Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 61 из 69

– A ja?

– Idź do Zieglera. Staraj się utrzymywać go w jakiej takiej formie. o której ma spotkanie z komandorem?

– Za półtorej godziny… To nie będzie przyjemna robota, Lion. Jest obleśny. Klei się do mnie…

– Chyba nie jest to dla ciebie nowość, siostro.

– Pijany impotent. Za coś takiego wzięłabym pięciokrotną stawkę.

– Tym razem weźmiesz milionkrotną. No, leć zanim zacznie się robić zazdrosny.

Nad atolem wzeszło już słońce. W cieniu jeszcze trwa przyjemny chłodek, a wiatr mierzwi grzywy palm. Komandor Bowling już wstał i wykłada napoleońskiego pasjansa. Nie wychodzi.

Kuloodporny chevrolet skręcił na prywatną drogę prowadzącą w stronę farmy De

Inspektor, który zjawił się by przesłuchać Bo

Ograniczenie inspektora objawiło się między i

W którymś momencie Bo

– Kretynie, czy nie rozumiesz, że za chwilę możemy mieć trzecią wojnę światową lub coś w tym rodzaju, jeśli natychmiast nie porozumiem się z moją centralą? – wrzasnął.

Żuchwa kłapnęła bezlitośnie.

– Przedstawicielem waszej centrali jest właśnie osobnik, którego próbowaliście uśmiercić i ten drugi, który leży na korytarzu…

– To byli zdrajcy na żołdzie wroga!

– Każdy może tak powiedzieć. Trzymajmy się faktów.

– Co szkodzi panu uruchomić podany przeze mnie kontakt?

– I wywołać międzynarodowy skandal? Zresztą, na czym polegać ma to niebezpieczeństwo?

– Nie znam szczegółów, wiąże się ono z wystrzeleniem nowej załogi laboratorium kosmicznego California… i z tutejszym konwentem Zielonych.

– To tylko przypuszczenia, domysły. Co realnie ma zagrozić?

– Przesłuchajcie Levecque'a, złapcie osobnika nazwiskiem Gardiner, który jest zameldowany w hotelu Plazza.

– Red Gardiner?

– Właśnie.

– Dobry pomysł. Mamy aresztować posła do brytyjskiej Izby Gmin. A może wybrać się jeszcze do Rzymu i internować papieża? Musi pan odpocząć, Bo

Marcel dyszy jak ryba wyrwana z jej naturalnego środowiska. Oczy wyszły mu z orbit, a żyły nabrzmiały. W poszukiwaniu argumentów wodzi wzrokiem po całym pozbawionym okien pokoju do przesłuchań.

– Żądam umożliwienia kontaktu…

Nie kończy. Całe pomieszczenie gwałtownie pogrąża się w mroku. Ogarnia ich aksamitna czerń. Inspektor po omacku łapie za telefon… Co u diabła?

W pokoju opodal, gdzie przesłuchiwany jest Levecque, gwałtownie milknie cicho grające radio. Dwaj wyżsi funkcjonariusze zajmujący się profesorem nawet tego nie zauważyli. Po chwili jednak odzywa się intercom. Jeden z oficerów wychodzi. Gdzieś w mieście zawyła syrena. Potem druga. Niepokój wartownika, dziwne mrowienie w kończynach Levecque'a. Po dobrym kwadransie zjawia się oficer…

– Będziemy na razie musieli przerwać, panie Levecque. Mamy kłopoty w mieście.

– Coś poważnego? – pyta profesor tonem, jakim zwróciłby się do dystyngowanej damy pytając o zdrowie jej ratlerka.

– Przerwa w dopływie prądu. Prawdopodobnie awaria elektrowni atomowej pod Fort Lauderdale… Chociaż nie można wykluczyć… – oficer milknie, jakby zorientował się, że mógł powiedzieć za dużo. – Jest pan naturalnie wolny, profesorze, ale proszę nie opuszczać miasta.

Levecque niespiesznie podnosi się z krzesła. Cały wsłuchany jest w gwar miejski, w odległe wycie syreny, zupełnie tak jakby spodziewał się usłyszeć w zgiełku dźwięk trąb archanielskich.

Kiosk Mątwy 16 niczym płetwa rekina wystawał z lazurowej toni laguny. Zaimprowizowany trap prowadził na pokład łodzi. Wokół krzątali się marynarze przygotowujący jednostkę do rychłego wypłynięcia, co według wszelkich prognoz, miał umożliwić wieczorny przypływ i nadciągająca burza. Komandor Bowling, wyświeżony, w paradnym mundurze, towarzyszył Maggi i Zieglerowi, który wyglądał zaskakująco trzeźwo, tylko mówił odrobinę wolniej i co jakiś czas domagał się “kapeczki".

– Kobiety zawsze potrafią namówić nas do grzechu – pokpiwał komandor.

– Tylko nie zawsze do grzechu dochodzi – pomyślał ponuro Roy, po raz tysięczny zadając sobie pytanie – co mnie podkusiło? Dość spokojnie przyjął polecenie zdania komendy córce De

Już dawniej zapoznano się z zabezpieczeniem tymczasowej bazy. Nabrzeże obsadzał batalion ochrony, wyposażony w komplet broni mogącej poskromić każdy atak z lądu czy powietrza. Na łodzi stacjonowało kilkudziesięciu marynarzy. Aktualnie trzech z nich pilnowało trapu. Gdy mijali ich goście, jeden podszedł, aby obszukać Zieglera. Bowling zgromił go.

– Daj spokój, Mikę.

– Nie, to jego obowiązek! – zaprotestował Roy.

Wartownik poprzestał na kilku ruchach wykrywaczem metalu. Bez dalszych przeszkód weszli na pokład.

Daud Dass, czy jak chętnie określał się w duchu “jego irlandzka karykatura", przemierzył rączo centralny korytarz kosmicznej stacji. Z tyłu pozostał Silvestri i uruchomiony emitor, rażący z milimetrową precyzją punkty na przesuwającej się w dole planecie. David zastanawiał się nad efektami tego bombardowania, nad gasnącymi metropoliami, alarmami w sztabach, krzyżującymi się komunikatami i dyskusjami na gorących liniach.

– Żeby tylko komuś nie przyszło do głowy odpalić ciągle jeszcze posiadane zasoby w przeciwnika!

Pocieszał się jednak, że wszystkie urządzenia na Ziemi nastawione są na badanie pojawienia się promieniowania, a nie – jego braku. Toteż nie od razu wszystkie efekty kanonady promieniami kappa będą zauważone.

Wszedł do komory laboratoryjnej.

– Halo, Rosę – rzucił. Odpowiedziała mu cisza.

– Rosę, to ja.

Równie głębokie milczenie. Laboratorium świeciło pustkami. Zrobiło mu się gorąco i słabo.

Bo

Na korytarzu trwał rejwach, ludzie biegali jak oszalali, na biurku jakiegoś ważniaka wył ostrzegawczo czerwony sygnał. Alarm! Alarm!