Страница 8 из 66
W szpitalu przeleżałem tylko jedną noc na korytarzu, a potem już dwa tygodnie w czystym łóżku na sali i wspominam ten okres jako jeden z najpiękniejszych w moim życiu. Skóra, nienawykła od roku do białej pościeli, zdawała się oddychać z ulgą wszystkimi porami, głęboki sen pogrążył mnie w gorączkowych majaczeniach i wspomnieniach jak w stogu pachnącego siana. Spałem tak całą dobę. Obok mnie leżał rosły mężczyzna, chory na „pyłagrę”. Nie umiem powiedzieć, na czym ta choroba polega, ale wiem, że jej objawy połączone są z wypadaniem włosów i zębów, z atakami przewlekłej melancholii, a podobno także z rupturą. Codzie
Po powrocie do baraku dostałem jeszcze trzy dni zwolnienia, miałem więc dość czasu, aby się zastanowić nad przyszłością. Teoretycznie istniały trzy możliwości: albo przydzielą mnie do brygady „lesorubów”, albo odeślą mnie etapem na i
Krótko przed północą – Dimka wstawał zazwyczaj o tej porze jeszcze raz, żeby wygrzebać z cebrzyka pomyj główki od śledzi, z których warzył sobie na obiad zupę – Kowal, leżący przy oknie na brzuchu z twarzą przytkniętą do szyby, zerwał się gwałtownie z pryczy i paroma krótkimi szarpnięciami obudził swych towarzyszy. Po chwili zebrali się wszyscy w ośmiu koło odtajałej tarczy w szybie, przyjrzeli się zonie, poszeptali bezładnie i ruszyli do wyjścia. Trwało to wszystko nie więcej niż minutę, w czasie której przymrużyłem powieki i odetchnąłem głęboko parę razy, jak przez sen. W baraku panowała zupełna cisza; na dwóch rzędach dolnych i górnych prycz, leżeli obok siebie nie rozdziani więźniowie i dychawicznymi haustami łapali chciwie rozgrzane powietrze. Ledwie ostatni „urka” zniknął za drzwiami, przewróciłem się na brzuch i wychuchałem szybko mały otwór w lodowatej paproci na szybie. W odległości stu metrów od naszego baraku zona opadała łagodnie wklęsłą miską i podnosiła się znowu daleko w tyle, za drutami obozu. Sąsiednie baraki wznosiły się dopiero na brzegach miski, zasłaniając wartownię i całą górną partię zony. Względnie dobra widzialność w głąb wklęśnięcia istniała tylko ze szczytu najbliższego „bociana”, ale jeżeli wartownik siedział twarzą do obozu, oparty o ścianę wieżyczki, mógł widzieć tylko dalszą część opadającego przedpola. Od strony szpitala szła przez opustoszałą zonę w kierunku baraku kobiecego rosła dziewczyna i gdyby chciała sobie skrócić drogę, aby nie otrzeć się o przeciwległe druty, musiałaby przeciąć na ukos przedni skraj miski. Osiem cieni rozbiegło się bezszelestnie po lewym brzegu wklęśnięcia i rozstawiło więcierz u wylotów poprzecznych ścieżek, tuż za węgłami wygiętych w wachlarz baraków. Dziewczyna szła prosto w jego serce. W ciszy pogrążonego w śnie obozu zaczynały się nocne łowy.
Dziewczyna szła już teraz ścieżką na wysokości naszego baraku, zasłonięta po biodra zaspą śnieżną. Z daleka widać było tylko, że jest rozrośnięta w ramionach i ma szeroką twarz obwiązaną chustką, której koniec powiewał z tyłu jak ogon latawca. Jeszcze nie doszła do zakrętu ścieżki, gdy zza węgła wynurzył się pierwszy cień i zastąpił jej drogę. Dziewczyna drgnęła, zatrzymała się i wydała lekki okrzyk. Cień skoczył zwi
Powlekli ją, trzymając za ręce i głowę o rozwianych włosach, w dół wklęśnięcia na zawaloną śniegiem ławkę, która sterczała czarną kresą poręczy w odległości dwudziestu metrów od baraku. Pierwszego przyjęła wściekłym wierzganiem oswobodzonych nagle z żelaznego uchwytu nóg, ale rychło ucichła znowu, zdławiona spódnicą zarzuconą na głowę i ogromną łapą Kowala, przyciskającą przez płótno jej twarz do blatu ławki. Pierwszy przygwoździł jednym kolanem jej prawą nogę do oparcia ławki, a drugim wparł się w wewnętrzną stronę uda zawieszonego w próżni, które kleszczowym ruchem próbowało zewrzeć się jak ramię zawiasu. Gdy dwaj po bokach trzymali ją za ręce, pierwszy półklęcząc zdzierał z niej majtki i odpinał spokojnie spodnie. Po chwili jej ciało zakołysało się konwulsyjnie, tak że Kowal musiał w takt nierównych drgań popuszczać lekko rozczapierzony kaganiec swej dłoni na jej głowie. Drugi i trzeci mieli już ułatwione zadanie i ośmieleni nagłym spokojem jej ciała próbowali niecierpliwymi dłońmi odszukać w pomiętym kłębku spódnicy i bluzek jej piersi. Przy czwartym jednak udało jej się uwolnić głowę z rozluźnionego uścisku palców Kowala i w mroźnej ciszy zony rozległ się krótki, gardłowy krzyk, nabrzmiały łzami i zduszony kneblem z sukna. Z najbliższego „bociana” zaspany głos zawołał: „Riebiata, wy czto że, czełowieczeskogo pozora u was niet”. Ściągnęli ją z ławki i jak kukłę z łachmanów powlekli za barak, do latryny. Na przedpolu widocznym przez otwór w oblodzonej szybie opustoszało; jedynie wokół ławki utworzyła się po obu stronach ścieżki głęboka wyrwa w prostopadłych ścianach śniegu, przybrawszy kształt stratowanego klombu. Po jakiejś godzinie siedmiu wróciło do baraku. Zaraz potem spostrzegłem przez mojego „judasza” w szybie Kowala, odprowadzającego dziewczynę do baraku kobiecego. Szła wolno, potykając się i zataczając na ścieżce, z głową przekrzywioną na stronę i rękami skrzyżowanymi na piersiach, podtrzymywana w pasie mocnym ramieniem swego towarzysza.