Страница 13 из 59
– Niedługo, szkoda frasunku. A za co? Za kradzież!
– Co ty?! Toż…
– Kazań nie praw! Pożyjesz, obaczysz, że złodziejstwo występkowi nie zawżdy równe. Pan Bóg miłosierny, na niebie sądy odprawiający, przykazał – po prawdzie ubogim tylko – “nie kradnij!”. Jeno zapomniał dodać: choćby ci dzieciska i kobieta z głodu na oczach zdychały!
Plecy pokazał, a moje kroki zadudniły echem w korytarzu.
Dominik – Edukacja
Dopiero gdy Janek wyjechał, Dominik pojął, co oznacza samotność. Tak jak teraz nie odczuwał jej jeszcze nigdy. Nawet po śmierci matki, w kotle wrzącym od ruchu, bieganiny i wrzasków, jakim był dwór w Buszewie, w korowodzie wizyt i polowań, w oczekiwaniu świąt, czuł się otoczony życiem, buchającym jak para, rozgrzewającym, pozwalającym myśli oddalić od smutnych spraw przynajmniej na czas dnia. Obecność brata była tak mocno z tym wszystkim sprzężona, że Dominik nie zdawał sobie sprawy z tego, czym mogłaby stać się jego nieobecność. Nie krótkie, kilkudniowe wypady, ale nieobecność wieczna, nieskończona, niepojęta.
I teraz żywił przez kilka dni nadzieję, że brat lada chwila się zjawi, jak zawsze konia do stajni wprowadzi, budząc zdziwienie służby, że nie na tej samej szkapie przybył, na której wyjechał, i gniew ojca, jeśli nowy koń wyglądał na gorszego; że na ganek skoczy, zamknie się w swojej komnatce i zwali na posłanie w buciorach, w mig zapadając w sen głęboki. Wejść wtedy doń można było przez okno, poprzeglądać pistolety długie, srebrzone, z których za domem się często wprawiał, a które po ojcu swoim odziedziczył, pierwszym mężu matki, owym Karśnickim; w but długi skórzany nogę wsadzić i siedzieć, wpatrując się w leżącego z uczuciem radości, że oto czuwa nad tym wielkim bratem, śmiałym i zgrabnym, kochanym przez całą czeladź, a zwłaszcza przez co młodsze dziewczyny.
Ale Janek nie wracał.
Dni parę zaledwie minęło – święta się dopiero kończyły – lecz Dominik czuł, że tym razem brat już nie wróci. Nocna scena, gdy zbudzony, ledwie przytomny zobaczył przed sobą twarz rozognioną, majaczyła mu w pamięci jak sen lub przywidzenie. Pojedyncze tylko słowa zachował: “Wielkopolska… kolebka ojczyzny… pamiętaj! pamiętaj”! Ojczyzna, nie stanowiąc zjawiska materialnego, nie dając się wziąć do ręki, pogłaskać czy na przykład rzucić o ścianę, była dlań czymś nieuchwytnym, czymś odległym, obcym, pachnącym kadzidłem i ulotnym jak cytaty łacińskie mamrotane przez księdza w czasie nabożeństwa, a przecież ważne i potężne, jak dusza, jak Trójca Święta… Była wszakże wyrazem i niczym więcej. Ojczyzną ojca był Królewiec, leżący gdzieś daleko nad morzem i Buszewo, i król, który w Berlinie na tronie zasiadał. Ksiądz Lomazzo swoją ojczyznę opłakiwał, która znajdowała się hen za górami. Tę jakobini we krwi chrześcijańskiej skąpali… A Janek? A matka? W pewnym momencie spostrzegł, że nie jednym, lecz dwoma językami potrafi mówić, po polsku i językiem, który z wolna przyswajał sobie od A
Nocne wyrazy zapalczywie szeptane przez Janka, choć zrozumiałe, wydawały mu się obcymi, a sens ich wywoływał w głowie Dominika przedziwny zamęt. Janek, Polskę ową, nie istniejącą, skazaną i pogardzaną, uważał za swą ojczyznę i na matkę się klął, że i jej to jest ojczyzna, a także Dominika. Za takie słowa drogo można było zapłacić, przeciw pruskie, przeciw królewskie, przeciw ojcowskie to były słowa. Czemuż więc z myśli precz ich nie wyrzucił? Może dlatego, że Janek nie okłamał go nigdy, że gdy o Polsce mówił, patrzył oczami matki, tymi samymi, które Dominik tak ukochał i za którymi płakał. I czuł w sercu jakąś dziwną i rozpierającą radość, że go Janek ze sobą równa. Ojciec. Ojca kochał, ale nie potrafiłby przytulić się do jego rąk jak do rąk matczynych, czy do pachnącej kuchnią Grety.
