Страница 58 из 62
Raimundo Silva odłożył długopis, przetarł zmęczone oczy, po czym przeczytał ostatnie linijki, swoje. Nie wydały mu się złe. Wstał, wsparł się dłońmi w krzyżu i wypiął brzuch, oddychając z ulgą. Pracował przez wiele godzin, zapomniał nawet o kolacji, tak był pochłonięty zagadnieniem i słowami, które czasem przed nim umykały, że nawet nie pomyślał o Marii Sarze, zapomnienie to byłoby godne nagany, gdyby jej obecność w nim, proszę wybaczyć tę metaforę, nie była jak krew krążąca w żyłach, o której rzeczywiście nie myślimy, ale która jest koniecznym warunkiem życia. Obie róże w wazonie pławią się w wodzie, karmią się nią, to prawda, że niedługo trwają, ale my, względnie, też nie trwamy tak długo. Otworzył okno i spojrzał na miasto. Maurowie świętują zniszczenie wieży. Wież Amoreiras, uśmiechnął się Raimundo Silva. Po tamtej stronie stoi namiot rycerza Henryka, który jutro zostanie pogrzebany na cmentarzu Świętego Wincentego. Ouroana bez łez czuwa przy trupie, który już zaczyna śmierdzieć. Z pięciu zbrojnych brak jednego, który został raniony. Ten, który próbował dotknąć Ouroany, patrzy na nią od czasu do czasu i myśli. Na zewnątrz, w ukryciu, Mogueime kręci się wokół namiotu jak ćma zafascynowana jasnością gromnic wydobywającą się spomiędzy płacht namiotu. Raimundo Silva spogląda na zegarek, jeśli w ciągu pół godziny Maria Sara nie zadzwoni, zadzwoni on, Jak się masz, kochanie, i ona odpowie, Żyję, i on powie, To cud.
Mówi brat Rogeiro, że właśnie w tym okresie pojawiły się oznaki, iż głód dosięgną! Maurów w mieście. I nic w tym dziwnego, jeśli uświadomimy sobie, że wewnątrz tych murów było zamkniętych jak w garocie ponad sześćdziesiąt tysięcy rodzin, liczba ta na pierwszy rzut oka zdumiewa, a na drugi zdumiewa jeszcze bardziej, zważywszy, że w tych odległych epokach rodziny złożone z matki, ojca i jednego dziecka na pewno były podejrzaną rzadkością, a nawet prowadząc tak zaniżone rachunki, ustalamy populację na dwieście tysięcy mieszkańców, jest to rachunek kwestionowany przez i
Gdyby nie ten nieustający głód chwały, który od niepamiętnych czasów nie zostawia w spokoju ani na jedną godzinę królów, prezydentów i dowódców wojskowych, to zdobycie Lizbony mogłoby zostać osiągnięte z największym spokojem, w końcu głupcem jest ten, kto wchodzi do klatki lwa, aby z nim walczyć, zamiast odciąć go od jedzenia i czekać, aż zdechnie. To prawda, że wraz z upływem wieków coraz więcej się uczymy i dzisiaj powszechnie używa się jako broni odbierania jedzenia i i
Przeniesienie ciała rycerza Henryka na cmentarz Świętego Wincentego krętymi ścieżkami na szczytach urwistych wzgórz, o dwa kroki od wody, aby uniknąć ukamienowania albo czegoś jeszcze gorszego, było, jak prawdopodobnie wtedy zaczęto mawiać, zabójczym wysiłkiem. Niemniej jednak dobre urodzenie nieboszczyka i wielkość jego ostatniego czynu usprawiedliwiały żmudną gorliwość, co swoją drogą nijak się ma do udręk, które stały się udziałem wojska znajdującego się obecnie pod Bramą Żelazną, mającego niebawem odbyć podróż tą samą drogą, epizod ten potraktowano w swoim czasie bardzo powierzchownie. Nosze dźwigało czterech zbrojnych w otoczeniu portugalskiej straży wysłanej przez Mem Ramiresa i z Ouroaną z tyłu idącą pieszo, jak powinien iść ktoś, kto nie ma już komu służyć i nie zaspokaja niczyjej próżności. Prawdę mówiąc, skoro jest ona tylko przypadkową nałożnicą, nic jej nie powi