekiedy tuż ponad resztkami kabiny nawigacyjnej, tak nisko, że można by je chwycić, to znów wysoko w górze, chaotycznie lub według planu, którego niepodobna było odcyfrować, pryskały w locie śluzowatym łajnem i nie trafiały nigdy w miękką toń morza, tylko zawsze w zardzewiałe nadbudówki mostku. Twarde, matowe, przypominające wapno grudki odchodów leżały gęsto obok siebie albo też kupkami jedne

na drugich. I zawsze, ilekroć siedzieliśmy na wraku, czyjeś paznokcie nóg czy rąk usiłowały oderwać te grudki. Dlatego właśnie łamały nam się paznokcie, a nie dlatego, żebyśmy je obgryzali – z wyjątkiem Schillinga, który stale to robił i miał paznokcie jak nity. Tylko Mahlke posiadał długie, chociaż zżółkłe od ciągłego nurkowania, paznokcie i zachowywał je w tym stanie, bo ani ich nie ogryzał, ani nie wyskubywał mewiego łajna. On jeden też nigdy nie jadł odskrobanych ekskrementów, podczas gdy my żuliśmy wapie

Kiedy wkrótce po wybuchu wojny Joachim Mahlke skończył czternaście lat, nie umiał ani pływać, ani jeździć na rowerze, w ogóle niczym się nie wyróżniał i nie miał jeszcze owego jabłka Adama, które później zwabiło kota. Był zwolniony z gimnastyki i pływania, ponieważ przedstawił zaświadczenie lekarskie, stwierdzające, że jest chorowity. Zanim jeszcze Mahlke nauczył się jeździć na rowerze i sztywny, zaciekły, z odstającymi czerwonymi uszami i wygiętymi na boki kolanami, które skakały w górę i w dół, przedstawiał komiczny widok, zgłosił się w czasie zimowego sezonu w krytej pływalni w Niederstadt [1] na naukę pływania, ale zrazu przydzielono go do suchej zaprawy razem z chłopcami od ośmiu do dziesięciu lat. Jeszcze i następnego lata nie dał rady. Kąpielowy w Brösen, typowa postać kąpielowego z cienkimi, pozbawionymi owłosienia nogami, dźwigającymi tułów jak boja, ciasno opięty materiałem zakrywającym marynarski tatuaż, musiał najpierw pomusztrować Mahlkego na piasku, a potem wziąć go na wędkę. Kiedy jednak odpływaliśmy mu każdego popołudnia sprzed nosa i opowiadali potem cuda o zatopionym minowcu, nabrał potężnego rozpędu, w ciągu dwóch tygodni nauczył się i zaczął pływać swobodnie.

Z powagą i pilnie sunął pomiędzy molem z dużą trampoliną i zakładem kąpielowym tam i z powrotem i nabrał już pewnej wprawy, kiedy rozpoczął koło falochronu mola ćwiczenia w nurkowaniu; początkowo wydobywał zwykłe bałtyckie muszle, potem nurkował po butelkę z piaskiem, którą rzucał dosyć daleko. Widocznie w krótkim czasie doprowadził do tego, że za każdym razem podnosił z dna swoją flachę, bo kiedy zaczął nurkować u nas, z okrętu, nie był już początkującym.

Błagał, żebyśmy pozwolili mu popłynąć z nami. Zamierzaliśmy właśnie, sześciu czy siedmiu chłopa, rozpocząć nasz codzie

– Weźcie mnie ze sobą. Na pewno dam radę.

Na szyi wisiał mu śrubokręt i odwracał uwagę od grdyki.

– No, dobrze! – Mahlke popłynął z nami, prześcignął nas pomiędzy pierwszą a drugą łachą, a myśmy nie zadali sobie trudu, żeby go dogonić.

– Niech się wyhasa!

Kiedy Mahlke płynął żabką, śrubokręt tańczył wyraźnie pomiędzy jego łopatkami, ponieważ miał drewniany trzonek. Kiedy płynął na wznak, drewniany trzonek skakał mu po piersi, ale nigdy zupełnie nie zasłaniał owej fatalnej chrząstki pomiędzy podbródkiem a obojczykami, która pruła wodę niby płetwa grzbietowa i pozostawiała za sobą ślad na wodzie.

[1] Wszystkie nazwy miejscowości, dzielnic, ulic itp. na terenie byłego Wolnego Miasta Gdańska zgodnie z zastosowaną przez autora konwencją pozostawiono w brzmieniu niemieckim.