Страница 3 из 59
Dominik nie wiedział, jak odpadł od okna, jak, zapominając o trzewikach, biegł przed siebie, nieprzytomnie, byle dalej, aż ocknął się na skraju gościńca, skąd widać było w oddali modry, zamglony pas jeziora. Szedł na przełaj, gramoląc się poprzez trzciny, płosząc dzikie ptactwo. Uświadomił sobie, że tej właśnie nocy, po raz pierwszy od czasu pogrzebu matki, nie płakał. I nie czuł teraz ani wstydu, ani nienawiści do A
Spróbował rzucić parę kaczek po lustrze wody, po czym powlókł się do domu, w sam raz trafiając na chwilę, gdy A
Dźwięk wydobywany przez sztućce z talerzy i półmisków, brzęk szklanic i podniesione głosy pozwalały Dominikowi stać za niedomkniętymi drzwiami do dawnego pokoju matki i obserwować mężczyzn skupionych wokół długiego stołu o zaokrąglonych narożach i masywnych, rzeźbionych nogach, uformowanych ze zmniejszających się ku dołowi kul. Światło z nasyconych świecami kandelabrów rzucało głębokie cienie na twarze siedzących, a zarazem modelowało uroczysty nastrój, o jakim marzył ojciec, pokładający tak wielkie nadzieje w tej wieczerzy. Dominik, którego nie interesował temat rozmowy, wpatrywał się jak urzeczony w twarz brata, bladą, z wpadniętymi oczami.
Domyślał się, ile kosztowało ojca posadzenie pasierba, Jana, przy jednym posiłku z landratem Scholzem, człowiekiem wywierającym na starego Rezlera przemożny wpływ. Był z nimi również osobisty przyjaciel landrata – kapitan Ertli, grubas o nalanej, jowialnej twarzy i tonących w fałdach tłuszczu, choć niegłupich oczkach, oraz pan Bronikowski z familii podobno od dawna pozostającej w służbie elektora saskiego, a obecnie wiernej królowi, co landrat podkreślał przy lada okazji. Janek towarzyszył im i chociaż nie pił, to przecież jadł z apetytem, a sam fakt jego obecności był wydarzeniem wystarczająco niesłychanym, by Dominik warował pod drzwiami w napięciu, którego źródła tkwiły w całej atmosferze tego domu.
Pupil matki, Janek, syn Karśnickiego, pierwszego męża rodzicielki (dowiedział się o tym od Grety), nie demonstrował swej wrogości wobec ojca, częściej milczał, całymi dniami nic nie mówił, jadł sam, unikając ojca, lub znikał na całe tygodnie, nie wiadomo gdzie i nie wiadomo z jakimi kompanami. Ojciec musiał ich znać, bo twierdził, że to banda buntowników, godzących w najjaśniejszego króla. A może brat naprawdę jest chory? Ojciec czasami mówił, że to wariat, ale Dominik nie bardzo w to wierzył.
Nieraz chciał podejść do starszego o dziesięć lat brata, porozmawiać o koniach i o polowaniu, ale pierwsza niefortu
Gniewał się dwa dni i bezwolny, przyciągany jakąś nieuchwytną nicią sympatii, znowu krążył koło brata, łudząc się, że ten zagadnie ciepłym słowem. Janek milczał, chociaż nie unikał wzroku Dominika i z każdym dniem stawał się bardziej daleki. Pisarz dworski, Borek, rozpowiadał nawet, że Janek chadzał do buntowników, w co Dominik nie wierzył, aż do chwili wieczornej rozmowy, gdy wracali bryką do dworu w Buszewie.
Ten oto, znienawidzony przez ojca, landrata i zapewne oficera jego brat, siedział teraz pośród nich, wzbudzając tym samym sensację w całym domu, od Dominika począwszy, a skończywszy na A
Odbite od metalu światło świec lizało oblicza siedzących, sprawiając igrającym cieniem wrażenie ruchu warg, nawet wtedy, gdy nie mówili nic. Ta pantomima ust, polerowanych żółtym blaskiem, fascynowała Dominika bardziej niż treść rozmowy, zrazu nudnej, tyczącej ojcowskich interesów.
– Takich jak pan, Rezler, to ja bym kupił worek cały, całe południowe Prusy od Odry po Wisłę, zasiedliłbym lojalnymi poddanymi króla, starostwa na amty poprzewracał i porządek ku chwale monarchii utrzymał! Durna ta wasza szlachta “gospodarze kraju” pożal się Boże! Nie, nie o was mówię – odwrócił twarz ku Rezlerowi i Bronikowskiemu – i nie o braciach protestanckich, którzy mądrzejszymi oczami na świat patrzą i wiedzą, kiedy i co cesarskiego cesarzowi oddać należy, a gospodarki haniebnie dla zbytków nie zaniedbują. Ale ilu takich?! Pan, panie Rezler – Scholz mówił tak szybko i tak gwałtownie, że drobinki śliny wytryskiwały mu z ust – pan gorzelnię pierwszą wybudowałeś, udziały w sukie
– Prawda jest – Bronikowski odezwał się z pełną gębą, żując i na przemian wyciskając wyrazy – prawda, ośmielę się zauważyć. Nieróbstwo, swawola i niekarność to choroby toczące naród jak czerw, który drzewo piłuje. Gospodarka święta rzecz, ziemia nasza potrzebuje…
– Czego ziemia nasza potrzebuje najsampierw, nie tacy jak pan, mości Bronikowski, wykładać będą! – przerwał Janek.
– A jacy?! Że co, protestanci nie mają prawa wedle was, bo wiara i
– Nie o wiarę tu chodzi, nie udawaj pan głupiego!
– Tedy o co waści idzie? Co byś nie prawił, panowie bracia rujnują kraj i samych siebie, ośmielę się zauważyć. Pan landrat ma rację świętą w tej materii.
– Bydło! – Ertli czknął i popił winem. – Podatków płacić nie łaska, bo, jak mówią, chłop im nie pracuje, jak należy. Jak ma pracować, kiedy pierze zeń żywcem drą? W Dobrojewie dziedzic kmiotka tak batem popieścił, że mu żebra przez mięso na grzbiet wylazły, ot mi sposób…
– Zły sposób, kapitanie? Z dobrej jednak szkoły wzięty! – wtrącił Janek. – Trzy niedziele temu widziałem – słowa padały z takim impetem, że Dominikowi zdawało się, iż miotają płomieniami świec, czyniąc bardziej nerwowymi cienie na twarzach – widziałem, jak przeszedł przez kije wasz żołnierzyk. Dwa szeregi…
– Co znaczy wasz!? A pański, panie Karsnycky, bo nie wiem, czy Rezler zwać się zezwolicie, choć to zaszczyt być wam powinien, zważywszy zasługi ojczyma, a wasz to nie?! Ktoście więc? Czyj poddany? – wyrzucił z siebie landrat.
– Pan wie najlepiej, czyj. Niech będzie, że i mój to był żołnierz. Żaden żołnierz nie godzien takiej pieszczoty, że nazwę jak pan kapitan, i nie żebra wtedy przez mięso wylazły, bo już i co wychodzić nie miało! Do połowy szeregu żywy nie dojechał!
– Gdzie?! – Ertli stężał momentalnie, a oczy wypłynęły mu z fałd skóry, lepiej i bystrzej widzące.