Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 37 из 57

Do diabła z tą babą. W Kijowie weźmie sobie najbardziej cycatą i najlepiej wyćwiczoną blondynę, jaką Kuklat… Szlag! Dość myślenia o tych sprawach. Czy on ma do cholery piętnaście lat, że nie może dojść do ładu z własnym wzwodem?

– Nie chciał pan powiedzieć temu człowiekowi z biura, dlaczego będziemy nocować w szczerym polu – zmieniła wątek po chwili milczenia. – Ale mnie pan chyba może powiedzieć? W końcu…

W końcu to ja jestem szefową całej tej imprezy, pewnie to miała na myśli.

To wcale nie takie szczere pole. Od dwóch miesięcy stoi tam posterunek Skrebeca, a z nim mało kto się w tych stronach odważy zadzierać. Będzie można spać bezpieczniej niż w mieście.

Znowu przerwało mu buczenie słuchawki, ale tym razem to nie był telefon satelitarny. Czerwone światełko sygnalizowało połączenie na interkomie. Przepraszając Jacqueline gestem, sięgnął ku skrytej pod tablicą rozdzielczą klawiatury.

To był Claude, kierownik ekipy telewizyjnej, której jaskrawo pomalowany wóz jechał tuż za śnieżnobiałym furgonem szpitalnym Śpiącej Królewny. Do wieczornej transmisji zostało czterdzieści minut i Claude zaczął się niepokoić, czy aby przewodnik konwoju o tym nie zapomniał

– W porządku – uspokajał Perhat. – Zaraz stajemy na noc.

– W razie czego możemy to zrobić z pobocza. Przygotowanie sprzętu to kilka minut, ale musimy być gotowi dokładnie o czasie…

– Powiedziałem, nie ma problemu – po lewej stronie drogi mignął Perhatowi wielki bilbord, machinalnie odwrócił głowę, zanim sobie przypomniał. – Dojeżdżamy do parkingu, będzie kupa czasu.

Ile już razy mijał tę reklamę, a za każdym razem nie potrafił się oprzeć, żeby choć na ułamek sekundy nie skupić na niej uwagi. Kątem oka, przy pobieżnym spojrzeniu widziało się na przydrożnej tablicy nabite na rożen niemowlę, otoczone otchłanią piekielnego ognia. Oczywiście, nic takiego tam nie było, tylko stojąca pośród kolorowych owoców szklanka soku i napis: „Naturalnie zdrowo”. Perhat doskonale wiedział, że to reklamowa sztuczka, że sztab fachowców od fizjologii wzroku, wspartych tęgimi komputerami, długo układał kolorowe linie i plamy w taki właśnie sposób – ale że wiedział, to swoją drogą, a głowa sama się obracała, wiecznie z tym samym, instynktownym niedowierzaniem i potrzebą sprawdzenia. Po cholerę ktoś przed laty ustawił tę reklamę w kraju, gdzie owoce i warzywa spożywano wyłącznie po uprzednim sfermentowaniu i destylacji, nie miał pojęcia, ale z jakiejś przyczyny bilbord, choć nieco wyblakły, pozostawał prawie nienaruszony. Nikt niczego na nim nie namazał, nikt go nie przewrócił. Tylko parę przestrzelin zaznaczało się czarnymi kropkami tuż przy górnym skraju, jakby ktoś sypnął garścią pieprzu. Igłowe pociski kałasznikowa mogły urwać nogę lub zmienić tors w krwawą masę, ale musiały w tym celu natrafić na jakąś znaczącą przeszkodę, która wprawiłaby je w koziołkowanie. Cieniutki płat tablicy przebiły jak kartkę papieru, zostawiając trzymilimetrowe dziurki.

Tak czy owak, znaczyło to, że zaraz będzie zjazd na prawo, na rozległy, wysypany żużlem plac u stóp niewielkiego pagórka. I że Jacqueline za chwilę opuści kabinę jego ciężarówki. Nie potrafił zrozumieć, jakim sposobem to się stało – kiedy ruszali, był pewien, że tę noc spędzi w jej furgonetce, a oto gadali przez cały dzień o niczym i był od celu równie daleki, jak rano.

Zresztą, właściwie nawet stracił ochotę. Nie miał zupełnie pomysłu, co powiedzieć. Był na nią zły. Właściwie był na panią doktor zły cały czas, odkąd pierwszy raz zobaczył ją we Lwowie, i fakt, że z jakiegoś powodu ogarnęła go obsesyjna potrzeba, by zedrzeć z niej ubranie i poczuć pod sobą, tylko tę złość wzmagał. A najbardziej wzmagało jego wściekłość niejasne wrażenie, że próbując zainteresować sławną panią doktor swą osobą, robi z siebie błazna.

– A poza tym, z takim kierownikiem jak pani nie możemy obozować w pobliżu jakiejkolwiek miejscowości -coś go podkusiło, żeby wrócić do sprawy, kiedy Claude się wyłączył.

– Słucham?

