Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 11 из 59

– Jezusie, co prawisz?!

– Tak to naczelniki i szlachta na chłopskim karku wojowali, żeby oną Polskę naszą wyzwolić…

– Boże miłosierny! Czyś oszalał?!

– … Wyzwolić tak, co by już pełna w niej wola była chłopa żywcem ze skóry drzeć, w smole gotować…

– Milcz!!

– … i w potrzebie mamić, że jak pierś nadstawi, to się potem pomyśli łaskawie, by mu los zelżał!

– Milcz, chamie!!! – ryk taki z gardła dobyłem, że aż echo w korytarzach pogoniło, kroki zatupotały i wrzask straży się rozległ: “Ruhe!”, głuszony śmiechem pełnym, szerokogębnym, radującego się kancelisty.

Chłop patrzył na mnie, rozumnie i życzliwie, milcząc.

Milczeliśmy, bo i nie było co mówić. Mnie wstyd palił i poczucie klęski, chłop zaś, jakby sam był, nie zwracał uwagi ni na moją osobę, ni na kancelistę, któremu chyba loch i wilgoć rozum odebrały, bo tylko chichotał, w kącie się skrywszy i miny robił takie, jak gdyby tajemnicę wielką posiadał.

Wiele zmiarkowałem, w nocy szczególnie z myślami się pojedynkując, z tego, co mi chłopski mędrek eks-kapral, w oczy owego wieczoru wypluł. Powiedzieć mu to chciałem, zagadać, dobrym słowem krzywdę umniejszyć, ale on jakby czuł, że go wzrokiem ścigam, gały w bok wykręcał, obojętny i se

Długim korytarzem, schodami i znowu korytarzem dotarliśmy na galerię krytą, po przebyciu której, w trzecim korytarzu, jaśniejszym nieco, strażnik otworzył drzwi blachą obite i zostałem wepchnięty do wnętrza. światło słoneczne, bijące przez półkoliste okno, poraziło mnie jak kreta, tak świat mrocznej zgnilizny za swój już uznałem.

Na ścianie, nad rzeźbionym biurkiem, zarzuconym papierzyskami, widniał orzeł czarny, górujący nad grupą konterfektów uformowanych w zgrabne koło. Zbliżyłem się do okna, oczy mrużąc i ręką osłaniając, gdy zza pleców głos dziwacznie cienki, piskliwy, rzekłbym kobiecy, a przecież znany mi doskonale, zatrzymał mnie w miejscu.

– Zdrowyś już… dziecino? Patrzaj, a ja krajcara bym za ciebie nie dał. Wyżyłeś jak i ja, tedy pogawędzić czas!

On to był. Ileż razy jeszcze spotykać go będę? Warga stłuczona, na pół rozdarta, strup siny w kąciku ust, a spojrzenie to samo, okrutne i zimne jak u jaszczurki. I głos ten sam, a przecież i

– Paszporcik takiś zgrabny dzierżył – wyciągnął papier z szuflady, nie przerywając – że oczu oderwać nie mogłem! Kto ci go sprawił, dziecino?

To “dziecino” rozciągał i modulował grymaśnie, mszcząc się za kąpiel przy komorze.

– Znalazłem.

– Gdzie?

– Na ulicy, w Warszawie – głupie to było, ale nic bardziej rezolutnego do głowy mi nie szło.

– Na jakiej ulicy?

– Jezuickiej.

– I Karśnicki w nim stało?

– Właśnie. Dziwna familia… Mnie zaś Rezler. Hans Rezler.

– Dworujesz, czy o drogę pytasz? Kto jesteś, gadaj!

– Rzekłem już. Rezler, Hans Rezler, spod Poznania! Łatwo sprawdzić, wieś Buszewo, blisko Szamotuł.

– Sprawdzimy! Po coś granicę przekraczał?

– Do Krakowa, za interesami.

– To już wprzódy śpiewałeś. Teraz zaś prawdą nie żongluj, byś się później sam za głupotę swoją przeklinać nie musiał. Tedy jak było?

– Jak mówiłem. Handlową fortunę w Krakowie chciałem znaleźć.

– Z fałszywym paszportem? Dziwne to interesy musiały być, dziwne. Jakie?

– Nie pomnę. Łeb mi obiliście, klepki nie te same…

Rozparł się wygodnie i zmrużył ślepia.

– Żartowniś, krotochwile ci miłe. Taaak! Nie znasz Olizara? Poznasz, dziecino!

Sięgnął wolno po srebrny dzwoneczek i brzdęknął.

– Herr Inspektor! – moja eskorta stała w drzwiach wyprężona.

Drgnięciem głowy wskazał na mnie i zaraz stanęli mi po bokach.

– No jak, panie Karśnicki vel Rezler? Chcesz, by ci moi ludzie dowiedli, że się mylił ów mąż starożytny, co milczenie ze złotem równał?

