Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 17 из 44

– Przedobrzyłeś, bracie – powiedział Conrad widząc, że Joh

Joh

– Dlaczego zemdlałem? – zapytał, aby cokolwiek powiedzieć.

– Brian cię uśpił. Musieliśmy cię jakoś od niej oderwać, bo żądał tego Prezydent.

Zamknął oczy. Poleżał jeszcze chwilę odpoczywając, aż dali mu znak, że może wstać i zacząć się ubierać. Właśnie kończył, gdy wszedł sekretarz Prezydenta oznajmiając, iż ten czeka na nich z lunchem w sali bankietowej.

Lekarze spojrzeli na siebie z nagłą otuchą i wyraźnie poweselały im pyski. Sanitariuszom też poprawił się humor. Wszyscy poczuli się lepiej. Wszyscy oprócz Joh

Prezydent przyjął ich w wielkiej sali, w której niemal ginęła jego drobna figura. Był kordialny i uśmiechnięty. Przeprosił pielęgniarzy j odesłał ich gdzieś, a trzech gości poprowadził do stolika mieszczącego się z powodzeniem w ście

Cieszę się – zagaił Prezydent, smarując grzankę masłem – że możemy wreszcie spokojnie porozmawiać. Powiedz mi, ile ty masz lat, Joh

– Trzydzieści dwa.

Prezydent zakrztusił się. Długo kaszlał, ale na propozycję postukania po plecach przecząco potrząsał głową. Wreszcie uspokoił się, lecz jeszcze jakiś czas jego twarz miała prawie buraczkowy kolor.

– Wybacz moje zachowanie, ale wyglądasz dużo starzej. Stąd moje zaskoczenie.

Joh

– Już prawie piętnaście lat jesteś Procreatorem, a wiec niedługo emerytura?

– Raczej renta – powiedział Joh

– Hm, to pięknie – wymamlał gospodarz pełnymi ustami – to chyba wspaniałe uczucie mieć tyle dzieci, co ty, Joh

Nalał do kieliszków szampana, rocznik przedwoje

Joh

– Właśnie pomyślałem sobie – ciągnął Prezydent, odstawiając kieliszek – że moglibyśmy w uznaniu twych niebagatelnych zasług przyśpieszyć twoje odejście, na przykład o pół roku. Jednocześnie skróciłoby się o ten sam okres ustawowy wiek prokreacji i wszystko byłoby w najlepszym porządku! Czyż to nie jest wspaniały plan, chłopcy?

Lekarze rozpromienili swe gęby, choć widać było po nich, że zostali całkiem zaskoczeni tym pomysłem. Musieli go poprzeć, mimo iż nie wiedzieli, co stanie się wtedy z nimi.

– O was też nie zapomnę – Prezydent poklepał po ramieniu Briana – możecie być spokojni.

Teraz na twarzach "chłopców" widać było większy entuzjazm.

– Pozostały mi więc trzy miesiące życia – pomyślał Joh

– Dziękuję panie Prezydencie, to bardzo ładnie z pana strony.

– Nie dziękuj, Joh

Pił szampan z przyjemnością, jego smak ledwo-ledwo pamiętał z czasów przedwoje

– Co chciałbyś robić, Joh

– Chciałbym wyjechać. Gdziekolwiek. Najchętniej nad morze, tak jak jeździło się przed wojną.

Prezydent zakrztusił się trunkiem i zanosiło się na to, że atak sprzed chwili powtórzy się. Jednak opanował się o wiele szybciej niż poprzednio. Odstawił kieliszek, otarł spoconą twarz i powiedział:

– Teraz porozmawiajmy poważnie. Ty, Joh

– Wiem, ale są również bramy.

– Nie w tym problem. Sprawa polega na celowości, a nie na sposobie. Po prostu nie ma po co wyjeżdżać, bo tam, za Murem, nic nie ma. Nic prócz niebezpieczeństw i dzikich zwierząt. Nawet batalion wojska, pod warunkiem, że byśmy go mieli, nie byłby w stanie ochronić cię tam, na zewnątrz.

– A i

– Joh

Jak sądzisz, dlaczego wszystkiego brakuje? Dlaczego nie ma więcej samochodów, telefonów, telewizorów, rakiet, gumy do żucia, kin, teatrów, jednorękich bandytów i tego wszystkiego, co było przedtem? Ano dlatego, że te siedemdziesiąt tysięcy ludzi stojących wobec problemu, jak się wyżywić, zwiększając jednocześnie przyrost naturalny, który te nędzne resztki pokarmu jeszcze uszczupli, nie może być samowystarczalnymi na tym poziomie co dawniej, gdy było nas kilkaset milionów i gdy istniał przemysł, rolnictwo, transport i armia. Jest nas za mało. Wszystko, co mamy, nawet to cudem ocalałe miasto, jest nam dane. Sami nie stworzyliśmy niczego ważnego, żyjemy głównie z zapasów. Z zapasów naszej Wielkiej Nie Istniejącej Armii. To po niej mamy szynkę, kawior, szampan, soki i ananasy w puszkach, po niej środki chemiczne, których ty zużywasz najwięcej.

A przecież nie możemy zapomnieć o tamtych, naszych wrogach, których niewielka liczba mogła również ocaleć. Żyją prawdopodobnie w takich samych warunkach i choć nic o nas nie wiedzą, to na pewno zakładają, że my istniejemy i robią wszystko, by szybciej od nas stanąć na nogi. Ten, kto wcześniej opanuje własne szeregi, będzie niekwestionowanym panem świata! Teraz i na zawsze!

Ten kretyn planuje nową wojnę – zdumiał się Joh

Lekarze siedzieli podczas tej przemowy nieporuszeni. Jako ludzie należący do elity byli prawdopodobnie od dawna świadomi wszystkiego, o czym Joh

Szedł przez cichnące miasto. Po raz pierwszy od kilkunastu lat był zupełnie sam i nie kontrolowany przez nikogo przemierzał ciche, ciemne ulice. Zmierzał do centrum. Nie miał żadnego konkretnego planu, wiedział tylko, że musi działać. Wraz ze świtem poczną go szukać. Przewrócą całe miasto do góry nogami, by znaleźć zbuntowanego Procreatora. Gdyby wiedział, że tak łatwo uda mu się wyrwać spod opieki swych cerberów w białych kitlach, zrobiłby to już dawno. Widać był za głupi i za słaby, tak słaby, że poddawał się ciągłej presji, że pozwolił się otumanić i wykorzystywać jak niewolnik. I dopiero dzisiejszy dzień wyzwolił w nim człowieka, zagrzebanego do tej pory pod grubymi pokładami lęku, osaczonego przez łgarstwa, spotwarzonego i poniżonego do ostatnich granic To nie bezpośrednie zagrożenie życia, jakie wyczytał w oczach Prezydenta, skłoniło go do akcji. Najważniejszym imperatywem działania było, nagłe zrozumienie swej roli i siły.