Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 64 из 71

Imperium rozlatywało się w oczach. Działo się to tak szybko, tak gładko, że Smith wprost nie mógł się opędzić od myśli o Jewrieju. Od ilu już lat smarował on rękoma Wyżryna zawiasy wrót, przygotowując je na tę chwilę, aby od jednego pchnięcia rozwarły się na oścież?

Na symbolicznej granicy Republiki Rosyjskiej i ESW, jaką stanowił w dolnym swym biegu Dniepr, porzucili ciężarówki i wrócili do lasów. Szli teraz prosto na zachód, a każdy krok zbliżał ich do Polski; wystarczyło spojrzeć na twarze wyżrynowców: ci ludzie żyli w jakimś ciągłym odurzeniu pobitewnym, po bitwie zwycięskiej. W marszu i na postojach bez przerwy słuchali doniesień radiowych, by potem powtarzać je sobie do znudzenia, jak się opowiada sceny z filmu doskonale wszystkim znanego. Syn Mahometa wszedł do Kabulu! Babodupcew padł na zawał serca! Posmiertcow wycofuje się z Finlandii! Padło Sarajewo! Li Czen nareszcie ruszył się na północ!

Pierwszego sierpnia przyszła wiadomość o dymisji Krepkina. Władzę przejął Gumow. W drugim dekrecie (w pierwszym posłał Krepkina przed pluton) wywalił Posmiertcowa. Posmiertcow porwał samolot i uciekł do Stambułu.

– No to już koniec – skwitował Morze Wydało Zmarłych, któremu policzek spuchł jak bania. – Leżą.

Gigant padł, ale konwulsyjne drgawki jego cielska wstrząsały jeszcze połową kontynentu.

W nocy coś przeleciało nad nimi, zrzucając ciemne przedmioty. Mrok wywrócił się na nice. Nie było sensu kryć się, uciekać: albo śmierć, albo życie, jak wypadnie. Smithowi wypadło życie. Rankiem chodził i liczył trupy, w czym miał już niejakie doświadczenie. Xavras zaś chodził i dobijał śmiertelnie ra

Na końcu zaś dobił Morze Wydało Zmarłych. Smith naszedł pułkownika, gdy ten czyścił swój pistolet. Pewnie jeszcze gorący, pomyślał.

–  Musiałeś tutaj wyznaczyć miejsce postoju? – warknął. – Nie powiedział ci Jewriej, żeby omijać tę dolinę? Jak żeśmy mieli nad głowami połowę śmigłowców Posmiertcowa, jak nas śledziły satelity i samoloty, to wtedy jakoś udawało ci się omijać złe miejsca!

Wyżryn uniósł głowę.

–  Po prostu wybierałem najlepsze z prowadzących do celu ścieżek. Ale nie stworzę możliwości z niemożliwości.

–  Przecież osiągnąłeś już cel. Zwyciężyłeś. Xavras uśmiechnął się krzywo.

– To dopiero początek.

Smithowi ścięło krew w żyłach. To dopiero początek. Mój Boże. Klątwa jakaś, nic i

–  O czym ty mówisz, do cholery?

–  Mówię o tym, że do wolnej Polski jeszcze daleko.

–  Co, masz może jakąś bombkę w zapasie?

–  Oni mają.

–  Ach, to twoje epitafium… No cóż, kto mieczem wojuje… Wyżryn machnął czerwoną ręką.

–  Ty nic nie rozumiesz. Rozpad Federacji Rosyjskiej nie jest równoznaczny z powstaniem niepodległej Polski. Pojutrze Reichswehra zajmie Gdańsk.

Smitha zatkało. Zamrugał, usiłując pochwycić spojrzenie Xavrasa, które błąkało się gdzieś ponad ramieniem Amerykanina.

–  Eee… Niemcy, tak? To co, zamierzasz teraz wysadzić w powietrze Berlin?

–  Historia nie chadza tak prostymi drogami.

–  Więc po co było to wszystko? Co, Xavras? Po co ta rzeź?

Wyżryn jakby się ocknął. Skupił wzrok na twarzy Smitha, nie przesłoniętej teraz czarną maszynerią kołpaka, twarzy nagiej, bezbro

–  A.może byśmy tak dla odmiany porozmawiali o tobie? To może być ciekawy temat. Pytasz, narzekasz, masz pretensje, oskarżasz, oceniasz, potępiasz, wyśmiewasz, wartościujesz. Odcinasz się od polskich przodków, Amerykanin z ciebie niby. Co ty byś zrobił na moim miejscu?

– Na pewno nie zamordował miliona ludzi.

– Jesteś tego taki pewien? Nawet gdybyś miał stuprocentową, żelazną gwarancję, że taki właśnie wybór, podłożenie owej bomby, da przyszłość z niepodległymi, potężnymi Stanami Zjednoczonymi, podczas gdy jakiekolwiek i

–  A jeśli Jewriej ci nakłamał?

–  Odwal się od Jewrieja. Powiedz, co ty byś zrobił. No, Smith. Chociaż raz zadziałaj i przestań jedynie obserwować. Potrafisz?

–  Nigdy nie dopuściłbym się ludobójstwa.

–  Amen. Skazałeś właśnie swój naród na wieczne niewolnictwo. Niech ci te miliardy z przyszłych pokoleń podziękują. Nie ma Stanów. No ale ty masz za to czyste sumienie, pewnie to ważniejsze.

–  To wcale nie tak!

–  A niby jak? Historia to gra o sumie zerowej.

–  Demagogia! Demagogia!

–  Proszę bardzo. Jeśli ci to odpowiada. Oczywiście, demagogia; możesz zatem odejść w spokoju ducha.

Smith prychnął.

–  Ty po prostu jesteś fanatyk.

–  Aha. Fanatyk. Niech będzie. No i co?

–  Masz te swoje niepodważalne dogmaty, jakiś wydumany absolut, wierzysz weń, a cała reszta cię nie obchodzi; chociażbyś miał wymordować kolejny milion, to co za różnica, absolut usprawiedliwi wszystko.

Xavras poskładał i schował pistolet. Podrapał się w nasadę nosa i założył czerwone ręce na piersi. Obok jego ludzie przenosili trupy, ściągając je wszystkie w jedno miejsce – ale ani Smith, ani Wyżryn się na nie nie oglądali.

–  Pięknie-ładnie – mruknął pułkownik. – Tylko co poczniesz, kiedy tego absolutu zabraknie? Co wówczas, mój drogi? Co zamiast? Jaka racja, jakie prawo? Możesz zbudować cały wspaniały system praw konsensusowych, najeżony szczytnymi hasłami i wzniosłymi deklaracjami, ale na czym go oprzesz? Na międzyludzkiej umowie? Jeśli tak, to dlaczego miałbyś go stawiać ponad i