Страница 7 из 66
* Pewien komunista besarabski opowiadał mi, że w roku 1938 był nanaocznym świadkiem potwornego skatowania Karola Radka, który padł ofiarą "proizwołu" w obozie na Wyspach Sołowieckich.
Tych dawnych, „pionierskich” czasów sięga również tradycja „proizwołu”*. Gdy nie było jeszcze zamykanych na noc szop, w których więźniowie składają po pracy ostre narzędzia (piły, siekiery i topory), a kontrola strażników nie sięgała po zmroku poza koniec bagnetu lub świetliste ostrze reflektoru, część narzędzi wędrowała wieczorem do baraków. Pierwsze zastępy „urków”, przybyłe do obozu w roku 1938, wykorzystały ten stan rzeczy, aby proklamować w zonie od zmierzchu do świtu małą „republikę więźniów” z własnymi sądami kapturowymi. Żaden strażnik nie ośmielił się pojawić między barakami w nocy nawet wówczas, gdy do jego uszu dochodziły straszliwe jęki i krzyki mordowanych więźniów politycznych; nigdy przecież nie wiadomo było, zza jakiego baraku wychyli się i roztrzaska mu łeb ciężki obuch toporzyska. Ponieważ dochodzenia dzie
Po przyjeździe do obozu przespałem dzień w opustoszałym baraku, a pod wieczór, gdy zaczęły mną trząść dreszcze i poczułem gorączkę, powlokłem się za radą starego popa Dimki do „łazarieta”. Dimka, który jako beznogi staruch był dyżurnym w baraku, doradził mi przyjaźnie, żebym nie ustępował lekarzowi, dopóki mnie nie skieruje do szpitala. „Po więzieniu – mówił – należy się najsamprzód odpoczynek, zanim się człowiek weźmie do uczciwej pracy”. Przy słowie „uczciwej” zaśmialiśmy się obaj. Pop uderzył się drewnianym jarzmem w protezę, założył je sobie na kark i podniósł z ziemi żelaznymi hakami dwa wiadra. W jego bezczy
W zonie było już szarawo, ale zacisznie i prawie pogodnie. Pierwsze dymy unosiły się nad barakami, zamiatając szerokimi pióropuszami okapy dachów, oblodzone szyby okien tliły się brudnym światłem jak anemiczne słońce jesie
Lazaret mieścił się w małym domku niedaleko baraku kobiecego. Za przepierzeniem z dykty dyżurowali lekarz i „lekpom”, a w kącie obok drzwi siedział za stolikiem obdarty i zarośnięty starzec w drucianych okularach i łagodnym spojrzeniem maleńkich oczu witał każdego wchodzącego, aby go po chwili z nie ukrywaną radością wciągnąć na listę pacjentów. Zdawał się tu zadomowiony, bo nie tylko pięknym, kaligraficznym pismem odnotowywał nazwiska czekających i dorzucał ciągle rozłupane okrąglaki do pieca, ale wypytywał z zabawną powagą o symptomy choroby, wykrzykiwał – wsadziwszy kudłaty łeb za drzwi przepierzenia – „Tatiana Pawłowna, każetsia sierioznyj słuczaj”, i wracając za swój stół, z zadowoleniem pobełtywał drewnianą łyżką w resztkach zupy, które grzały się w małej blaszance na krawędzi piecyka. Miły głos kobiecy odpowiadał niezmie
Wśród czekających przeważali „nacmeni”. Trzymając się już w poczekalni za brzuchy, wybuchali od progu przepierzenia żałosnym skomleniem, w którym jęków bólu nie można było odróżnić od łamanej cudacznie ruszczyzny. Nie było na ich chorobę lekarstwa, uważano ich więc na ogół za nieuleczalnych symulantów. Umierali z tęsknoty za krajem rodzi
Tatiana Pawłowna okazała się istotnie uprzejmą, siwiejącą już kobietą, i upewniwszy się, że mam bardzo wysoką temperaturę, dała mi bez trudu skierowanie do szpitala. „Nie załatwia to jednak wszystkiego – powiedziała mi na odchodnym – trzeba czasem bardzo długo czekać na wolne łóżko”. Gdy wracałem wieczorem do baraku po rzeczy, w zonie było już ciemno. Na wąskich ścieżkach posuwali się po omacku „kurzy ślepcy”, dotykając ostrożnie oblodzonych desek gumowymi łapciami, a czarnej zasłony powietrza trzepocącymi palcami rąk. Coraz wpadał któryś w zaspę śnieżną i wykopywał się z niej rozpaczliwymi ruchami tułowia, wzywając cicho pomocy. Zdrowi więźniowie wymijali ich obojętnie i szli szybko przed siebie, wzrok utkwiwszy w rozjarzonych oknach baraków.