– Który mąż? – próbowałem z głupia frant, alem się przeliczył.

Ciosy spadały raz za razem. Głowę chroniłem, bom się bał, że mi ją znowu wstrząsną, ale czułem, że długo nie wytrzymam. Koncept mi przyszedł, by zemdlonego udawać. Paść chciałem, ale mnie podtrzymywali, wreszcie ześliznąłem się na podłogę. Teraz jeno parę razów zdzierżyć nieruchomo… zdzierżyłem. Trzy czy cztery kopnięcia i spokój. Leżałem z zamkniętymi oczami, czekając aż mi wodę chlusną, gdy nagle młody pisnął cienko:

– Heraus!

Wyszli i został sam ze mną. Gdy śmiać się począł diabelskim chichotem, ciarki mi przebiegły po krzyżu, tak straszny był ten ni to śmiech, ni skowyt. Chciałem się zerwać, lecz cisnęło mnie do ziemi przerażenie potworne. Czułem jeszcze, jak mi nogi rozsuwa butem i gdy otwierając oczy pojąłem, zapiekł mnie taki ból w kroku, że straciłem przytomność.

Krótko w niemocy leżałem, bom się tego samego dnia obudził, ucisk zimny na czole czując. Kudłaty nad legowiskiem stał i mokrą szmatą twarz mi przemywał. Spozierał uważnie, a na obliczu wypisaną miał troskę, zarostem nie przykrytą, jakby nic między nami nie zaszło. Widząc mnie przytomnym, uśmiechnął się i zębiska białe wyszczerzył.

– Twardyś! Niełatwo cię ukrzywdzić. Zdrowo cię pomacali, a dychasz.

Uniosłem głowę. Skórę na styku uda i pachwiny but okuty zdarł ze szczętem, aż sukno czerwienią przemokło i do ciała się lepiło, ale źle kanalia wymierzył i dziewek mi na całe życie nie odebrał, jako ja mu uczyniłem.

– Kto cię tak…?

– Nie wiem. Inspektor ichni, po naszemu prawiący, pewnikiem swój, jeno Austriakowi cyrograf podpisał.

– On czy ludzie jego?

– On sam. Wysoki, włos biały, lis na gębie…

– Olizar!

– Kto taki?

– Rzeźnik! Pomocnikiem u kiełbasiarza był wprzódy. Prawda li to? – czort znajet! Takem słyszał, iście rzeźnik, choć rzadko tu bawi, komory objeżdża, gdzie ptaszków tajemnych łowi, a i gdy na miejscu siedzi, sam nie bije, jeno nadzór nad biciem trzyma. Dobrześ mu dopiec musiał, kiej cię sam pogłaskał! A i miejsce wybrał, jakby ubić zamiarował. Znał cię?

– Znał. A miejsce sam wybrałem w słabiznę go na rynku koląc, jeno celniej, gdy mnie pludry brali.

– Tedyś ze szczętem durny! Gdy biorą, trza iść, łba hardo nie stawiać, by zaś kolby lub bagnetu nie kosztować!

– Iść chciałem, ale dziewczynę trzepnął.

– Dziewczynę?

– Cygankę. Na rynku tańczyła. Uderzył ją, psi syn, a ja… Chciałem…

– Coś chciał, twoja rzecz. Ale żeś taki durny, panoczku… Oj! Oj! O ojczyźnie wykrzykują, do kraju ratowania się drą, a przez Cyganichę loch wąchają. Dziewczyńska dupa zawżdy pierwsza na myśli, oj!

– Nie poradzę! Nie mnie tłumaczyć, żem ogłupiał. Jeno nie mogłem inaczej, serce mi ślepiami owinęła, Boże mój, sam nie pojmuję nic. Nic!

– Ano tak, było, minęło, nie pora teraz…

– Kiedy nie minęło. W nocy mi po snach łazi.

– Tedy przegnaj marę. Jedno ci tylko ostało – słabego udawaj, ledwo dychaj, kiedy straż zachodzi, może cię przepomną na czas jaki.

Tak też i czyniłem. Gdy straż szła, leżałem bez czucia niby. Chłop – Gil Józef mu było – wokoło chodził, jęczącego opierując. Kancelista śmiać się przestał, niedługo zaś zabrali dziwaka i już nie wrócił. Sami ostaliśmy. Kudłaty mało co gębę otwierał, mnie wolę na paplanie dając. Czegom mu nie nagadał! O śmierci matuli, o Dominiku, o ucieczce, o ochocie do legii włoskiej i Bóg wie, o czym jeszcze. Gdy o Dąbrowskim mowa była, ożywił się nieco, i

– Głupi, jak zając przez trzy granice do legijów się miga i we wnyki wpada. Rozumnego same Austriaki do Bonaparta zawiodą! – powiedział to cicho, ale z takim głębokim przekonaniem, że anim śmiał wątpić, jakby wtajemniczonego w niepojętą kabałę przed sobą mając.