Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 4 из 59

– W Poznaniu, na rynku. Niejeden żołnierski balet wśród kijów oglądały ściany placu. Panu to trzeba mówić?

– Żołnierz to żołnierz, niesubordynacja grzech śmiertelny! I koniec! – Ertli uderzył ręką w stół, aż kieliszki podskoczyły i zabrzęczały chórem.

Dominik skulił się w przypływie strachu. Ale wciąż był jeszcze pod wrażeniem niemczyzny brata, tak poprawnej, jakiej z ust jego nigdy nie słyszał i swobody, z jaką Janek siedział za stołem i perorował do rzeczy. Że za spokojem tym kryje się czujność zwierza gotowego kąsać, Dominik wiedzieć nie mógł. Ojciec wiedział. I już kolejkę nową rozlewał, do kiełbas i ogórków zapraszał, łagodząc, na gospodarski temat wracając.

– Ma pan rację, Herr Scholz, prawda to, chłop też człowiek i że urząd pruski w opiekę go bierze, chwała królowi. Tylko że kanalie jednym żyją, jedno z mlekiem matki ciągną, jedno we krwi mają, jak od pańszczyzny uciec, jak się migać, jak…

– To pańszczyznę na czynsz zamieńcie! – warknął landrat.

– I bez tego wzbogacić się można łacno, kłopotów na głowę, ośmielę się zauważyć, nie ściągając. – Bronikowski gestykulował zawzięcie ręką wolną od kieliszka. – Trójpolówkę wprowadzić nie tak znowu trudno, radzę panu spróbować, panie Rezler. Kilku i

– Nie takie to proste i niejeden zęby sobie połamał. Pańszczyzna to dobra machina, ale i to prawda, że czasami kijem naoliwić ją trzeba! – Rezler odpowiadając Bronikowskiemu, choć do landrata słowa te kierował pośrednio, śmielszym był i pewniejszym w głosie.

– Ja panu, Rezler, kijów, co na grzbiety pańskich ludzi spadają, nazbyt skrupulatnie rachował nie będę – powrócił do rozmowy Scholz. – Wasza rzecz. Ale krzywdzić chłopa zanadto, wbrew ustawom, nie dam! Żenić się prawo mają, rugować też nie wolno, chyba takich, jak owi, co ongiś do Dombrowsky’ego poszli – Scholz spojrzał znacząco na młodego Karśnickiego, ale ten udko kuraka obgryzał ze stoickim spokojem – i którzy teraz w lochach naszych bawią… Ha! Trzy lata już mijają, jak im nasi skórę przetrzepali!

– Nie wasi, tylko Suworow, to raz. A ślady trzepania pan kapitan jeszcze dzisiaj na czole ma wypisane – cedził Janek z jawnym szyderstwem.

Milczenie trwało chwilę, ale Dominik czuł, że skóra mu cierpnie.

– Z pułkownikiem Szekelym Bydgoszczy broniłem! – wykrztusił Ertli, pijany już dobrze, bo mu głowa latała na boki.

– Słaboście jej panowie bronili. Dąbrowski i Madaliński rozdeptali was w dwie godziny, a pan pułkownik, “lumen mundi a belli” zwano go, choć Polaków nienawidził jak własne wszy, zanim do piachu poszedł, u stóp generała Dąbrowskiego czołgał się i o litość błagał.

– Kłamstwooo!!! – Ertli poderwał się siny.

– Dla jednych kłamstwo, dla drugich prawda, bardziej gorzka niż ta pejsachówka, którą popijacie, mój panie – Janek chyba prowokował i Dominik czuł, że nieszczęście czai się w mroku.

– Ładnie umiecie bajać, panie Karsnycky – to Scholz rozładował napięcie. Trzeźwy był jeszcze, choć sporo wypił i uśmiechał się teraz przymilnie, mrużąc chytre ślepia. – Tylko skąd tak dokładne wiadomości? – landrat pochylił świdrujący wzrok w kierunku Janka, kręcąc na palcu łańcuszek monokla.

– Wiatr niesie, ludzie gadają, cały Poznań o tym trzepie, ot i do mnie dotarło – brat wycierał usta serwetą, a może chował uśmiech, Dominik nie zdążył dostrzec, gdyż z tyłu, za plecami, usłyszał kroki. Odskoczył za kotarę, w samą porę, by nie zauważyła go Greta, która wśliznęła się do komnaty. Na palcach podeszła do drzwi i zajęła miejsce Dominika.

