Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 36 из 57

Ten Stawyszyn nie był, z punktu widzenia majora, nikim ważnym ani groźnym i Fedor stracił zainteresowanie sprawą. Odruchowo przelał dane do komputera swojej pancerki, jednej z dwóch, nakazując mu dalsze obserwowanie odcinka między Bojarką a Czarcim Wirażem. Kamery na wieżyczce ożyły, poruszyły się nieznacznie. Dokładnie w tym samym momencie przyłbica oficera uniosła się z ledwie słyszalnym szelestem, znikając w podwójnym pancerzu hełmu.

Fedor Stupak zmrużył oczy. Znowu był słoneczny wieczór po upalnym sierpniowym dniu, znowu była otoczona zwałami śmieci polana pod szczytem wzgórza i wyrudziały krajobraz, w którym z najwyższą trudnością dawało się odróżnić wstęgę odległej drogi.

Nazwy Czarci Wiraż nie było na żadnych mapach. Używali jej tylko ludzie przemierzający tę drogę – czumacy, kurierzy i tacy jak Perhat, zarazem przewoźnicy, piloci i strażnicy wynajmujący się do prowadzenia konwojów.

Oczywiście, wyjaśniał zirytowany Perhat, nie zamierza tamtędy dzisiaj przejeżdżać. Tylko skończony idiota pchałby się ciężarówkami na Czarci Wiraż po nocy. Dlaczego więc nie zatrzymał się na noc w Parachowce, jak miała to we zwyczaju większość przejeżdżających na Kijów karawan? – chciał koniecznie wiedzieć głos po drugiej stronie satelitarnego telefonu. Ma swoje powody i nie musi ich wyjaśniać, odpowiadał na to Perhat. To on prowadzi konwój, nie siedzi w biurze geshaftfuhrera pod Kolonią, tylko jest na miejscu, a zresztą zna tę okolicę jak własnych pięć palców. Nie, nie zamierza również zjeżdżać na Radornyśl, nie ma żadnego powodu zbaczać z szerokopasmówki. Czy Biuro może wiedzieć? Pewnie, że może. Na opuszczonym parkingu, za jakieś piętnaście kilometrów. Tak właśnie w szczerym polu. Nie jego interes. Oczywiście, niech informuje. Owszem, Perhat wie, jakie są jego obowiązki, Perhat zna wagę i szczególną sytuację tego zlecenia, owszem zleceniodawca może domagać się wyjaśnień, ale on nie będzie się co pół godziny opowiadał każdemu dupkowi, który akurat dosiadł się do centralki, korzystając z faktu, że wszyscy starsi koledzy poszli już do domu. A informuj sobie, pies ci mordę lizał, i kończmy tę rozmowę, zanim będę zmuszony wyjaśnić, kto cię począł i w jakich okolicznościach.

Odwiesił słuchawkę, waląc nią z całej siły o druciane zaczepy na skóropodobnej wyściółce kabiny. Milczał, parując mijającą z wolna złością.

Czemu się właściwie tak wściekł? Że próbują go pilnować jak dziecko? Mógł się tego spodziewać, kiedy się godził do tej roboty. W gruncie rzeczy nawsadzał temu kretynowi tylko za to, że wybrał się dzwonić akurat w momencie, gdy rozmowa z Francuzką zaczynała wreszcie zmierzać w tym najbardziej pożądanym kierunku.

Teraz nastrój prysnął. Doskonale wiedział, że jeśli tylko na nią spojrzy, nie uniknie wyjaśniania, dlaczego i na kogo krzyczał – i znowu zejdzie na głupoty. Wolałby tego uniknąć. Skupił uwagę na zamocowanym w kącie pomiędzy przednią szybą a lewymi drzwiczkami dwunastocalowym, cienkim niczym kartonik wyświetlaczu. Ustawiony, jak zazwyczaj w podróży, na telewizję, pokazywał jakichś wygarniturowanych platfusów, zajadle udowadniających sobie nawzajem, że światowy obrót walutami i papierami wartościowymi wcale nie przeżywa kryzysu, a tylko odzwierciedla naturalne sprzeczności interesów okresu przejściowego.

Przez długą chwilę kabinę wypełniał jedynie ledwie słyszalny szum silnika. Perhat myślał rozpaczliwie, jak podjąć przerwany wątek.

Siedzącą obok niego kobietę miliony ludzi rozpoznałyby na pierwszy rzut oka. Nazywała się Jacqueline Tenard, miała ciemne, lekko pofalowane włosy i właściwie nie była w jego typie. Wolał blondynki, niechby nawet farbowane z dużymi piersiami i ładnymi buziami – mniej więcej takie, jak striptizeriny kręcące się na rurze w kijowskim „Potiomkinie”, gdzie najczęściej trwonił z kumplami zarabiane z narażeniem życia pieniądze. Tymczasem Francuzka miała niewiele więcej biustu niż on, jej ciało, choć zgrabne, było jakby nieco zbyt silnie zbudowane, a śniada twarz miała w rysunku nosa i podbródka coś męskiego. Nie rozumiał, dlaczego zaprosił ją do kabiny swojej ciężarówki ani dlaczego nie potrafił się opędzić od obsesyjnej myśli, jak przyjemnie byłoby zerwać z tej kobiety bluzkę i zielone polowe spodnie, a potem rzucić ją na wąski materac w tyle kabiny i wydusić z niej jęki rozkoszy. Każda taka myśl sprawiała, że mimo klimatyzacji robiło mu się gorąco i musiał czym prędzej skupić uwagę na czymś i

– A ci dwaj – zapytała Jacqueline, zanim zdążył coś wymyślić – ci dwaj w pierwszej ciężarówce… Skąd te dziwne przezwiska? Wielki Piątek i Tłusty Czwartek?

