Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 14 из 59

Dominikowi wydawało się, że zna Borka od dziecka i dopiero owej niedzieli po świętach, gdzie do dworu zawitało wesele, zrozumiał, że nie znał człowieka.

Od strony wsi zbliżała się wtedy rozwrzeszczana hurma, muzyką rozśpiewana, kolorowa, brzęcząca. Czerwień i czerń ludowego stroju tutejszej ziemi rozlewały się po gościńcu, czyniąc zeń migotliwe pole, nasycone kwieciem chabrowym i makowym. Dwa wozy z młodymi, z gośćmi i z kapelą tak gęsto były zapchane, że skrawka deski nie było widać, a tylko koła toczące się z mozołem pod górę. Istne ptactwo kłębiące się na gałęzi, gdy o liszkę schwytaną bój toczy. “Przodki” z przyśpiewkami, “szocze” i “wiwaty” tańczone do rytmu muzyki, ruch czyniły wokół tych dwóch wież Babel, kurz wzniecały – bo już i ziemia zaczynała się dusić, porażona słońcem, co od tygodnia nie schodziło z nieba – i spowijały całą czeredę w szarobure obłoki. Skrzypce zawodziły rozkosznie, nietrzeźwą znać ręką prowadzone, do wtóru klarnetu lub na zmianę dud i basującej godnie maryny, którą wspomagał zastęp blaszanych krążków.

W bliskości dworu ciszej się w kupie uczyniło, aż zamilkło wszystko i tylko gwizd tartych osiek niemile wdzierał się w uszy.

Stanęli u bramy.

Cisza zaległa grobowa. Jedna struna nie drgnęła, żadna ręka ruszyć się nie śmiała. Kilku chłopów z wozu pozsiadało, i

Wyszedł wreszcie, nie ubrany do końca, w rozpiętej koszuli i w kożuszkowej kamizelce naprędce zarzuconej, w towarzystwie Borka, który swoim zwyczajem dzierżył pod pachą w skórzanej teczce plik papierów. Rezler podszedł bliżej bramy, spokojny i chłodny, zaś Borek, który czujnie stąpał obok, na próżno próbował przegonić z warg jadowity uśmieszek. Rezler przypatrywał się przez chwilę gromadzie, po czym skinął na pisarza. Ten postąpił krok do przodu i zapytał przymilnie:

– Z czymże to przychodzicie, dobrzy ludzie, pana swego w dzień niedzielny niepokojąc?

Na te słowa wystąpił z szeregu stary chłop, z twarzą przez wiatr i słońce zjedzoną, że jak zasuszona śliwka odcinała się od jasnych włosów, kapelusz zdjął, co i drudzy zaraz uczynili, i kłaniając się nisko rzekł:

– Łaski jaśnie wielmożnego dziedzica dopraszamy się! Łaski dla młodego, dla Kaspra. Żeni się, a w rekruty iść mu trzeba. Żonkę młodom ostawi…

– I co z tego?! – przerwał Borek, tracąc gwałtownie uśmiech. – Wola pana Rezlera!

– Drugi zań by się ofiarował, chtóry krom brata nic by nie ostawił.

Borek spojrzał na Rezlera i widać z twarzy jego wyczytał, co chciał, bo się nagle napuszył jak indyk, krok jeszcze jeden postąpił ku przodowi i piersią chłopa dotykając, zawrzasnął:

– Cóżeś, chamie, umyślił?! Wolę pana jak stare gacie odmieniać będziesz, wedle swej woli?! Niedoczekanie twoje! Diabelskie nasienie! Wywłoko! – przerwał, gdyż z grupy wolno wyszedł strojny młodzieniec, który trzymał w ręku jakiś papier. Podał ten dokument Borkowi.

– Cóż to?

– Dziada papiery. Stoi w nich, żem od żołnierki wolny!

– Skąd wiesz, co stoi, kiedy liter nie znasz?

– Ksiądz Zimorowicz przeczytał.

Rezler na dźwięk nazwiska księdza podszedł nagle i papier Borkowi z ręki wyjął, wzrokiem przelotnie obrzucił i na oczach wszystkich przedarł na krzyż, a strzępy rzucił na wiatr.