– Nocleg. Pytała pani, dlaczego w szczerym polu. No, więc dlatego, że inaczej zaraz się zlecą tłumy żebrzących dzieci i kobiet, zaczną lamentować i odgrywać komedie, a pani, zamiast je pogonić w kibini mater, zacznie rozdawać ładunek. Tak jak ostatnio. Domyślam się, że to przyjemne, czuć się przez chwilę dobrą wróżką z bajki, ale gdybym tak pani pozwalał, przywieźlibyśmy do Kijowa tylko puste skrzynki.

Zacięła usta.

– To przecież w ogóle do pana nie należy.

– Owszem. Odpowiadam za ładunek.

– Ładunek jest przeznaczony właśnie dla tych ludzi. Nie widzę powodu, żeby…

– Ładunek jest przeznaczony dla fundacji charytatywnej w Kijowie – przerwał jej z naciskiem. – Podpiszą mi cargo, to proszę bardzo, nic mnie więcej nie obchodzi. Pani sobie wróci do swojej wesołej Francji, a ja tu zostaję i nie zamierzam się im narażać.

Teraz Jacqueline patrzyła na niego ze zdumieniem.

– Zupełnie nie rozumiem…

– Wielu rzeczy pani nie rozumie.

Ugryzł się w język. Do diabła z nią, myślał. Do diabła z tym wszystkim. Obejdzie się. Dzisiaj nie jest sobą, i tyle. Pójdzie wieczorem do wartowników na pagórek, skręcą jakiś flakon, to ulży duszy.

Zjazd w prawo. Przyhamował. Powinien powiedzieć przez interkom, że tutaj będą nocować i że koniec na dziś, ale właściwie po co? Oczu nie mają? Samochód zakołysał się na wybojach. Jacqueline milczała, on też. Wolał się jej nie przyglądać. W telewizji zastąpił platfusów wielki Murzyn z wygoloną w borsucze paski glacą, który skandował coś rytmicznie, ocierając się tłustym brzuchem o chórzystki.

To był fakt, ona nic nie rozumiała. I zresztą, właściwie, po co by miała rozumieć? Przyjechała z i

Wysypany żużlem, ogromny plac był już pusty – nikt się o tej porze nie spodziewał tutaj klientów. Perhat, zwalniając do minimum, zawinął jedenastometrowym cielskiem ciężarówki i ustawił się burta w burtę obok Wielkiego Piątka, przodem w kierunku wyjazdu. Potem zgasił silnik. Przez chwilę wpatrywał się w wyschnięte zarośla oddzielające parking od szosy.

– No, to wszystko na dziś – powiedział wreszcie.

– Tak… Dziękuję – skinęła głową. – Pójdę już. Muszę się przygotować do wieczornej transmisji.

Nieoczekiwanie dla samego siebie dotknął jej dłoni -szczupłej, wypielęgnowanej dłoni, która znieruchomiała pod jego muśnięciem. Zdobył się na to, żeby spojrzeć jej w oczy. Nie, chyba nie była na niego zła.

– Przepraszam – nie miał w zwyczaju używać tego słowa zbyt często. – To znaczy, za to, co powiedziałem.

Potrząsnęła głową.

– Nie musi pan przepraszać. To chyba prawda. Czasem mam takie wrażenie, że czegoś tutaj naprawdę nie rozumiem.

– I niech tak zostanie. Lepiej dla pani. Tak, teraz wreszcie mógłby wreszcie zacząć tę rozmowę, do której przymierzał się od rana, i którą udaremnił telefon z Kolonii.

– Pójdę – powtórzyła po długiej chwili. – Muszę się przygotować…

Odwracała się już, kiedy drzwiczki po jej stronie otworzyły się raptownie. Nie trzymał jej za rękę od dobrych paru sekund ani nie patrzyli sobie w oczy, a mimo to poczuł się jak przyłapany.

– Zbieraj się, kochanie – zawołał ktoś nienaturalnie wesoło. – Ciuchy, makijaż i wchodzimy na antenę! Cześć, szefie – rzucił ponad kolanem Jacqueline do Perhata, któremu nie chciało się odpowiedzieć nawet najbardziej niedbałym skinieniem głowy.

To był Claude. Przez otwarte drzwi w przyjemny chłód kabiny wdarł się natychmiast powiew upalnego, rozgrzanego w piecu sierpniowego dnia powietrza. Perhat wolał nie myśleć, co się teraz dzieje w kilku nie klimatyzowanych wozach, które musiał wynająć we Lwowie, kiedy okazało się, że ładunek nie mieści się na jego trakach.

– Drzwi! – rzucił na wszelki wypadek, kiedy Jacqueline, przy akompaniamencie trajkotu Claude'a, zsunęła się z siedzenia wprost na ziemię. Przymknęła je nieumiejętnie, musiał przechylić się i trzasnąć porządnie. Klimatyzacja zaszumiała ze zdwojoną siłą, poruszona nagłym wzrostem temperatury.