– Chyba widziała pani Czwartka – zdecydowanie to nie był ten temat rozmowy, o który chodziło. – Sto trzydzieści kilo żywej wagi.

– Ale dlaczego Czwartek?

– Jakoś tak wyszło. Bo tłusty i jeździ razem z Wielkim Piątkiem.

– No, a Piątek?

Też go pani widziała. Kawał chłopa, dlatego Wielki. A Piątek to po prostu jego nazwisko. Piątek. Po polsku to przecież właśnie – przeszukiwał przez chwilę swój zasób francuskich słówek – vendredi. Nie wiedziała pani?

Fundacja miała swoje główne biura na Europę Środkową w Polsce i Jacqueline, jak mógł się przekonać, rozumiała po polsku całkiem dobrze.

– Ach tak, rzeczywiście. To on też jest Polakiem?

Perhat skinął głową.

– Był w policji, to znaczy w politycznej policji, coś jak wasza Surete. Ale pewnego dnia pozmieniały się układy i musiał na gwałt zmienić miejsce pobytu.

Jadąca na czele kawalkady ciężarówka błysnęła dwu krotnie światłami stopu. Machinalnie, bez udziału świadomości, powtórzył sygnał dla kierowców następnych wozów i ujął gazu. Parę lat temu wybuchł w tym miejscu transporter z amunicją i kilkanaście metrów nawierzchni do dziś pozostawało pokruszone. Oznaczało to, że do parkingu było już tylko paręnaście minut. Jacqueline milczała.

– Zresztą opowiem pani. Pozmieniały się układy i nowym komendantem głównym został facet szukający gości, którzy kiedyś wykończyli mu kumpla. Wie pani, chodziło o takiego jednego działacza narodowokatolickiego. Bruździł w budowie kapitalizmu, więc kiedyś posłali do niego Piątka z ekipą, oczywiście bez żadnych rozkazów, wszystko na gębę, żeby gościa zgnoili.

– Zgnoili?

– Tak to się u nich nazywa. Najpierw wychędożyli go w tyłek, a potem poderżnęli gardło. Ciekaw jestem, czy Piątek sam to wymyślił. Sprytne, rozumie pani: stary kawaler, dziewczynek nie używał, wszystko doskonale pasowało. Obdukcja lekarska, parę dyskretnych przecieków do gazet, no i wyszło, że proszę, taki niby Polak-katolik, a naprawdę zwykły pedał, któremu jakiś tani chłoptaś z miejskiego szaletu dał brzytwą po gardle. To się właśnie u bezpieczniaków nazywa: „zgnoić”. Zabić człowieka każdy głupi potrafi, ale trzeba to umieć zrobić z głową, żeby nie przysporzyć światu kolejnego męcze

Obserwował kątem oka wyraz jej twarzy, ale nie potrafił z niego nic odgadnąć.

– A w Polsce być gejem to coś hańbiącego, prawda?

I dobrze. Zebrało mu się na opowieści, kto toruje drogę przed jej ukochanym konwojem i Śpiącą Królewną, a ona akurat zrozumiała, co najważniejsze.

– Pewnie pani wie lepiej, jak jest teraz w Polsce – odparł oschle. – Ja tam rzadko bywam i zawsze na krótko.

Lekki zakręt drogi; poruszył kierownicą, a potem, nie puszczając jej, przeciągnął się, aż coś chrupnęło w kręgosłupie. Do diabła z tą grubokościstą babą. Czego się właściwie na nią tak napalił?

W końcu, o co jak o co, ale o seks było na autostradzie łatwiej niż o cokolwiek i

Perhat zresztą rzadko z nich korzystał. Stać go było na dziewczyny Kuklata, sprawdzane i dobrane. Na tym odcinku, wezwane przez Net albo CB, pojawiały się w piętnaście minut, zawsze charakterystyczną furgonetką, z urządzonym do pracy tyłem i dwoma osiłkami na przedzie. A miał szanowny klient jakieś wymyślniejsze życzenie -proszę bardzo, no, może nie w kwadrans, ale za pół godziny wszystko będzie pod sam nos. Perhat jeździł tą trasą czwarty rok, sam by nie zliczył, ile już prowadził karawan różnym fundacjom jak ta, i trochę się dobroczyńcom Stamtąd i ich upodobaniom zdążył przyjrzeć.