Страница 17 из 62
Teraz, siedząc przy biurku z poprawianym tomikiem wierszy przed sobą, podąża w ślad za myślą, chociaż lepiej byłoby powiedzieć, że ona go poprzedza, bo wiemy, jak szybko myśl, gdy za nią podążamy, znika nam z pola widzenia, jeszcze wymyślamy passarolę, a ona już dotarła do gwiazd. Raimundo Silva, rozmyślając, stara się zrozumieć, dlaczego od pierwszych słów nie potrafił powstrzymać agresji, Nie wie, co to takiego deleatur, przede wszystkim męczy go prowokacyjny, niemal ordynarny ton, jakim zadała pytanie, a potem końcowy pojedynek wrogów, jakby mieli do rozstrzygnięcia jakąś osobistą sprawę, dawny żal, skoro wiadomo, że tych dwoje nigdy wcześniej się nie spotkało, a jeśli tak się zdarzyło, nie zwrócili na siebie uwagi, Kim ona może być, pomyślał wtedy Raimundo Silva, a pomyślawszy to, popuścił niepostrzeżenie cugle myślom, to wystarczyło, żeby myśl go wyprzedziła i zaczęła działać na własny rachunek, to jeszcze młoda kobieta, mniej niż czterdzieści lat, nie tak wysoka, jak mu się zdawało na początku, śniady odcień skóry, rozpuszczone kasztanowe włosy, oczy tego samego koloru, odrobinę ciemniejsze, usta małe i pełne, usta małe i pełne, usta małe, usta, pełne, pełne. Raimundo Silva patrzy na półkę, którą ma przed oczyma, znajdują się tam wszystkie książki, które poprawił podczas całego pracowitego życia, nie policzył ich, ale tworzą prawdziwą bibliotekę, tytuły, nazwiska, powieści, poezje, teatr, polityczne i biograficzne oportunizmy, wspomnienia, tytuły, nazwiska, nazwiska, tytuły, jedne poczytne aż do dziś, i
Teraz proszę nie oczekiwać ani nie wymagać wyjaśnień, co zrobił Raimundo Silva. Wrócił do gabinetu, rozłożył na stole Słownik José Pedra Machado, usiadł i powoli zaczął przebiegać kolumny części onomastycznej od litery A, zaraz pierwsze słowo jest antroponimem Aala, jednakże pominięto rodzaj, męski, żeński, nie wiadomo, oto przykład nieuważnej korekty, a może jest to imię wspólne dla obu rodzajów, jakkolwiek by było, kobieta odpowiedzialna za redaktorów nie może nazywać się Aala. Raimundo Silva zasnął na literze M, z palcem na imieniu Maria, bez wątpienia kobiety, ale gosposi, jak już wiemy, co nie obala hipotezy o zbiegu okoliczności prawdopodobnej w świecie, w którym tak o niego łatwo.
List, który Raimundo Silva napisał do autora Historii oblężenia Lizbony, zawierał konieczne quantum satis przeprosin, a także nikłe muśnięcie dyskretnym humorem, bo serdeczny związek pomiędzy nadawcą i odbiorcą dopuszczał, bez nadużywania zaufania, surowe pytanie o niemożność powstrzymania niektórych absurdalnych czynów, chociaż na koniec pewnie pozostanie wrażenie szczerej wewnętrznej rozterki. Ta niby-medytacja nad słabością ludzką z pewnością przełamała ostatnie opory, jeśli jeszcze jakieś istniały, u tego, kto poinformowany o działaniu na szkodę jego własności intelektualnej, odpowiedział zaskoczonemu dyrektorowi literackiemu, Nikt nie umarł, rzecz jasna w rzeczywistym życiu nie spotyka się takiego wyrzeczenia się samego siebie, lecz ta refleksja, nie trzeba tego dodawać, nie należy do historyka i nie jest niczym ponad zwykły wtręt o dwuznacznej naturze, pasujący w tym miejscu jak w każdym i
Po zaniesieniu listu na pocztę Raimundo Silva wchodził do domu po schodach, kiedy usłyszał dzwonek telefonu. Nie przyspieszył, trochę dlatego, że czuł się zmęczony, a trochę z powodu obojętności czy wyobcowania, najprawdopodobniej dzwonił Costa, żeby zapytać o poprawki do tomiku poezji albo o wstępną lekturę powieści zostawionej tamtego czarnego dnia, Pamięta pan. Pozwolił, żeby Costa znudził się bezskutecznymi próbami, lecz telefon nie cichł, trwał w swym uporze jak ktoś, kto zdecydował się nie przestawać tylko dlatego, że taki jest jego obowiązek, a nie w oczekiwaniu, że ktoś w końcu podniesie słuchawkę. Powoli wkładał klucz do zamka, kiedy przypomniało mu się, że Costa nie może dzwonić, Costa przestał być jego bezpośrednim rozmówcą, biedny Costa, niewi
Położył dłoń na telefonie, odczekał jeszcze, jakby chciał mu dać ostatnią sposobność do zamilknięcia, w końcu uniósł słuchawkę w przekonaniu, że wie, co go czeka, Pan Silva, zapytała telefonistka, a on odpowiedział lakonicznie, Tak, Już miałam się rozłączyć, bo nikt nie odbierał, o co pani chodzi, Mnie o nic, pani doktor Maria Sara chce z panem rozmawiać, chwileczkę. Nastąpiła przerwa, trzaski, będące pewnie wynikiem przełączania, przerwa wystarczająco długa, by Raimundo Silva mógł pomyśleć, Nazywa się Maria Sara, częściowo trafił, nieświadomie, bo skoro jest prawdą, że zasnął przy imieniu Maria, jest też prawdą, że tego nie pamiętał, a po przebudzeniu, podniósł głowę opartą na książce, a potem przetarł obiema dłońmi oczy, usuwając tę nikłą oznakę orientacji, dysponował zaledwie dwoma ekstremalnymi odnośnikami, znalezisko znajdowało się pomiędzy imionami Manuela i Marula, rzecz jasna, wykluczonymi, gdyż zdecydowanie nie pasują do osoby ani do postaci. Telefonistka powiedziała, łączę, to zwyczajna informacja telefonistek, zawodowy komunał, a jednak są to słowa obiecujące konsekwencje, zarówno dobre, jak i złe, łączę, powiedziała, obojętna wobec posługującego się nią przeznaczenia, i nie zwraca uwagi na to, że mówi, Złączę, ścisnę, zwiążę, scalę, zewrę, umocuję, zespolę, zbliżę, powiążę, skupię, splotę, jej chodzi tylko o to, że spowoduje komunikację dwóch osób, ale ten prosty akt, zwróćmy na to uwagę, już zawiera w sobie ryzyko wystarczające, by nigdy nie czynić tego lekkomyślnie. Tym niemniej ostrzeżenia nie pomagają, mimo że codzie