Страница 18 из 44
Gdy wrócili z pałacu, jego plan oswobodzenia był prawie gotów Udało mu się poluzować pokrętło autostrzykawki w takim stopniu, że wskaźnik stał na lunadolu, środku usypiającym, podczas gdy naprawdę wstrzyknięto mu wodę destylowaną. Po kolacji, która nie pochodziła już z zapasów Prezydenta, lecz była standardowym daniem, udał se
– Rutyna -pomyślał Joh
Wziął autostrzykawkę. wyregulował ją właściwie i zaaplikował śpiącemu własną porcję środka nase
Był wolny.
Centrum było w miarę jasno oświetlone i panował w nim jeszcze ożywiony ruch Ludzie krążyli po ulicach, najczęściej udawali się już do domów, ale sporo było tez takich, którzy dopiero teraz rozpoczynali życie. Poznał ich od razu, tak byli podobni do tych zapamiętanych sprzed wojny Tak samo stojąc grupami podpierali ściany i patrząc se
Mimo ze od kilkunastu lat me był samotnie w mieście, wyczuwał jednak, ze coś me test tak jak zwykle. Co prawda jego punktem odniesienia był c/as sprzed wojny, czas zatrzymany, zabalsamowany i dawno umarły, ale zdawało mu sio, ze dociera do niego jakieś podskórne wrzenie. Ulicami krążyły uzbrojone patrole. Wiedział, ze to jeszcze nie jego szukają, lecz czuł się nieswojo. Nie miał żadnych dokumentów i nawet nie był pewien, czy trzeba je mieć Był zagubiony i zdezorientowany Jego /denerwowanie, że nie dokonawszy niczego zostanie w końcu sam w pustym, śpiącym mieście, rosło nieusta
Pod arkadami na kolejnej ulicy dostrzegł zbiorowisko ciemnych postaci skwapliwie omijanych przez patrole. Coś się tam działo groźnego i tajemniczego. Joh
Czego tu szukasz, dork? – zapytał jakiś głos
Jestem Procreatorem. Uciekłem i chcę się ukryć
Joh
– Z czego się śmiejecie? – zapytał oszołomiony – Nie wierzycie? To naprawdę ja, Joh
Śmiech ucichł
– Nie bujasz, tatuśku? – zapytał ten sam głos co przedtem.
Joh
Pokręcił głową Czuł, ze podniecenie wokół niego zaczyna narastać i ze jest ono skierowane przeciw niemu.
– Ach, tak – powiedział krostowaty – to się nawet dobrze składa, Prawda, chłopcy?
Odpowiedzią był kolejny wybuch śmiechu Ktoś zaczął przeraźliwie gwizdać na palcach i na ten sygnał ciemnych postaci przybyło. Oczy wszystkich lśniły niecierpliwie, chłopcy poszturchiwali się dla dodania sobie animuszu i co chwilę wybuchali nerwowym, urywanym śmieszkiem. Przywódca popychał Johnm'ego przed sobą i wyprowadził na ulicę
– A więc jesteś Procreatorem? Naszym ojcem? Tatuśkiem kochanym, co? – Wbrew pieszczotliwemu określeniu wypowiadał te słów z nienawiścią i ledwo tłumioną pasją. – Spadłeś nam jak z nieba, w głowę zachodzę, jak się to stało, że trafiłeś właśnie dzisiaj i właśnie na nas. Ale stało się. Jesteś i my cię do tego nieba odeślemy z powrotem! Jazd chłopaki!
Zarzucili sznur na pobliską latarnię. Na końcu liny kołysała się złowrogo pętla. Procreator chciał coś powiedzieć, wytłumaczyć, że się mylą że on sercem jest po ich stronie, ale czuł, że to już nie ma najmniejszego sensu. Zrozumiał, że jego nagle zrodzony plan wywołania powstania, porwania do walki "swych synów" był tak naiwny, że nawet nieśmieszny tylko tragiczny. Poza tym ziścił się zupełnie bez niego. W dali załomotały automaty. Powstanie zaczęło się. Tłumek zafalował, chwyciły go dziesiątki rąk i wśród pośpiesznego, podnieconego sapania dźwignęły w górę. Potem te niecierpliwe, spocone dłonie cofnęły się i tłum wsiąkł w ciemność. Tylko ciało Joh
1983
ZABIĆ Mr IMMORTALA
Wyjechałem zza rogu i od razu zrozumiałem, że to będzie właśnie tu. Zwolniłem i podjechałem do samego krawężnika. Jakiś czas samochód toczył się jeszcze, a potem znieruchomiał. Wyłączyłem silnik i schowałem kluczyki do kieszeni. Już chciałem wysiąść, ale zawahałem się. Ohydny, obezwładniający strach targnął mną raz i drugi. Jak zawsze w takiej chwili. Spodziewałem się go, ale nic nie mogłem poradzić. To była cena, którą ciągle płaciłem. I za to właśnie mnie płacili. Ściskając dłońmi beżową, chropowatą i elegancką kierownicę, rozglądałem się wokół. Nie pomyliłem się, było jak zawsze. Właściwe miejsce zdradziła mi karetka reanimacyjna nieudolnie udająca barowóz z hot dogami, hamburgerami i i
Spojrzałem jeszcze raz. Barowóz jak barowóz, tylko śmieszny ludzik reklamówka zamontowany na dachu rzucał przez puste oczodoły niebieskie błyski. Karetka. Nie było wątpliwości. Stała na trawniku, a przed nią jakiś obleśny, wytapiający z siebie tłuszcz grubas uzupełniał jego ubytek frytkami. Obrzydliwość.
Poczułem mdłości i nie wiedziałem, czy ze strachu czy z obrzydzenia. Właściwie ci z karetki nie musieli być tak blisko. Wiedzieliśmy to wszyscy. Mimo to stali zawsze nie dalej niż sto metrów od Punktu. Było to zastrzeżone w umowie i tego się trzymali. Znali mnie na tyle, by wiedzieć, że Puściłbym ich z torbami za jeden centymetr odstępstwa. Miałem dobrze opłacanych ludzi, którzy po Fakcie zawsze sprawdzali, czy wszystko odbyło się, jak należy.
Trzeba wysiąść. Mdlący niepokój spotęgował się. Zamknąłem oczy, a gdy je otworzyłem, byłem już zdecydowany. Ja też nie mogłem zmieniać reguł gry. Byli i tacy, którzy czekali na moje potknięcie.
Wysiadłem z samochodu, wyjąłem kluczyki z kieszeni marynarki i zatrzasnąwszy drzwiczki zamknąłem je stara