Teraz już niewiele słyszał. Landrat proponował coś Jankowi, jakąś służbę czy urząd, ten jednak odmówił, mimo iż ojciec i Bronikowski żarliwie go do tego nakłaniali. Potem już nic nie było słychać. Dominik, któremu nogi drętwiały, złościł się w duchu na Gretę, bezradny aż do chwili, gdy ręką natrafił na szklaną kulę zwisającą na końcu sznura od kotary. Zdjął ją szybko i krótkim ruchem ręki cisnął w przeciwległy kąt pokoju. Zamarł… Kulka odbiła się od poręczy fotela i grzmotnęła w boazerię. Greta odskoczyła jak oparzona i w chwilę później Dominik był już sam.

– … A rządy króla jegomości to właśnie na celu mają! Sprawiedliwość dla panów i włościan, i zagospodarowywanie ziem odłogiem leżących, co intraty mnożyć będzie… Odłogiem, słyszysz Rezler – landrat wychylił się zza pleców A

– Dadzą, dadzą – mruczał gniewnie ojciec, nie wiadomo, do siebie czy do landrata, Ertli bowiem spał z głową na stole, a Bronikowski przeglądał butelki, czy w której co na dnie nie zostało. – Najgorszą hołotę z Prus tu ściągacie. Żrą ziemię nie płacąc podatków ni czynszów, a gdy im lata wolnizny miną, pakują się i dalej w świat szeroki idą. Gnidy zatracone.

– O… odłogiem – czkał Scholz, manipulując pod spódnicą wiercącej się A

– Odłogiem, psiakrew! – Janek wypluł z siebie po polsku. – Zniemczyć byś chciał tę ziemię do cna, gdybyś potrafił, to i krowom kazałbyś po swojemu szprechać!

Zerwał się i ruszył od stołu prosto ku drzwiom. Bronikowski, jedyny chyba, który usłyszał i pojął jego słowa, zatrzymał go, chwytając za ramię.

– Czego pan chcesz, czemu zwady nawet we własnym domu czynisz? Jakie ci zło czynią ludzie, że kąsałbyś tylko? Czy już żadnej estymy i poszanowania dla zwierzchności nie znasz? Kraj nasz, ośmielę się zauważyć, odbudować możem w kwitnący, słuchając przykazań króla jegomości…

– Przykazania Boże i te, które serce i dusza rodzi, pod tyłek chowając, prawda?

– Nie, ale władza od Boga pochodzi i należy współpracować z nią godnie, co, ośmielę się zauważyć, owoce wyda obfite, tak iż pokolenia błogosławić nas będą. A pan byś jeno warczał i bunty czynił, które kraj w pustynię zmieniają spaloną!

– Lepsza spalona pustynia, aniżeli ogród kwitnący, pełen płazów wijących się po ziemi i liżących łodygi słoneczników, które władzę zwierzchnią, z woli Bożej, nad wszelaką rośli

– Milcz waść, bo!…

– Bo co! Nie strasz, sługo, bo tylko takiego jak ty sam przestraszyć byłbyś zdolen! I zakonotuj sobie, że gdy Karśnickiego Bronikowski za rękę chwyta i dyskursa prowadzić zamiaruje, to się Karśnicki nerwowym czyni i nad rączętami nie panuje, przez co krzywdę łacno uczynić może!!

Odepchnął tamtego i otworzył gwałtownie drzwi, wpadając na Dominika. Z salonu dognało ich chrapliwe “do zobaczenia!” i jeszcze kilka bełkotliwych słów, utopionych w piskliwym śmiechu Niemki.

Wkrótce po wyjeździe landrata, oficera i Bronikowskiego, których ojciec żegnał w niskich ukłonach, choć nie w smak mu była obietnica zasiedlenia w pobliżu nowych kolonistów, rozpoczął się Wielki Tydzień.

Dominikiem mało kto się interesował. Greta, odkąd skończył dziesięć lat, poświęcała mu coraz mniej uwagi, co cieszyło chłopca, ojciec zaś nieusta