– Panie! – chłop do ręki mu przypadł, chcąc papier wyrwać, ale się spóźnił, a Rezler za kołnierz go ucapiwszy, twarz do swojej przysunął, w oczy popatrzył złowrogo i sycząc: “Precz!” miotnął w piach przy bramie.

Jęk głuchy wśród ludzi poszedł, podczas gdy Rezler, nie bacząc na nic, ku domowi już zmierzał.

To “przecz” drugi raz z ust ojca usłyszane, tak się Dominikowi okrutnym, tak nielitościwym wydawało, że aż sam pojąć tego nie mógł.

Borek, rozkraczony, pod boki się wziął i używał do woli:

– Patrzaj, chamie! Papierem przez buntownika sylabizowanym się zastawiasz! Wesele sprawiłeś, by się od służby królewskiej migać?! Przed mundurem się wybraniasz? Chytryś, glisto sparszywiała! Precz idź, bo ci bat takie weselisko na dupie zagra, że do śmierci popamiętasz! Ty gnoju zatracony, ty… – ciskał obelgami, zapieniony, upajający się swoją siłą, mściwy.

Dominik już chciał do dworu wracać, gdy zatrzymał go cichy głos dozorcy stadniny, który do jednego z czeladzi mówił:

– Prusactwo łeb na karku ma i wie, co czyni. Chytrze se to wykoncypowali. Nie oni, jeno dziedzic z ich rozkazu rekruta wybiera, gniew gminu na się ściągając, nie na urząd. A ten – głową wskazał klnącego i wygrażającego ręką Borka – ten od Prusaka gorszy. Sam czort nie wpuści go do piekła, ze strachu!

– Tedy w czyśćcu go dopadniem jeszcze i skórę złoim! – zaśmiał się parobek.

– Głupiś, krotochwile jeno we łbie…

Dominik ruszył w stronę sadu, zamyślony i smutny, ścigany szlochem pa

Święta wielkanocne, niewesołe i szare, a dla Dominika bolesne nieobecnością brata, minęły szybko. Po słońcu piekącym przyszły deszcze ulewne, wlewające nowe siły w wiose

Rezler wyjechał do Poznania i rządy dworskie zostawił na Borkowej głowie. Pisarz jednakże, miast władzy samodzielnej nadużywać zwyczajem swoim, przycichł, ludziom nie dokuczał, uśmiechał się tylko złośliwie a tajemniczo. Czuli wszyscy, że się coś znacznego święci i ta cisza przed burzą trwożyła bardziej ludzi, aniżeli dawniej pisarzowe fanaberie.

Ojciec wrócił w trzy powozy, z których się ludzi kilkunastu wysypało. Był wśród nich i człek w suta

Od śmierci Karśnickiej-Rezlerowej niejeden liczył się z wyrugowaniem, Rezler bowiem już uprzednio kilku zwolnił i nowych, w tym kilku Niemców, powsadzał na ich miejsce, ale że wszystkich starych stanowisk pozbawi, tego się nikt nie spodziewał. Ze wszystkich oficjalistów, rządców, komisarzy, dozorców majętności i aktuariuszy jeden tylko Borek nie utracił stołka. Greta za Marcinem poczciwym, który końmi pańskimi od lat powoził, prosiła uniżenie, ale mu Rezler nie zapomniał tego, że się wówczas pod kościołem, gdy ich szlachta turbowała, zapadł jak pod ziemię i serca swego zmiękczyć nie dał. Marcin tedy wziął w rękę kostur kozikiem rzeźbiony i zarzuciwszy na plecy torbę, w którą mu Greta ukradkiem nawtykała jadła, wymaszerował za bramę, przed siebie, bez nadziei żadnej, bo mu starość żebraczy już tylko chleb mogła ofiarować. Gdy mijał Dominika, spojrzał nań pustym wzrokiem i przeszedł nie zatrzymując się. Dominik chciał mu rzec jakieś słowo, pożegnanie, ale wydusić z siebie nic nie mógł, wstyd go palił i żal nieznany mroczył serce. Zawrócił więc w stronę dziedzińca, na którym już nowi panowali wszechwładnie.

Obce twarze, ciekawość rozbudzające, szybko uwagę chłopca w i