Niemka Greta, która pono niegdyś, w młodości, była opiekunką ojca, mówiła tylko po niemiecku, a przecież nie nienawidziła Polaków, polską czeladź dworską, kiedy mogła, dokarmiała i broniła przed gniewem starego. Mogło by się wydawać, że samą miłość nosi w swoim zwalistym łonie, przykrytym stosem koronek i fartuchów haftowanych, że nie potrafi na nikogo w świecie krzywo spojrzeć, nadąć się czy zęby pokazać. Mogłoby się tak wydawać, gdyby nie pisarz dworski Borek – jego Greta nie cierpiała z całej duszy.
Ów Borek, tutejszy Polak, Wielkopolanin, indywiduum znienawidzone przez wszystkich prócz ojca, choć i to nie wydawało się być pewnym, za Karśnickiego był parobkiem, doglądał koni. Gdy raz dziewczynie dworskiej zrobił dziecko, a żenić się nie chciał nawet pod groźbą chłosty, stary Karśnicki po pysku go łapą wytrzaskał, zęby dwa wyłamując, a pa
Dominik o Borku, jak i o wszystkich i
Borek, obdarzony przez Rezlera zaufaniem szybciej niż się tego sam mógł spodziewać, źle pierwszy krok postawił. Ubierać się począł we fraki ponaszywane koronkami i wstęgami, w buty z klamrami, laskę z gałką błyszczącą nosił i kapelusz z szerokim rondem nasadzał na czubek głowy, a prawdę mówiąc na perukę z harcapem wstążkowym. Czeladzi, służbie dworskiej i oficjalistom oznajmił, że odnalazł stare papiery, w których jak byk stoi, że on, Borek, ze starej pruskiej rodziny, przez przypadek nieszczęsny jeno spolszczonej, familię swoją wywodzi. Od dziś więc “von Borek” mają go zwać, jeśli kto nie chce ze dworu iść. Tego już było Rezlerowi za wiele. Wezwał Borka do siebie, sklął tak głośno, że na podwórzu było słychać, po czym pisarz wyleciał siny z komnaty, bez peruki pudrowanej i już bez owego “von”, bo ani słowem nie wspomniał odtąd o swym prusactwie. Nie mniej od niego zaskoczyło to służbę i Dominika. Widzieli codzie
Nic się jednak po tym nie zmieniło. Borek wobec ludzi dalej był twardy i bezwzględny, tylko przed Rezlerem płaszczył się bardziej niż dotychczas. Ten zaś, jakby nie pamiętał, co zaszło, Borkiem się wszędzie wyręczał i chwalił sługę często, że parobków i okoliczne chłopstwo trzyma krótko w garści. Gdy na skargę przychodzili, że pisarz dziewczyny gwałtem w zboże ciąga lub w stodołach dopada, krzywdę robiąc – Dominik sam widział jedną taką, pucatą dziewkę z grubymi łydami, wychodzącą ze spichrza za krzywo uśmiechniętym Borkiem, zapłakaną i prostującą spódnicę – wówczas Rezler pięścią przed nosami chłopkom wymachiwał, batami i rekrutami grożąc. Skargi ustały, ale też i częstotliwość Borkowych zabaw na sianie znacznie się zmniejszyła od pewnej nocy, gdy ktoś go z dziewczyny ściągnął, worek zgrzebny na głowę zarzuciwszy, i sprał niemiłosiernie. Odtąd Borek jeszcze bardziej nienawidził chłopów i znęcał się nad nimi zaciekle, oni zaś wyśmiewając niefortu